Klasyki Polityki

Magiczne zwierciadło

Szkocki inżynier John Baird demonstruje swój słynny wynalazek niemieckiemu naukowcowi Gradenwitzowi, Londyn, październik 1929 r. Szkocki inżynier John Baird demonstruje swój słynny wynalazek niemieckiemu naukowcowi Gradenwitzowi, Londyn, październik 1929 r. Corbis
27 stycznia 1926 r. zaprezentowano pierwszy telewizor. Jak do tego doszło?

Artykuł ukazał się Pomocniku Historycznym POLITYKI w lutym 2006 r.

John Baird zbudował pierwszy telewizor ze skrzynki po herbacie, tekturowego krążka z pudełka po kapeluszu, igły do cerowania i soczewki z lampy rowerowej. Zaprezentował go publicznie 80 lat temu. Ale ojców wynalazek ma wielu, w tym Polaków. Bo pojawienie się telewizji zbiegło się ze zmierzchem ery samotnych odkrywców nieznanych lądów techniki.

Koniec XIX i początek XX w. obfitował w zdumiewające zdarzenia. Na łąkach widywano kwiaty, które poddawane wpływom słonecznego promieniowania przez krótkie chwile jaśniały własnym światłem. Epizody nagłych przebłysków obserwowano u nagietków, słoneczników, a także wśród polnych maków. „Popular Science” donosił zza Oceanu o niecodziennych deszczach, których krople rozbijały się o ziemię w tysiące elektrycznych drobin, iskier bladych, acz widocznych gołym okiem. Napowietrzną i wodną elektryczność natura zdawała się trwonić bez opamiętania, ale na Węgrzech pewien uczony chwytał pioruny w butelkę, a potem rozdawał je wieśniakom, by uwolnione, niczym dżiny zelektryzowane, sprowadzały deszcz na wysuszone pola.

Również opiekę nad zdrowiem powierzano elektryczności. Na co dzień zażywano jej w pigułkach i w herbacie, panów i panie poddawano wstrząsom o leczniczych właściwościach. Uczeni zarzucili na miasta sieci z kabli telefonów, noc wyparli za rogatki, wynaleźli fonograf, ruchome obrazy i radiowe fale. „Po jednym cudzie następował kolejny, aż nie pozostało nam nic, jak tylko zadać sobie pytanie, jakaż to oczywista niemożliwość zostanie urzeczywistniona jako następna” – pisał w 1896 r. magazyn „Western Electrician”. Andrew Jackson Davis wieszczył z Ameryki, że „cały świat powita okrzykiem zachwytu nadejście ery, gdy ludzkie wnętrza zostaną otwarte i będziemy mogli cieszyć się spirytualną komunią, którą już cieszą się mieszkańcy Marsa, Jowisza i Saturna”. Elektryczność dawała nadzieje na pokonanie ostatecznej granicy, bo cóż miałoby stanąć na przeszkodzie duchowi, cóż mogło unicestwić duszę, jeśli była ona, jak mówili uczeni, wieczną falą we wszechobecnym, wibrującym eterze.

John Baird

W takich to czasach przyszło dorastać pewnemu Szkotowi, przyszłej chlubie Korony, który jeszcze jako dziecko dom swych rodziców zelektryfikował jako pierwszy w Helensburghu; potem otrzymywał diament w piwnicy, pół Glasgow pogrążając w ciemnościach, a osiągnąwszy wiek męski patentami elektrycznych instrumentów sypał jak z rękawa. Właśnie o takich jak on chorwacki wynalazca Nikola Tesla, który z istotą elektryczności był w nadprzyrodzonej niemal komitywie – promienie X odkrył przed Wilhelmem Roentgenem, radio przed Guglielmo Marconim, a zasłynął tym, że potężne moce rzeki Niagara skierował w turbiny miejskiej elektrowni – mówił: „Spośród wszystkich radosnych i krzepiących przymiotów, które cechują rozwój współczesnej umysłowości, postęp nauk o elektryczności jest czynnikiem o największym potencjale. Nauka ta przyciągnęła uwagę i wyzwoliła energię artysty; bo jakież inne pole danych przez Boga mocy może być źródłem większej korzyści niż ten niezbadany, niemal dziewiczy obszar, gdzie, niczym w pogrążonym w ciszy lesie, tysiące głosów odpowiadają na każde wezwanie?”.

John Logie Baird był zdolny, lecz jak to często u wybitnych bywa, nieco słabowity. Mając lat trzydzieści jeden udręczony kaprysami szkockiego klimatu wypłynął więc na wyspę Trynidad, by tam w czyn wcielić marzenie dzieciństwa. Stworzyć maszynę, o której polski wynalazca Jan Szczepanik w 1878 r. pisał tak: „Po telefonie i telegrafie musimy wynaleźć telefoton albo telefotoskop, to jest przyrząd telegraficzny do widzenia z odległości. Będzie to ni mniej, ni więcej tylko stare jak świat zwierciadło magiczne Pitagorasa, którym posługiwał się Franciszek I w wojnach z Karolem i widział on w Paryżu to, co agent jego pisał krwią w Mediolanie na lusterku zupełnie podobnym do tego, jakie sam posiadał. Tak głosi legenda. Otóż chodzi po prostu o to, ażeby z legendy zrobić rozdział fizyki”. Temu właśnie poświęcał się Baird. Nocami jego chatę spowijała czerwonawa łuna, a dziwne szumy świdrowały ciszę. Sąsiedzi zaczęli mówić o nim, że igra z mocą o nieziemskim pochodzeniu...

Ot i cała historia telewizji – największego wynalazku wieku elektryczności. Przebywając na Trynidadzie Baird (1888–1946) skonstruował bowiem odbiornik i nadajnik służący do przekazu ruchomych obrazów. Dzień pierwszej oficjalnej prezentacji jego urządzeń uznano za datę narodzin nowego medium. 27 stycznia 1926 r. członkowie brytyjskiego Royal Institution oraz reporter „The Times” zgromadzili się na zakurzonym strychu budynku przy Frith Street w Londynie, by na miniaturowym ekranie dopatrzyć się obrazu ludzkiej twarzy, nadawanego z sąsiedniego pomieszczenia. Wynalazek Bairda wzbudził umiarkowany entuzjazm. Okoliczności pokazu urągały godności szacownego grona, obraz na maleńkim ekranie nieznośnie drgał, konstrukcja była licha, a jakby tego było mało, broda jednego z uczonych wkręciła się w tryby odbiornika.

Jeszcze kilka lat po oficjalnych narodzinach telewizji jakość obrazu przekazywanego metodą Bairda pozostawiała wiele do życzenia. Parę lat temu „The New Yorker” przytoczył opowieść Jamesa Thurbera o telewizji z 1931 r.: „Ludzie mają odbiorniki w domach – inżynierowie, miłośnicy techniki, optymiści, wierzący w przyszłość telewizji. Siada się w fotelu, kręci gałkami, patrzy przez obiektyw o rozmiarach rondla i jeśli wszystko jest w porządku, na ekranie o powierzchni mniej więcej ośmiu cali kwadratowych umieszczonym na drugim końcu obiektywu pojawia się obraz. Pewnej nocy Columbia pokazała dwóch bokserów w akcji. Tylko dwie osoby mogą wygodnie korzystać z odbiornika; inni muszą się wyginać albo kucać, albo zapuszczać żurawia nad głowami tych dwóch szczęściarzy. Walka nie była najlepsza. Pięściarze musieli zmieścić się na jakichś pięciu stopach kwadratowych, a widać ich było tylko od pasa w górę. Czasami obraz robił się ostry, ale zaraz potem bokserzy okładali się jak we mgle albo uganiali za sobą w kance pełnej mleka. Twarze i ręce rozdymały się i kurczyły, jak obrazy w tych krzywych zwierciadłach w wesołych miasteczkach”.

Z drugiej jednak strony magazyn „Popular Mechanics” donosił, że kiedy obraz rzutowano na duży ekran, tak jak czynił to Ernst Alexanderson z firmy General Electric, reakcje były zgoła inne: „Wszyscy stracili zainteresowanie mechaniką telewizji; przekonywający realizm przekazu kazał zapomnieć o tym, że zabawiają ich fale i obiektywy. Zawładnęła nimi siła emocji, jak zwykli mówić artyści sceny”.

Nipkow i Farnsworth

Baird zbudował swój pierwszy telewizor (publicznie zaprezentował nieco ulepszony model) ze skrzynki po herbacie, tekturowego krążka z pudełka po kapeluszu, igły do cerowania i soczewki z lampy rowerowej. Całość związał nićmi, potraktował klejem i dla pewności poprawił lakiem do pieczęci. Nie przywiązywał uwagi do szczegółów technicznych, bo i sama mechaniczna idea przekazu ruchomych obrazów zdumiewała prostotą. Ale to nie Baird był jej autorem, ale Paul Gottlieb Nipkow.

Nipkow (1860–1934) był Niemcem, który urodził się i wychował w mieście zwanym dziś Lęborkiem. W 1884 r. podczas studiów na berlińskiej politechnice wpadł na pomysł, by w okrągłej tarczy wykonać szereg otworków ułożonych na spiralnej krzywej. Światło odbite od przedmiotu, postaci ludzkiej lub krajobrazu biegłoby przez otworki, by następnie paść na selenową płytkę, która światło zamieni na prąd elektryczny. Obracająca się tarcza miała szatkować obraz na paski, specjalny mechanizm ciąć paski na świetlne plamki, a plamki te, w formie elektrycznych impulsów, trafiałyby do odbiornika, gdzie w procesie odwrotnym do opisanego na ekranie pojawiłby się obraz. Nipkow nigdy go jednak nie zobaczył, a to dlatego, że jak pisał Feliks Burdecki (przedwojenny popularyzator nauki i kontrowersyjny publicysta), „pomysł był genjalny, a jednak budowa aparatu według tego projektu była niemożliwa. Nipkow bowiem wymagał od komórki selenowej więcej, aniżeli ona dać mogła”. Ponadto Niemiec zgłosił projekt swojego wynalazku do urzędu patentowego, zanim jeszcze Heinrich Herz odkrył fale elektromagnetyczne, a Marconi udowodnił, że można na ich grzbietach przesłać informacje.

Tak po prawdzie było też wielu innych konkurentów Bairda proponujących podobne do jego rozwiązania. Żaden z nich, włączając Szkota, nie był jednak ojcem współczesnej telewizji. W 1936 r. Burdecki tłumaczył: „Aby dany obraz wysłać drogą radiową lub »na drutach« telegrafów, trzeba postępować jak ów duch na posiedzeniach spirytystycznych, który, zanim się ukaże w postaci jakiejś zjawy, rozkłada się najpierw na cząsteczki najdrobniejsze i w ten sposób przeciska przez dziurkę od klucza: trzeba więc obraz podzielić na maleńkie pola, punkciki, wysłać każdy oddzielnie, a następnie na stacji odbiorczej złożyć je znów tak samo jak kamyczki w obrazie mozaikowym”.

Nipkow teoretycznie, a Baird w praktyce rozkładali i składali obraz na modłę mechaniczną, Philo Farnsworth wykorzystał moce elektronu. Był 1921 r. Tamto pamiętne letnie popołudnie czternastoletni wnuk pierwszych mormońskich osadników spędzał na polu ziemniaków. Kroczył za koniem, koń ciągnął bronę, wokół jak tłusta mucha krążyła myśl o telewizji. Projekty instrumentów do przenoszenia obrazów i dźwięków mały Farnsworth znał już z czasopism fantastycznych i książek Juliusza Verne’a. Paul Schatzkin w „The Boy Who Invented Television” tak opisywał cud olśnienia: „Philo zatrzymał się na moment i odwrócił, by rzucić okiem na wynik popołudniowej pracy. W jednej chwili radosnego natchnienia wszystko, nad czym się zastanawiał i czego dotąd się uczył, zespoliło się w nowatorski sposób i śmiała idea skrystalizowała się w głowie chłopca”. Farnsworth zobaczył obraz skanowany linia po linii, jak kartoflisko przy użyciu brony.

Sześć lat później zademonstrował w San Francisco w pełni funkcjonalny system telewizyjny. Jedna z próżniowych tub analizowała obraz, służąc za oko kamery, druga wyświetlała. Obie działały na podobnej zasadzie. W ich wnętrzu odchylana przez pole magnetyczne wiązka elektronów przebiegała powierzchnię ekranu i przekładała światło na impulsy prądu elektrycznego albo prąd na zielonkawe punkty światła.

Zworykin, Swinton, Carey i magiczne latarnie

Liczne rozwiązania techniczne Farnswortha do dziś stosuje się w sprzęcie telewizyjnym, ale sam domorosły wynalazca poszedł w zapomnienie (umarł zdegustowany tym, jak wielki potencjał zaprzepaściła telewizja). W podboju rynku uprzedził go Vladimir Zworykin (1889–1982). Ten Amerykanin rosyjskiego pochodzenia był od Farnswortha mniej utalentowany, ale obrotniejszy. W latach dwudziestych XX w. wszedł w alians z Radio Corporation of America, by wzmocniony potęgą korporacyjnych prawników rozpowszechnić własny system telewizyjny, nie zważając na fakt, że niektóre patenty należały do konkurenta.

Ale czy warto dociekać, czy to Farnsworth, czy Zworykin zasługuje na większe uznanie, skoro żaden z nich nie wymyślił telewizji od podstaw? Przecież już w 1908 r. szkocki uczony Alan Campbell Swinton (1863–1930) w liście do czasopisma „Nature” przedstawił projekt „elektrycznej wizji na odległość” działającej na niemal identycznej zasadzie. A jeszcze wcześniej, bo w latach siedemdziesiątych XIX w., amerykański wynalazca George Carey obmyślił elektryczne oko, nadajnik, którego siatkówkę chciał wyłożyć selenowymi komórkami tak, by „refleksy świetlne” wywoływały zmianę przewodnictwa elektrycznego między każdą parą wyprowadzonych z nich platynowych drucików. Odbiornik miał się składać z matrycy żaróweczek włączanych za pośrednictwem owych drucików.

I żeby była jasność – ciąg wątków związanych z telewizją nie kończy się na Careyu. Drzewo ewolucyjne tego wynalazku ma co najmniej kilkadziesiąt gałęzi, a korzeniami sięga wieków średnich. Doświadczenia z prostym przekazywaniem wizji na dystans prowadzono od XIII w. Świadkowie scen, które na ścianach zaciemnionego pokoju za pomocą camera obscura „nadawał” z sąsiedniego pomieszczenia francuski medyk Arnaud de Villeneuve (1238–1314), zapadali w obraz bez reszty, podobnie jak pierwsi telewidzowie. Już od XV w. Europejczyków bawiły magiczne latarnie i wyrafinowane technicznie fantasmagorie. „Jestem zadowolony dopiero wtedy, gdy moi widzowie, drżący i dygocący, podnoszą dłonie, by zakryć oczy, ogarnięci strachem przed duchami i demonami, które rzucają się ku nim”, opowiadał znany swego czasu Belg Robert Etienne-Gaspard, który w połowie XVIII w. objechał Stary Kontynent z „Krwawiącą zakonnicą” i „Otwarciem puszki Pandory”.

Szczepanik i Ochorowicz

Wśród bohaterów nowszej historii telewizji byli również Polacy, dziś – jak sto lat temu – bardziej znani za granicą niż w kraju. A tymczasem jeden z nich już w 1897 r. zgłosił do londyńskiego urzędu patentowego wniosek na „metodę i aparat do reprodukowania obrazów i im podobnych na odległość za pomocą elektryczności”. Sercem telektroskopu (zwanego też dalekowidzem) był układ wahających się zwierciadełek, który spełniał funkcję tarczy Nipkowa. Autorem tego pomysłu był znany w całej ówczesnej Europie Jan Szczepanik (1872–1926) i już za jego przyczyną trafiłby do annałów wynalazczości. Tego „genjalnego naszego polskiego Edisona” (jak nazwało go „Słowo Polskie”) z Edisonem właściwym łączyła zarówno płodność i bystrość umysłu, jak i rozległa dziedzina zainteresowań (sławę przyniósł mu wykonany na zlecenie II Rzeszy projekt gigantycznej maszyny gobelinowej, która obrazy ku czci Niemiec tkać miała z wykorzystaniem techniki optycznej).

W 1898 r. zafascynowany Polakiem Mark Twain donosił w „New York Timesie”: „Władze z bólem serca nakazały młodemu człowiekowi opuszczenie jego wspaniałego laboratorium, gdzie pomagał ludzkości w parciu ku dobrobytowi i naukowym podbojom, i wstrzymały działalność jego myślowego Klondike na trzy lata, by w czasie pokoju kłuł bagnetem powietrze”. Szczęśliwie z obowiązku służby wojskowej zwolnił wynalazcę zachwycony jego urządzeniem do kopiowania rzeźb Franciszek Józef, wybawiając go tym samym od śmierci z nudów. Cesarz spłacił poniekąd dług Alfonsa XIII, hiszpańskiego monarchy, którego kuloodporna kamizelka Szczepanika uratowała przed kulą zamachowca. Polak z austriackiego zaboru odpracował służbę w szkole na prowincji, gdzie, jak pisał Twain, „na bok odkładał wyzute z wszelkiego ducha podręczniki i tanecznym krokiem poprowadził dzieci przez zaczarowane krainy nauki i inwencji”.

Podobnym krokiem przekraczał Szczepanik pogranicza nauki i pseudonaukowego chciejstwa. W 1888 r. pojawił się we Lwowie, by dokonać zakupu wynalazku, którego autorem był niejaki Rychnowski. Chodziło o „ciecz elektryczną” nazwaną elektroidem, o której „Daily News” pisał, iż „już zdążyła wzbudzić sensację wśród niemieckich i francuskich okultystów”. Londyńska gazeta informowała, że „płyn emitował światło, obracał przedmioty w powietrzu i wywoływał wiry w wodzie”. Zabijał też zarazki. Redaktorzy fachowego periodyku „Electrical Engineer” pozostawali sceptyczni: „Opis owego wydarzenia wskazuje na ponowne rozpoznanie cech elektryczności, przypuszczamy więc, że w dalszej kolejności Herr Szczepanik odkryje, iż woda jest mokra”. Wątpliwa reputacja wynalazcy w środowisku uczonych sprawiała, że nawet ciekawy z technicznego punktu widzenia wynalazek dalekowidzu nie był traktowany poważnie przez nikogo poza jego twórcą.

Niepokojąca wszechstronność zainteresowań cechowała również dobrze znanego Szczepanikowi Juliana Ochorowicza (1850–1917). Tuż po śmierci tego ostatniego „Kurier Warszawski” napisał, że urodzonego w Radzyminie wynalazcę „porywał zbytnio temperament ku poszukiwaniu nowych dróg, niezrównoważony dostatecznie przez metodyczność i ogólność, które łatwo mógłby osiągnąć, gdyby jego działalność naukowa związana była z katedrą”. Cięty język i niekonwencjonalne poglądy nie budziły życzliwości jemu współczesnych, a nieliczne rysunki i nieczytelne notatki sporządzane w pośpiechu o najdziwniejszych porach dnia i nocy utrudniały (i wciąż utrudniają) interpretację jego dorobku. Tymczasem nie można wykluczyć, że to właśnie Ochorowicz wymyślił telewizję. Jego pochodzący z 1878 r. opis metody skanowania i przesyłania obrazu był wprawdzie bardzo ogólnikowy, ale brak szczegółów rekompensowany był przez rozmach wizji, która miała więcej wspólnego z wynalezionym pół wieku później elektronicznym systemem Farnswortha niż z mechaniczną tarczą Nipkowa. Ochorowicz ogłosił przemyślenia drukiem, ale przeszły bez echa – z dwóch zasadniczych powodów.

Po pierwsze, tak się złożyło, że informacja o tym osiągnięciu rodzimej myśli technicznej przepadła wśród mnogości podobnych, które w latach osiemdziesiątych XIX w. zaczęły napływać z Francji (wynalazek Senlecqa), Portugalii (de Paiva), Stanów Zjednoczonych (Carey, Jenkins, Sawyer, Bell i inni) i Wielkiej Brytanii (między wieloma innymi Ayrton, Perry, Kerr). Po drugie, Ochorowicz domeną swych naukowych dociekań ustanowił parapsychologię. Kiedy w 1877 r. pisał, że „siły przyrody nie są odrębnymi bytami, lecz tylko różnymi formami objawu jednej siły i jako takie mogą się wzajemnie przeobrażać jedna w drugą”, myślał nie tylko o zjawiskach fizycznych, lecz także – a może głównie – fenomenach mediumicznych. Będąc święcie przekonanym o istnieniu świata duchów usiłował skonstruować urządzenie do fotografowania myśli. Przeżył wstrząs, gdy na jaw wyszły oszustwa Włoszki Eusapii Paladino, gwiazdy ówczesnych salonów spirytystycznych. Zawiedziony całą swą energię poświęcił poszukiwaniu prawdziwych i demaskowaniu rzekomych duchów, porzucając inne wątki działalności.

Duchoskop przed kineskopem

Oczywiście nie było nic zaskakującego w zainteresowaniu, którym uczeni przełomu XIX i XX w. darzyli zjawiska nadprzyrodzone. Jednym z efektów ubocznych rewolucji przemysłowej oraz obowiązującej empirycznej i materialistycznej interpretacji praw przyrody był zwrot ku spirytyzmowi. Nawet wynalazcy tej klasy co Edison (1847–1931) usiłowali nawiązać łączność z ciałami astralnymi, które w połowie XIX w. skazano na banicję. Uczeni szukali sygnału na kanałach „wysokich częstotliwościach wibracji kosmosu” za pomocą duchoskopów i duchowych telegrafów. Wiara we fluidy uczuć i emocji, których istnienie postulowali jeszcze niedawno mesmeryści, ustępowała fascynacji zagadkową nauką o elektryczności.

W role magów i proroków nowej ery wcielono uczonych. Prezentacje ich nowych wynalazków jako żywo przypominały spektakle okultystyczne, a widzowie nie odróżniali zazwyczaj zjawisk fizycznych od magicznych, bo – jak w 1897 r. donosił amerykański „Electrician” – „najmniejszy choćby ślad naukowego ducha nie jest w stanie przeniknąć do umysłu przeciętnego człowieka”. Aż do początku XX w. nauka i czarna magia szły zatem w tandemie. Od czasu do czasu ten perwersyjny związek wydawał na świat całkiem udane potomstwo. Na przykład w 1878 r. Sir William Crookes, badający zjawiska związane z przepływem prądu elektrycznego przez rozrzedzony gaz usiłując sfotografować ducha, mimowolnie odkrył zjawisko fluorescencji, co po latach doprowadziło do powstania kineskopu.

Spuścizna technoutopii

Czas najwyższy, by sprawę radia z lufcikiem (jak mawiał jeden z bohaterów Wiecha) postawić jasno: matka nieznana, ale za to dziecko udane – ojcem chciał być każdy. To stwierdzenie prawdziwe dla wielu wynalazków, ale w tym przypadku prawdziwe w sposób szczególnie dobitny. Na jej powstanie i rozwój złożył się bowiem wysiłek wielu naukowców, odkrywców i podwórkowych wynalazców najróżniejszych nacji. Zestaw ich nazwisk, choć ze wszech miar wart zapamiętania, zawsze będzie jednak niepełny i w znacznej mierze przypadkowy, ponieważ wszyscy oni działali w sieci wzajemnych powiązań oraz inspiracji. Gwałtowny rozwój prasy i radia (początkowo telegrafu bez drutu), które – jak pisał Feliks Burdecki – „drgającemi falami elektrycznymi otoczyło gęstą siecią ziemię i stało się symbolem nowej epoki, epoki władzy człowieka nad ziemskim globem i jego siłami”, sprawił, że świat zachodni skurczył się do nieznanej dotąd maleńkości, umożliwiając swobodny przepływ informacji – również tych naukowych, zaś sama wiedza techniczna osiągnęła masę krytyczną konieczną do powstania nowego wynalazku.

Telewizja jak koło po prostu musiała się narodzić. Jest produktem resublimacji ducha epoki. I chociaż zmaterializowała się w postaci telewizora dopiero w latach dwudziestych XX stulecia, była spuścizną technoutopii charakterystycznych dla wieku poprzedniego. Po wielkiej wojnie z 1914 r. nauka definitywnie straciła swą niewinność. Miała być odtąd ściślej niż kiedykolwiek w dziejach związana z przemysłem wojskowym.

Zmiany zaszły i na bardziej podstawowym poziomie. Ku zgrozie mniej i bardziej uczonych struktura rzeczywistości ujawniła zaskakującą złożoność i zaczęła wymykać się intuicyjnym wyobrażeniem. Twórcy mechaniki kwantowej przekonywali, że nie obserwujemy natury jako takiej, ale tylko te jej aspekty, które poddają się naszym metodom dociekań. Jakby tego było mało, Einstein dowiódł, że przestrzeń, czas i materia są zaledwie cieniami jakiegoś ukrytego wymiaru wszechrzeczy i że wiele z tego, co wydawało się stałe, jest względne. Pojawienie się telewizji zbiegło się ze zmierzchem ery samotnych odkrywców nieznanych lądów techniki. Idea wizji na odległość symbolizowała podszytą lękiem, ale przede wszystkim nadzieją, wiarę w nieograniczony potencjał nauki i techniki.

Jednak im bliżej celu byli wynalazcy, tym bardziej trywialny wydawał się sam wynalazek. I kiedy osiemdziesiąt lat temu Baird zaprezentował swój prymitywny mechaniczny telewizor, stało się jasne, że skończył się ostatni w dziejach cywilizacji zachodniej okres, gdy można było wierzyć jednocześnie i w cuda, i w rozum, a nawet w lepszy świat. A że to kompromitująca wręcz naiwność, dziś wiemy choćby z telewizji.

Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Drapacze chmur, które zmienią oblicze Nowego Jorku

W 2020 r. na Manhattanie zostaną oddane do użytku dwa rekordowo wysokie wieżowce. Już dominują nad panoramą miasta. A stoją przy tej samej ulicy.

Aleksander Świeszewski
25.01.2020
Reklama