Klasyki Polityki

Samotność kamedułów

Kameduła nie jest wolny od samotności. Kameduła nie jest wolny od samotności. Stanisław Ciok / Polityka
Skąd się biorą pustelnicy? Dlaczego decydują się na życie w samotności?
Stanisław Ciok/Polityka

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w sierpniu 1998 r.

Niektórzy ludzie bez wątpienia rodzą się z genem pustelnictwa, jak się ponoć rodzimy z genem uzależnienia od substancji, idei, rzeczy, od zachowań łagodnych lub gwałtownych, dobrych, złych i wszelkich innych. Manifestuje się on religijnym powołaniem albo świeckim pragnieniem odcięcia się. Ludzie z nim przemierzają latami świat nienawidząc wszelkiej stałości albo, przeciwnie, osiadają na długo w leprozoriach i w misjach wśród obcej, izolującej inności.

U świętego Romualda gen wybuchł nagle, ale nie można powiedzieć, że nieoczekiwanie, ponieważ prędzej czy później jego działanie nieuchronnie się objawia. Przyszedł na świat w X wieku w bogatej rodzinie, jak większość świętych. Kiedy jego ojciec zabił w pojedynku krewnego, doznał wstrząsu postanawiając u benedyktynów odpokutować czyn ojca. Ale habit nie dał mu nasycenia. Zapragnął życia pustelniczego.

Kiedyś zasnął na łące i zobaczył we śnie drabinę sięgającą nieba, po której wspinali się brodaci ludzie w białych kapturach. Po przebudzeniu spotkał właściciela łąki, hrabiego Maldoli, który podarował teren pod eremy. Od nazwy Campo Maldoli wzięła się nazwa zakonu.

Podobnie przyśniło się w XVII wieku w Polsce Zosi, służącej u bogatego chłopa. Ona także, wracając z odwiedzin rodziców, do których poszła bez zezwolenia, zobaczyła drabinę i białych mnichów z brodami. Przeszła potem z Matką Boską suchą nogą po jeziorze Skąpe. Maria pokazała Zosi wzniesienie lasu, gdzie stanąć miał kościół i pustelnia.

Po zdarzeniu tym skruszyło się zatwardziałe w skąpstwie serce senatora Kadzidłowskiego z Kadzidłowej, który opierał się dotąd naleganiom kameduły z Italii, ojca Silvana, aby zakon powstał w okolicy, gdzie zginęło pięciu braci męczenników. Przybyli oni także z Italii i wraz z dwoma Polakami rozpoczęli życie pustelnicze. Złowili i zjedli łososia, wrzucili szkielet ryby do wody, a ona znów obrosła mięsem dostarczając ciągłego pożywienia zakonnikom aż do nocy z 12 na 13 listopada 1003 r., kiedy zamordowali ich żołnierze Ottona III.

Po widzeniu dzieweczki Zosi skąpy Albert Kadzidłowski ofiarował dotację na zbudowanie kościoła i domków pustelniczych w miejscu przez nią wskazanym, a był to Bieniszew. Po sześciuset latach kameduli znów wrócili do tej okolicy.

Białe męczeństwo

„Obym mógł błogosławić Pana,/ który zachowuje wszystko,/ niebo z miliardami jasnych konstelacji,/ ziemię, brzeg i wezbrane wody” – pisał św. Kolumban w poemacie o życiu pustelniczym na wyspie odciętej morzem od świata.

Można być pustelnikiem na morzu, w puszczy, w eremie, a także we własnym sercu. Ale naturalnym środowiskiem dla ludzi z genem pustelnictwa jest pustynia: piasek, przestrzeń i tylko Bóg na niebie. W II i III wieku miał miejsce masowy zryw do takiego życia. Dziesiątki tysięcy ludzi uciekało na pustynię pragnąc białego męczeństwa. Nie każdy mógł sprostać takiemu, jak Sebastiana, który umierał przeszyty strzałami, jak Barbary – zarąbanej toporem.

Męczeństwo białe wydawało się być może bardziej na ludzką wytrzymałość.

Choć pewno ono jest trudniejsze. Śmierć to w końcu krótki czas. Dopiero samotność i odosobnienie jest powolnym umieraniem serca.

Noc ciemna

Kameduła nie jest wolny od samotności. Mistycy nazywają czas, w którym ona mnicha dopada, „nocą ciemną”. Człowiek nigdy i nigdzie nie uwalnia się od pragnienia miłości, wyłącznej, bliskiej, żywej, na wyciągnięcie ręki. Więźniowie oswajają mysz. Mają ją na wyłączność: coś bliskiego, choćby mysz. Pustelnik ma tylko odległego Boga, który czasem wydaje się zbyt daleki, a czasem w ogóle Go nie ma i niebo wydaje się puste.

– Brak wątpliwości w wierze nie oznacza, że wiara jest silna – mówi brat Korneliusz z Bieniszewa – a często tylko, że ona ślepa, zewnętrzna, powierzchowna. Wątpliwości są cechą wiary żywej, która targana burzą odradza się na nowo, jak każda miłość. Ziemska również.

Czas zanika

W nocy ciemnej pustelnika ratuje dyscyplina. Już ci w dawnych wiekach na pustyni musieli się poddać żelaznym rygorom. Inaczej nie sprostaliby samotności. Kameduli wstają przed czwartą. O piątej jest prima – półgodzinne rozmyślanie, msza, posiłek i praca fizyczna. O dziewiątej tertia i msza konwentualna. Sexta i lektura religijna. O dwunastej nona i obiad. O piętnastej nieszpory i praca fizyczna. O osiemnastej kolacja, rozmyślanie, różaniec. Dzień w dzień do dnia, kiedy kamedułę kładą do trumny, gdzie czeka, aż go zamurują w podziemnych katakumbach.

Monotonia nieludzka dla nas, sprzed furty. Ale powtarzalność prim, tertii i non jest pustelnikowi potrzebna. To narzędzie. Wchodzi się w taką powtarzalność i wtedy czas powoli zanika. Staje się czasem liturgicznym. Jak ruch wahadła raz w jedną, raz w drugą stronę. Nie składa się ze zdarzeń, jak dla nas, przed furtą, lecz tylko z dni, bo nie ma w nim przyszłości innej niż ta po śmierci. Wszystko dawne się wycisza, odchodzi. – Nie ma we mnie łapczywości życia, a tylko gotowość na to, co jest dane – mówi brat Korneliusz.

Wieczne milczenie

Brat Korneliusz lubi jogurt. Jakąż satysfakcję miałby mieć Bóg z tego, że brat pozbawia się przyjemności jedzenia jogurtu? Kameduli nie jedzą nabiału na 40 dni przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą. Nigdy – mięsa. Tylko ryby kupowane już, niestety, w sklepie. Jedzą skromnie. Właściciel sklepu dziwi się – jego trzyoosobowa rodzina zjada więcej niż ich ośmiu. Obiad brat–kucharz gotuje sam we wspólnej kuchni, a potem roznosi w menażkach do domów braci, aby zjedli go samotnie.

Żyją razem, ale oddzielnie. Każdy w małym domku z miniogródkiem za wysokim murem tak zbudowanym, aby nie stykać się z sąsiadem–pustelnikiem. Tylko proste sprzęty – łóżko, stół, krzesło. Miejsce do mycia się.

Nie słuchają radia, nie oglądają telewizji, nie czytają świeckiej prasy i książek. Spotykają się w kościele na wspólnej modlitwie, ale później zadają sobie udrękę robienia wszystkiego oddzielnie. Rozmyślają, czytają, pracują, sprzątają, piorą sobie ubrania – pojedynczo i w milczeniu. Brat Marek milcząc szyje habity. Brat Bolesław uprawia ogród, choć cóż to za ogród w porównaniu z potężnym warzywnikiem sadzonym, kiedy było ich w Bieniszewie sześćdziesięciu, a nie ośmiu, jak teraz, w większości już niemłodych.

Nie mówią ciągle "memento mori" i nie śpią w trumnach, jak myślą ludzie spoza furty. Ale wciąż milczą. "Tylko ci znajdują, którzy trwają w nieustannym milczeniu. Każdy, kto ma upodobanie w mnóstwie słów, choćby głosił chwalebne rzeczy, jest pusty w środku" – pouczał syryjski mnich Izaak z Niniwy.

Wyciszenie od początku

W milczeniu słowa nabierają niebywałego znaczenia. Kameduli odmawiają 150 psalmów w ciągu dwóch tygodni, kiedyś mieli obowiązek odmówić je w tydzień. Psalmy są ich rozmową. Sobie przekazują tylko to co podstawowe i niezbędne do funkcjonowania. Rzadko rozmawiają z najbliższymi, kiedy ci ich odwiedzają. Ojciec przełożony zobaczył swoją siostrę już jako zamężną kobietę, kiedy wstąpił do kamedułów, była małą dziewczynką. Nie wychodzą poza klasztor. Mogą pojechać na pogrzeb rodziców, ale kiedyś i to było niemożliwe.

Nic nie jest jednak dane na stałe. Przełożony musi mieć kontakt ze światem. Wyjść za furtę do urzędów, po zakupy. Jeśli wyjazdów takich jest dużo, znika wypracowane odcięcie. – Świat zaczyna się odbijać – mówi ojciec przełożony – i znów trzeba rozpocząć wyciszenie od początku.

Kiedy kameduła popada w „noc ciemną”, a wszystko, co wydawało się ostateczne i solidnie zbudowane, rozpada się, ma na ratunek narzędzie: wyćwiczenie ciała i umysłu w ograniczeniach i dyscyplinie. „Tylko ten, kto przeżył ból, głód i inne pokuty cielesne, wie, jak bardzo głęboko obejmują one ludzką osobę” – pisze Marian Prokopowicz. Hartują. Uczą samokontroli. Czy kaleczą?

Być może kaleczą te, które nie są wybrane i zadane sobie dobrowolnie. Biorą się z czyjejś agresji i trzeba je znosić z upokorzeniem.

Bo kameduli mówią, że są szczęśliwi.

Wszystko za wszystko

– Tak naprawdę nic nie zostawiłem za furtą, bo zostawiając wszystko, zyskałem wszystko – mówi brat Korneliusz.

Skończył weterynarię, żył jak inni młodzi ludzie. Miał dziewczynę, kochali się i rozumieli. Cieszy się, że przebył to doświadczenie. Że sprawdził także to, co w życiu jest bardzo ważne. Ale zawsze miał w sobie rodzaj wewnętrznego głosu, który nie zezwalał na osadzanie się na tym, co miałkie, a nawet co bardzo ważne, ale dla niego – nie najważniejsze. Przyszedł do kamedułów i rozpoczął studia w Wyższym Seminarium Duchownym. Teraz kończy pracę magisterską o Matce Boskiej w katechizmie. Ale nie o Królowej na obłokach, ale – o Siostrze w wierze.

U kamedułów odnalazł miejsce, do którego prowadził go wewnętrzny głos. Walcząc z nocą ciemną, przeżywając integrację i rozpadanie, wzrost i upadek, odkrył świat niezwykły.

Pustelnicy – pisze Krystyna Osińska – wchodzą do świata zwyczajnym, ludzkim siłom niedostępnego. Pozwala on na osiągnięcie równowagi psychicznej i fizycznej. Grecy nazywali takie życie logikos – logiczne.

– Nie można tego opowiedzieć – mówi brat Korneliusz – co się tu przeżywa. Jak się człowiek niesłychanie na wszystko uwrażliwia, otwiera, wyostrza. Na ludzkie wady na przykład. Dopiero tu brat nauczył się doceniać cielesność, kochać w człowieku, co w nim małe, słabe, kruche, porcelanowe. Zrozumiał, że kiedy widzi nieczystość w innym człowieku, jest pewien, że nosi ją także w sobie, inaczej by jej nie dostrzegł. I tak jest z gniewem, złością i ze wszystkim co złe.

A zewnątrz? – Dla kogoś, kto dotarł do obozu Boga, zewnątrz nie istnieje – mówi brat Korneliusz.

Eremita przegłosowany

– Przełożyłeś Jędrzejewską? – pyta student Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie kolegę pod murem pustelniczego eremu, w którym pracuje fotokopiarka. W innym eremie – jakieś biuro. Do kamedułów na podwarszawskich niegdyś Bielanach przyjeżdżał król Jan Sobieski po namysł i pociechę w strapieniach państwowych. Trwali tu kameduli przez setki lat, aż wymarli. Ostatniego złożono w 1910 r. do katakumb.

Bywało w historii ich zakonu po 1200 mnichów we wszystkich klasztorach, teraz jest na całym świecie około dwustu. W Polsce – w Krakowie i w Bieniszewie. Coraz mniej jest powołań. Zgłaszają się do nich, zwłaszcza po artykułach w prasie, często ludzie z zaburzeniami psychicznymi szukający ukojenia w chorobie. Ale tacy się nie nadają. – Sprawdzić się w tym zakonie może człowiek silny, otwarty, a nie chory introwertyk – mówi ojciec przełożony. Zanim kandydat zostanie na stałe, przechodzi próby. Po trzech latach nowicjatu może odejść. Jeśli zostaje, ma kolejne pięć lat, po których kapituła w głosowaniu stwierdza, czy jest w stanie sprostać wymogom pustelniczego życia. Dopiero wówczas składa śluby wieczyste.

Po powstaniu listopadowym Rosjanie wypędzili bieniszewskich zakonników z ich siedzib. Wrócili tu na dwa lata przed wojną i zaczęli dźwigać ze zniszczeń swój kościół i budynki. W wojnę wypędzili ich Niemcy, zniszczyli ołtarz, wywlekli z katakumb wiekowe kości poprzedników i zainstalowali w klasztorze Hitlerjugend. Ci, którzy nie zginęli w Oświęcimiu, znów wrócili do Bieniszewa.

Komitet ocalenia kamedułów

Komunizm kamedułów nie ruszył. Do ich kościoła przyjeżdżali cichcem urzędnicy partyjni brać śluby, chrzcić dzieci, przychodzili okoliczni mieszkańcy po finansowe wsparcie.

Zagroził im dopiero kapitalizm. Ślubują ubóstwo. Nie mają dochodów ze ślubów, chrzcin, pogrzebów. Nie chodzą po kolędzie. Żyją z tego, co otrzymają od ludzi. I okazało się, że w kapitalizmie jakby trochę o nich zapomniano. Okazało się, że nie mają czym płacić za ogrzewanie domków pustelniczych i bardzo są zadłużeni, a prosić o wsparcie nie śmieją. Już władze Italii szykowały decyzję o rozwiązaniu zgromadzenia.

Wtedy redaktor Sławomir Papiera z Radia 66 w Koninie, który wie wszystko, co się dzieje w okolicy i wszystkiemu umie zaradzić, podniósł alarm. Przechwyciły go inne media. Do kamedułów przyjechał już następnego dnia jakiś biznesmen i położył na stole okrągłą sumkę. Zaczęły płynąć ze wszystkich stron pieniądze od wierzących i niewierzących. Zawiązał się komitet ocalenia kamedułów. Ludzie nie mogli sobie wyobrazić, żeby klasztor, który trwał setki lat wpisując się w historię tej ziemi, mógł przestać istnieć z powodu głupich długów w elektrowni. Po burzliwych sporach z pomocą przyszły także władze. Gmina przyznała stałą dotację.

Spokój dla wędrowca

Misją kamedułów jest modlić się za wszystkich ludzi, którzy nie mają na to czasu albo chęci. Dobrze jest mieć świadomość, że oni to robią. Jakoś raźniej, mówi Sławomir Papiera.

Dobrze wiedzieć, że w zgiełku świata pędzącego za forsą istnieje grupka altruistów oddanych metafizycznej idei bez reszty, bez granic. Że wreszcie człowiek skołatany tym światem może zaszyć się u nich na parę dni, pozwalają na to. Dostanie skromny posiłek z menażki i nabierze w płuca spokoju. Wiele go jest w bieniszewskich murach. Mury zapisują wszystko.

Reklama

Czytaj także

null
Kultura

Musicale na fali. Taki mało rozśpiewany z nas naród, a nie ma spektaklu bez piosenki

Nie należymy do narodów rozśpiewanych, ale w teatrze trudno dziś znaleźć spektakl bez choćby jednej piosenki. Przybywa też dobrych rodzimych musicali.

Aneta Kyzioł
18.05.2024
Reklama