Klasyki Polityki

Jak być szczęśliwym

Czy stary, brzydki, ateista, leniwy, z marną pensją itp., nie może być szczęśliwy? Czy stary, brzydki, ateista, leniwy, z marną pensją itp., nie może być szczęśliwy? Stanisław Ciok / Polityka
Bądź szczęśliwy, do cholery! – tak o nowym przymusie szczęścia pisaliśmy przed laty. Czy wiele się od tego czasu zmieniło?
Subiektywna ocena zdrowia jest dla człowieka istotniejsza, niż ta podana przez lekarzy.Grzegorz Skowronek/FKPFP/Agencja Gazeta Subiektywna ocena zdrowia jest dla człowieka istotniejsza, niż ta podana przez lekarzy.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w kwietniu 1999 r.

Każdy chce być dziś szczęśliwy, coraz częściej i powszechniej. Nie tak jak kiedyś, w niebie, ale na ziemi, teraz, tu, natychmiast. Szczęście osobiste, traktowane jest jako nowy przymus. Musisz być szczęśliwy, hucznie, na oczach wszystkich, bo taki teraz obyczaj i moda, która przyszła z Ameryki. Nieszczęśliwi niech nie zawracają głowy.

Bądź szczęśliwy, do cholery!

Brak szczęścia, dobrego samopoczucia staje się także problemem politycznym: niezadowolonych łatwiej skrzyknąć pod sztandary.

O prawo do cichego szczęścia śpiewała latami Piwnica pod Baranami w słynnej „Dezyderacie”, która stała się najpiękniejszą w PRL modlitwą do szczęścia. Teraz zdominował ją jazgot telewizyjnych reklam i teleturniejów: walcz o szczęście głośno, jawnie, w blasku lamp, na oczach. Na całość.

Szczęśliwy człowiek – to młody, zdrowy, dobrze zarabiający, ekstrawertyk, optymista, wolny od zmartwień, religijny, żonaty, z dobrą samooceną, gorliwy w pracy, bez nadmiernych aspiracji i wymagań – tak portretuje go amerykański psychiatra W.R. Wilson. Czy wobec tego stary, brzydki, ateista, leniwy, z marną pensją itp., nie może być szczęśliwy? Od czego zależy szczęście w świetle tysięcy badań prowadzonych na szerokim świecie, starających się ustalić, uściślić, wypreparować składniki szczęścia, bo od tego wszak zależy przepis na jego zdobycie?

Poradnik szczęśliwego
Czym jest szczęście
Dezyderata

Według badań CBOS Polacy twierdzą, że można być szczęśliwym dzięki rodzinie, miłości, wierności. Na dalszych miejscach rankingu podają przyjaźń, ciekawą pracę, pieniądze, wolność i wiarę. Najmniej potrzebne do szczęścia są seks i sztuka. Dla Amerykanów źródłem szczęścia jest dobre zdrowie, udane małżeństwo, przyjaciele, dobre warunki mieszkaniowe, dobra praca, miło spędzony czas wolny oraz pieniądze.

Zmieniają się kolejności warunków uznawanych za składniki szczęścia, ale w istocie we wszystkich ankietach na świecie są one zawsze podobne. Szczęście, jak sądzimy, zależy od rzeczy, spraw, okoliczności. Zawsze związanych z naszym ja. Nie można, jak się okazuje, czuć się szczęśliwym z powodu dobrego na przykład miejsca jakiejś partii w wyborach albo sprawnie funkcjonującego w mieście metra. A jeśli już, to zapewne na chwilę. Szczęście jest czymś bliskim, naszym – jak ubranie, jak własna dłoń, jak skóra.

Tylko brać

Szczęście to pełne i trwałe zadowolenie z życia – definiował Władysław Tatarkiewicz i nie ma chyba mądrzejszej i piękniejszej definicji. Nie stan euforyczny: ten, który odczuwamy po zdanej maturze, po pierwszej randce, po wygranej na loterii, ale świadomość dobrego bilansu życia. „Cieszę się, że żyję” – jeśli możemy tak powiedzieć w 90 minutach na każde sto życia, takie prywatne miary można by może uznać za ocenę, czy jesteśmy szczęśliwi.

Gdy wygramy wielkie pieniądze, pojmiemy za żonę piękną dziewczynę, dostaniemy stanowisko – będziemy szczęśliwi. Szczęście zależy więc od stałych, dających się przewidzieć warunków – tak właśnie twierdził Wilson.

Lecz jeśli zachorujemy, spali nam się dom, umrze ktoś bliski? Powinien nastąpić brak szczęścia, jak dwa razy dwa jest cztery. Diabeł i anioł pogubili się jednak w tych rachubach. Biedny, stary i bez nogi, jak się okazuje, może czuć się nie mniej szczęśliwy niż młody i niekaleki, choć rozsądek podpowiada nam co innego.

Nie ma już bowiem uniwersalnego portretu człowieka szczęśliwego. Tego, co to zawsze młody, piękny, bogaty – i wtedy szczęśliwy. Powraca szczęśliwy Diogenes z beczki, stary i brzydki. Setki światowych badań nad szczęściem zdają się potwierdzać, że jest ono naszym stanem przyrodzonym, niezależnym od sztywnych wyznaczników z racji naszej takiej, a nie innej biologicznej konstrukcji. Więc tylko je brać.

Taką linię szczęścia wyprowadza z ludzkich doświadczeń Janusz Czapiński, autor „Psychologii szczęścia”. Odpowiada mi taka interpretacja. Będziemy w raporcie często podążać tym tropem.

Szczęśliwy piernik z ulicy Piotrkowskiej

Czy można być szczęśliwym wbrew wiekowi? Nie ulega wątpliwości, że więcej depresji obserwuje się w młodym wieku, kiedy wszystko jest silniej przeżywane. Starość cichnie, wyzbywa się burz, nabiera dystansu i stygnie tak, aby już nie cierpieć, ale i nie zdrewnieć jak drewno. Badania wykazują, że osoby starsze osiągają wyższe wskaźniki szczęścia. Owszem, tu i ówdzie strzyknie, planów życiowych nie ma już co snuć, jak w młodości to bywało, ale za to zna się wagę i cenę każdej chwili. Jest się już wszak gościem na wylocie, trzeba spokojnie posiedzieć przed podróżą doceniając wartość faktu, że wciąż jeszcze się nie odjechało.

I choć u kobiet z biegiem lat poziom szczęścia nie trzyma się tak samo dobrze jak u mężczyzn, to, jak pisze Czapiński, badania i obserwacje potoczne wskazują, że ludzie w podeszłym wieku mogą czuć się tak samo szczęśliwi jak w młodości, mimo katastrof i burz, jakie musieli przeżyć.

A miejsce zamieszkania? Myliłby się także ktoś, kto sądziłby, że mieszkaniec blokowiska w mieście czuje się bardziej nieszczęśliwy, niż osobnik żyjący wśród zieleni, gdzieś nad brzegiem strumyka. Powrót do natury ma wszakże zapewniać szczęście niejako automatycznie. I otóż nie. W środowiskach, gdzie więzy między ludźmi są zachowane, gdzie można liczyć na pożyczenie soli i pomoc w nagłej potrzebie i gdzie nie ma tępego miejskiego zmęczenia, mniej jest nerwic, melancholii i poczucia bezsensu.

Miasto daje szerokie możliwości, wieś nie zapewnia tego bogactwa zmuszając do pełnienia ról społecznych, ukształtowanych przez tradycję, sztywnych, bez możliwości wyboru. Cóż po pięknych widokach, kiedy jedynym miejscem pracy dla ambitnej panienki z maturą albo i ze studiami jest urząd gminny?

Autorzy rozlicznych badań światowych stwierdzają, że nie ma prostej zależności między szczęściem a miejscem zamieszkania. Można czuć się szczęśliwym w leśniczówce jak i w Łodzi na ulicy Piotrkowskiej – stwierdza „Psychologia szczęścia”.

Na przekór chorobie

Zastanawiałam się, jak Beata E. składa życzenia zdrowia i szczęścia w dniu urodzin swego 15–letniego syna, chorego na pewną złowrogą chorobę mięśni? Na obozie dla dzieci z tą chorobą w Spale Beata E. chodziła uśmiechnięta, wesoło paplając z innymi matkami, opalona i pełna energii. I tak samo zachowywał się jej syn. Wiedziała, że on udusi się między 17 a 21 rokiem życia.

W jaki sposób ona umie nie zwariować? – myślałam o Beacie E., i jak to potrafi jej syn, który zna przybliżoną datę swojej śmierci, bo się dorwał do odpowiedniego podręcznika medycyny, a jest diablo inteligentny? Nie widać po nich rozpaczy, a wprost przeciwnie. Nie wierzą w to, co nie ulega wątpliwości: z towarzystwa grupującego ludzi związanych z chorobą co jakiś czas ubywają rodzice dzieci, które dożyły lat wyroku.

Subiektywna ocena zdrowia jest bowiem dla człowieka istotniejsza, niż ta podana przez lekarzy. Syn czuje się znakomicie, zważywszy na jego chorobę – mówi Beata E., choć mimo zabiegów rehabilitantów, basenów i masaży on wiotczeje – trzeba go przywiązywać do wózka, bo nie trzyma pionu – i słabnie. Jak na swój wiek trzymam się doskonale – wzmacnia samoocenę zdrowia starszy wiekiem osobnik, za nic mając oficjalne lekarskie prognozy.

Badania wykazują, że nawet w groźnych chorobach samopoczucie, gwałtownie obniżone po diagnozie, stopniowo wyrównuje się i wraca do przedchorobowej normy. Zwłaszcza jeśli chory zachowuje dotychczasową życiową aktywność. Beata E. posyła syna do liceum i na angielski wiedząc, że nie ma przypadku, aby ktoś z jego chorobą przeżył wyznaczony sobie wiek. Może dlatego wytrzymuje to, co dla postronnego wydaje się nie do zniesienia?

Naucz się żyć z chorobą – radzą psychoterapeuci, wiedząc, że to możliwe. Świat jawi się bowiem choremu z biegiem czasu taki sam jak przed chorobą, mimo świadomości lub obok niej, że trzeba go będzie być może rychło opuścić. Badania wykazują, że i w tej sytuacji człowiek nie jest impregnowany na szczęście. Chwile w poczekalni przed podróżą mogą wtedy nabrać ceny szczególnej: są darowane, więc pięknieją tym bardziej. Inne, codzienne, przechodzą mimo oczu i uszu: są za darmo.

Zmartwychwstanie po walcu

Nie przeżyłabym śmierci Maćka – mówiła jednak Beata E.

Kiedy umarło dziecko koleżanki, pomyślałam: jak ona może jeszcze żyć, ja bym tego nie przeżyła, mówiła matka zamordowanego Tomka Jaworskiego, i oto teraz dziwię się – przeżyłam i żyję nadal, niezależnie od tego, jakie to życie.

Co się dzieje z ludźmi, którzy tracą coś niesłychanie ważnego, kogoś najbliższego i kochanego, dzieło swego życia, ideę, której poświęcali czas i wszelkie starania? Czy także potrafią przez ciemny tunel rozpaczy przebić się do bodaj miniszczęścia, czy też pozostają trwale w żałobie?

Na cmentarzach widzi się czasem dwie bliskie daty śmierci – to mąż poszedł za swą żoną albo odwrotnie. Opowiadano mi o ojcu, który po śmierci córki w warszawskiej Rotundzie usechł z tęsknoty – jego organizm zdominowany przez zbyt duży stres i apatię sam w sobie wyłączył po prostu funkcje życiowe.

Człowiek jest jednak istotnie jak trawa: zmartwychwstaje po przejechaniu walcem drogowym. Po sześciu miesiącach, jak sądzą badacze, ból w człowieku słabnie i powoli wraca on do równowagi psychicznej. Jeśli utrata była końcem świata, ruiną, krachem marzeń – podnoszenie z rozpaczy trwa dłużej, przez trzy lata. Po śmierci dziecka – bywa, że sześć. Potem trawa znów zaczyna rosnąć i, jeszcze wstydząc się tego, cieszy się słońcem.

Ludzie, którzy przeżyli holocaust, gwałt w dzieciństwie lub inne tragiczne doświadczenie nie do wyobrażenia, cierpią przez lata na koszmary i nerwice, ale przecież i oni funkcjonują w większości poprawnie, miewają – mimo bolesnego echa – udane życia i satysfakcjonujące losy.

Od wydarzeń życiowych – sądzi Czapiński, przytaczając wyniki wielu badań na świecie i w Polsce – zależy nie tyle poczucie szczęścia, co nieszczęścia. Zawarcie małżeństwa, polepszenie zdrowia, podwyżka zarobków nie czynią nas szczęśliwymi, wyłączywszy krótki czas euforii po ich zaistnieniu.

Zdumiewały mnie reakcje ludzi, którzy przeżyli przeszczepy serca i nerek. Dopiero teraz zauważyłem – mówił Józef K. – że pod moim domem na Ursynowie tak zdumiewająco kwitną nagietki. Zauważa się wtedy nagle przezroczystość powietrza w letnie ranki, chłód wody w upalne dnie – całą śmieszną poetyczność świata, która aż wstyd, żeby była źródłem wymiernej satysfakcji dla dorosłego na stanowisku. Coś takiego przystoi co najwyżej dzieciom.

Później jednak euforia mija i wszystko wraca do poprzedniej, porządnej szarej normy. Podobnie jest ze szczęśliwymi zdarzeniami. Ślub, podwyżka, przetrwanie zawału stają się niezauważalną normą, jak oddychanie, wzrok czy słuch. Po prostu są.

Dopiero bolesna utrata – rozwód, śmierć, utrata pracy – zaburza tę normę, czasem dramatycznie. Dobro i zło ma bowiem niesymetryczne konsekwencje. Dobro cieszy mniej, niż martwi zło.

Talent do szczęścia

Są ludzie, którym się wszystko udaje, i tacy, którzy czują się skrzywdzeni, bezradni, przegrani. Szczęśliwym przydarzają się chwile zwątpienia i rozpaczy, a przegranym – momenty euforii.

Zasadniczo jednak poczucie szczęścia, jako afirmujący pozytywny stosunek do świata i własnego w nim miejsca, jest dla człowieka stanem naturalnym i przeważającym. To bowiem warunek jego aktywności, akumulator wszystkich jego poczynań. Odwrócony tyłem do świata, w głębokiej depresji, człowiek przegrywa na wszystkich polach, ponieważ nie walczy.

Więcej jest wszakże na świecie walczących o wszystko w ciągu dnia, miesiąca, roku, na małych polach, średnich i olbrzymich, o cele byle jakie, średnie i wielkie, niż trwających w letargicznym bezruchu. Ci drudzy – to zapewne czasowo załamani nieszczęściem. Lub chorzy.

Co sprawia, że po krachach i burzach odrastamy jak trawa, choć jedni wolniej lub szybciej, skuteczniej lub nie, z mniejszym trudem lub z większym?

Zrobiłam kiedyś wywiad z człowiekiem, który sięgał mi wzrostem do połowy uda. Od dzieciństwa, gdy okazało się, że inni rosną, on nie, przywykł do drwin i wytykania palcami. Pokazując się w kościele, zaczynał być w centrum uwagi, budząc złość księdza. Kierowca pekaesu, którym dojeżdżał do szkoły, starał się go nie zabierać z przystanku, wymagał bowiem pomocy przy wsiadaniu, więc mitręgi. Nie chciano go w szkole średniej ani w żadnej pracy, mimo iż z trudem zdobył zawód grawera. Chciał z żoną, również niskiego wzrostu, przysposobić jakieś kalekie dziecko, ale został w adopcyjnych kołach wyśmiany: gdy to dziecko dorośnie, będzie was chyba nosić w kieszeni – powiedziały koła.

Ten człowiek był jednym z najbardziej szczęśliwych, pogodnych i promiennych ludzi, jakich poznałam. Drwiny przyjmował z pobłażaniem, na docinki odpowiadał z humorem, starannie kompletując wzory łagodnych ripost na najczęściej kierowane do niego chamskie zaczepki.

Potem dowiedziałam się, że przy tego rodzaju niskorosłości, litościwy mózg wytwarza więcej niż u dużych serotoniny – neuroprzekaźnika, który umożliwia komunikację między komórkami mózgu. Niedobór serotoniny sprowadza stany depresyjne. Działanie prozacu polega właśnie na zwiększeniu produkcji serotoniny w mózgu.

Produkcja tego neuroprzekaźnika uwarunkowana jest dziedzicznie. Tak więc pełniejsze czy mniej pełne przeżywanie szczęścia zależy od określonej genetycznie biochemii naszych mózgów.

Bo ja mam talent do szczęścia – powiedział mi karłowatego wzrostu grawer.

Najeść się można zupą

Jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy, wyjątkowo, superszczęśliwy – powtarzają w wywiadach osoby z publicznymi nazwiskami, zwłaszcza w pismach z kolorkami i zwłaszcza młodzi, piękni, artyści na topie. Nieszczęśliwym jest dziś być nieprzyzwoicie. Taka moda przyszła z Ameryki i taka wyrosła z nowych reguł na rynku pracy.

Kiedy Talleyrand obiecał młodemu adeptowi pracę w dyplomacji i usłyszał, że oto los odwraca się adeptowi w dobrą stronę, dotąd nic go bowiem szczęśliwego nie spotykało, cofnął przyrzeczenie. Nie potrzebuję do pracy ludzi nieszczęśliwych, powiedział.

Szczęśliwi są wydajniejsi w pracy, mają lepsze kontakty z ludźmi, są bardziej twórczy, zaradniejsi, aktywniejsi i skłonni do pomocy innym. Są zdrowsi i żyją dłużej niż skłonni do nastrojów depresyjnych. Tylko głupi pracodawca nie wybierze takiego, który prezentuje oko błyszczące optymizmem, w życiorysie wszystko mu się udaje, a na zebraniach towarzyskich i w gazetach, jeśli jest człowiekiem gazetowym, mówi: jestem happy, u mnie wszystko OK. Tak to obowiązujący u nas określony stopień nieszczęśliwości, który wypadało obnosić w miejscach publicznych i prywatnych, bierze w łeb, i dobrze.

Ze szczęściem obnoszą się również w mediach ludzie bogaci, którzy u nikogo nie muszą szukać zatrudnienia. Wypełniają treścią schemat: być bogatym to znaczy być szczęśliwym. Szczęście to mieć, posiadać. Pieniądze, władzę, przedmioty, ludzi.

Tu także: figa z makiem. Badania na świecie wykazują, że bogactwo wcale nie jest źródłem szczęścia. Źródłem nieszczęścia jest natomiast nędza. Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb posiadane większe dobra finansowe usuwają przyczynę złego samopoczucia, ale po pewnym czasie nie budzą w człowieku większej szczęśliwości. Porównuje on bowiem stan kasy z kasą innych, zasobniejszych obywateli i widzi różnice, które nieszczęściem nie są, ale dlaczegóż miałyby stanowić o szczególnej satysfakcji, skoro są mniejsze?

Amerykański psycholog A.H. Maslow dowodził, że po zaspokojeniu potrzeb pierwotnych – głodu, poczucia bezpieczeństwa, przynależności – człowiek odczuwa potrzeby, które nigdy nie są zaspokajane. Osiągając cokolwiek, pragniemy osiągnięty cel podwyższyć, ulepszyć, wzmocnić. Apetyt wzrasta nam w miarę jedzenia. Najeść się można zupą. Wszystko inne pozostawia wieczny niedosyt.

Idealna maszynka do golenia

Choć szczęście to nie jest produkt zewnętrzności – rzeczy, zdarzeń i okoliczności, ludzie gonią za nimi w nadziei, że jeszcze lepsze, jeszcze większe, jeszcze bardziej prestiżowe zapewnią im upragniony błogostan życiowy. Choć nie ma w nas granicy ani tamy w gonitwie za rzeczami, one same mają granice. Organizacje konsumenckie od dwudziestu lat badające wydajność maszynki do golenia ustaliły, że nie da się ich już ulepszyć. Są doskonałe.

Można kupić dziesięć doskonałych maszynek do golenia i czekać na falę szczęścia. I co? Nic, figa z makiem. Dziewięć upcha się potem w zapomnianej szufladzie. W latach 60. – mówi niemiecki socjolog Gerhard Schulze – społeczeństwo bogatych państw definiowało szczęście jako coś zewnętrznego. Miały je zapewnić dom, samochód, konto w banku. Potem okazało się, że istotnie ileś tam maszynek, ileś tam coraz lepszych samochodów po prostu się w bilansie szczęścia nie sumuje. Łatwość powtarzalności i nabywania odbiera temu nabywaniu szczęśliwy atrybut.

Świat rzeczy, zewnętrzny świat, przestał być postrzegany jako szczęściodajny. Roli tej nie spełniała już także tracąca rząd dusz religia. Ludzie zaczęli więc wymagać od rzeczy i okoliczności, aby stały się one źródłem przeżyć wewnętrznych. Tam bowiem spostrzeżono – mieści się źródło szczęścia. I wtedy się zaczęło. Dość szybko doszło do komercjalizacji motywów doznań. Konsumentom zaczęło się podsuwać coraz więcej ofert pozwalających im łatwo i bez wysiłku przeżyć jeszcze więcej niż dotychczas. Człowiek zaczął siebie traktować jak projektant doskonałej maszynki do golenia: służy sobie do pochłaniania doznań. Może wybierać liczne oferty: wyspecjalizowane firmy będą się prześcigać w pomysłach, jak zapewnić w podróżach, w rozrywkach, w seksie, w odpoczywaniu wszelkie możliwe uroki życia, wszelkie czarodziejskie przeżycia.

Ale okazało się, że doznań się nie doznaje, jeśli można je kupić z katalogu. Natęża się człowiek, żeby przeżywać i nic. Klapa. Bo to koszty, jakie człowiek musi ponosić, aby osiągnąć jakiś cel, stwierdzają liczni badacze, podnoszą w jego oczach wartość tego celu i sprawiają, że traktuje się go jako upragnioną i cenną nagrodę. Wszystko, co przychodzi łatwo, wydaje się mało ważne i gorsze.

Bądź szczęśliwy, do cholery

Szczęście więc to nie produkt czegokolwiek z zewnątrz ani – jakkolwiek by to obrazoburczo brzmiało – także zdrowia, młodości, sławy, seksu, bogactwa. To raczej ich warunek. Bądź szczęśliwy – pisze psycholog Józef Maciuszek w „Sztuce udanego życia” – a będziesz zdrowy, dobry, kochany, będziesz miał sukcesy w pracy i życiu towarzyskim. Jeśli masz talent do szczęścia – oszlifuj go jak każdy talent. Jeśli masz tylko zdolności – staraj się je spotęgować. Ludzie są szczęśliwi lub nie, mniej więcej w takim stopniu, w jakim potrafią nimi być – powtarzał Abraham Lincoln za Seneką.

Na świecie wydaje się tysiące podręczników, jak wyhodować kwiat szczęścia, organicznie i zdrowo w nas przez naturę wszczepiony, chwast stałej rozpaczy pleni się wszak tylko w chorych mózgach. Przy całej często naiwności swych rad, mają te podręczniki główną zaletę: zachęcają do aktywności.

Są dwa wzorce przekonań odróżniających ludzi sukcesu od przegrywających życie – twierdzi amerykański psycholog M. E. Seligman. Przegrywający każdy drobny problem traktują jako niemożliwy do rozwiązania, a niepowodzenie w jednej dziedzinie jest dla nich zapowiedzią niefartów także w innych. Za źródło niepowodzeń uważają natomiast brak uzdolnień lub defekt swej osobowości.

Zwyciężających natomiast cechuje niezgoda na niepowodzenia, jako trwały element życia. Tę prostą i ważną zasadę powinniśmy wyćwiczyć w naszych dzieciach. Z pewnością osiągną wówczas w życiu sukces. I prócz tego może będą również szczęśliwe.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Psychologowie są dziś wszędzie i zajmują się wszystkim. Czy słusznie? I kto się zajmie nimi?

Transport, policja, szpitale, marketing, reklama, sądownictwo, media, polityka, a wkrótce każda polska szkoła – gdzie się obejrzeć, tam psycholog. Czy współczesna wiedza psychologiczna pozwala im brać na swoje barki aż takie obciążenia?

Ewa Wilk
25.02.2024
Reklama