Klasyki Polityki

W polu niewidzenia

W polu niewidzenia

W 2006 r. pierwszy raz złożyła zawiadomienie o znęcaniu się nad rodziną. W 2006 r. pierwszy raz złożyła zawiadomienie o znęcaniu się nad rodziną. Mirosław Gryń / Polityka
Ułożył Dorotę na wykładzinie, nakrył kocem, umył nóż i ręce, wyłączył bojler w łazience, światło, gaz pod obiadem, który gotowała Dorota, ubrał się i poszedł do sklepu.
Marek poszedł na odwyk, ale zaraz po powrocie znowu zaczął pić. Właściwie przestał trzeźwieć.Mirosław Gryń/Polityka Marek poszedł na odwyk, ale zaraz po powrocie znowu zaczął pić. Właściwie przestał trzeźwieć.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w lutym 2011 r.

Historia śmierci Doroty pokazuje, że przemoc domowa ciągle traktowana jest w Polsce jako przestępstwo lżejszego kalibru.

Marek W. sam się zdziwił, że go puścili. Sąd dał mu trzy miesiące aresztu, kiedy żona oskarżyła go o znęcanie się nad rodziną. Coś tam napisał, że się odwołuje, ale bez większego przekonania. A po miesiącu mówią mu, że może iść do domu. No to poszedł. W oknach było ciemno, więc wrócił na rynek. Spotkał kumpli. Najpierw pili w barze, potem u któregoś w domu. Następnego dnia wstąpił do matki na jajecznicę. Poszedł doładować kartę do telefonu. Przy okazji wypił dwa piwa. W domu był po południu. Mówi, że noc minęła spokojnie. Następnego dnia Dorota już nie żyła.

Bo grała w chowanego

Pani Zyta, matka Doroty, wyciąga album z głębi szafy. Jest schowany, bo chłopcy boją się taty nawet na zdjęciach. Na ślubnych fotografiach wszystko wygląda jak trzeba. Są świece, chleb z solą, kieliszki szampana związane niebieską wstążką. W życiu też było jak trzeba. Pracował, pomagał, kupili dom. Urodził się pierwszy syn, potem drugi. I jakoś wtedy zaczęło się psuć. Dorota ciągle chodziła posiniaczona. Kiedy matka pytała, co się dzieje, mówiła, a to że mały walnął ją grzechotką, a to że w sklepie, gdzie pracuje, potknęła się o skrzynkę. Dopiero starszy wnuczek opowiedział, że tata chowa butelki z wódką w fotelu, pod wanną albo w rynnie. A mama ich szuka i wylewa do zlewu. Tata chowa też jedzenie, bo mówi, że za dużo jedzą i w ogóle za dużo wydają. Trzeba siedzieć po ciemku, bo prąd jest drogi. Mama chowa przed tatą pieniądze. Na przykład pod poduszką. A tata je znajduje i idzie do sklepu po wódkę. Potem krzyczy i mamę bije. Pięścią albo łapie za włosy i wali głową o ścianę. Dorota zaczęła trzymać pieniądze u rodziców, ale tam też potrafił znaleźć. Przychodził, mówił, że musi na chwilę do łazienki, a po drodze przeszukiwał bieliźniarkę.

Marek już wtedy nie pracował. Wyrzucili go za pijaństwo. Czasem złapał jakąś dorywczą robotę, ale przepijał wszystko, co zarobił. Przychodził pijany do Doroty do sklepu. Wyzywał, szarpał, przy okazji coś zwędził, więc znowu przeszukiwała dom i odnosiła rzeczy do sklepu, żeby nie było wstydu. Bił coraz częściej. Groził, że zabije. Policja interweniowała kilka razy w miesiącu. Przyjeżdżali, robili notatkę służbową, pouczali; czasem zabrali go do izby wytrzeźwień. Raz skopał Dorotę tak, że musiała wziąć dwa tygodnie zwolnienia.

W 2006 r. pierwszy raz złożyła zawiadomienie o znęcaniu się nad rodziną. Prosił, błagał, obiecywał. To się nie powtórzy, będzie się leczył. Dorota jeszcze chciała ratować małżeństwo. Odmówiła składania zeznań. Prokuratura mogła prowadzić tę sprawę dalej. Miała dowody: obdukcje, notatki policjantów. Ale już więcej nikogo nie przesłuchiwała. Uznała, że czyny Marka są „znikomo społecznie niebezpieczne” i umorzyła sprawę.

Marek poszedł nawet na odwyk, ale zaraz po powrocie znowu zaczął pić. Właściwie przestał trzeźwieć. Znowu bił, wyzywał, groził. Dorota coraz częściej uciekała z dziećmi do rodziców. Próbowała wracać, tłumaczyła dzieciom: chodźmy do domu, może tata będzie trzeźwy. Ale nigdy nie był. Mieli kilka miesięcy spokoju, kiedy pojechał pracować do Londynu. Niby zarabiać, ale wrócił z długami. I było jeszcze gorzej. Wyprowadziła się do rodziców na stałe. Czasem tylko zaglądała do domu, żeby zabrać jakieś ubrania czy książki dla dzieci, ale starała się wybierać takie momenty, kiedy go nie było. Raz się nie udało. Były w środku z siostrą, kiedy przyszedł. Zamknęły się od środka, ale wybił szybę. Schowały się w łazience i z komórki dzwoniły po pomoc do matki i na policję. A on walił w drzwi i wrzeszczał, że je pozabija.

Sąd rejonowy zdecydował o trzymiesięcznym aresztowaniu. Uznał, że istnieje realna obawa, że pozostając na wolności Marek W. zrealizuje groźby zabójstwa. Jest alkoholikiem i po wódce nie panuje nad agresją. Nawet rodzice Marka przyznawali, że mówił o zabójstwie i że po wódce stawał się tak agresywny, że „aż trząsł się z nerwów”.

Sąd Okręgowy w Lublinie uchylił jednak areszt. Owszem, do przestępstwa prawdopodobnie doszło, przyznawał, ale nie występuje przesłanka szczególna, mówiąca o obawie przestępstwa przeciwko zdrowiu lub życiu. Po pierwsze, Marek W. już wcześniej groził żonie zabójstwem, a przecież jej nie zabił. Po drugie, jego postępowanie „nie nosiło cech nadmiernej drastyczności czy szczególnego okrucieństwa”. Faktycznie, Dorota miała zazwyczaj zwykłe obrażenia: podbite oczy, rozcięta warga czy łuk brwiowy, ukruszony ząb, rozbity nos, siniaki po skopaniu. Po trzecie wreszcie, zdaniem sądu, nie był to typowy układ sprawca–ofiara. Przecież Dorota sama w zeznaniach mówiła, że ile mogła, to wytrzymywała, ale czasem nie dawała rady i też go szarpała i wyzywała.

Bo chciała rozwodu

Wróciła z dziećmi do domu. Wysprzątała, bo przez te parę miesięcy Marek zmienił mieszkanie w melinę. Była spokojna, że siedzi. Nikt jej nie zawiadomił, że został zwolniony z aresztu. Około 10 rano do rodziców Doroty zadzwoniła jedna z jej sióstr, że widziała Marka na przystanku. – Zwariowałaś? To niemożliwe – powiedziała pani Zyta, ale na wszelki wypadek sprawdziła. Telefon odebrał starszy wnuk. Potwierdził, tata jest w domu. Zadzwoniła też do Doroty do sklepu. – Tak, wrócił wczoraj. Był pijany – powiedziała. Parę godzin później przybiegli chłopcy; że tata kazał, żeby babcia przyszła, bo mamę zabije. Kiedy pojechała tam z synem, wszystko wyglądało jak zwykle. Na kuchni patelnia z pierogami i garnek z włoszczyzną na zupę, torebka Doroty na regale, jej czerwony, sklepowy fartuch i rozłożona książka „Czy istnieje Stwórca, który się o ciebie troszczy”. Tyle że na regale było też świadectwo zwolnienia z aresztu, a wśród porozrzucanych zabawek rozbity telefon. Potem zobaczyli, że koło tapczanu leży coś nakrytego kocem. To była Dorota. Cała we krwi.

Według Marka o zabijaniu nie było mowy; dzieci coś pokręciły. Kiedy Dorota była w sklepie, znalazł papiery rozwodowe. Chciał o tym porozmawiać, a ona zaraz do chłopców: ubierajcie się, idziemy stąd. Nie, niech idą sami i wrócą z babcią. On podpisze, że się zgadza na rozwód, dom się sprzeda, żeby było na kształcenie dla chłopców, niech tylko wycofa sprawę z prokuratury. I niech tylko dzieci zamkną drzwi na klucz od zewnątrz. Sprawdził; zamknęły. Dorota próbowała uciec przez okno. Wtedy naprawdę się zdenerwował, że nie potrafi z nim normalnie porozmawiać, tylko od razu albo ucieka, albo dzwoni na policję. Teraz znowu łapie za komórkę. Więc jej wyrwał, sprawdził, czy nie zdążyła wybrać numeru. Z nerwów rozbił też telefon stacjonarny. Szarpali się, ona krzyczała: i tak zdechniesz, skurwysynu! W tej szarpaninie otworzyła się szuflada, gdzie był nóż. To go wziął. Dogonił Dorotę, popchnął, złapał od tyłu za włosy i nożem pociągnął po gardle. Męczyć to ona się nie męczyła – opowiada. – Dwa razy zacharczała, ruszyła lekko ręką. I już. Ułożył Dorotę na wykładzinie, nakrył kocem, umył nóż i ręce, wyłączył bojler w łazience, światło, gaz pod obiadem, który gotowała Dorota, ubrał się i poszedł do sklepu.

Stał i pił piwo, kiedy zobaczył dwóch kolegów. Dobrze się złożyło, bo nie miał z kim wypić. Kupili pół litra Białej Żołądkowej, popitkę, plastikowy kubeczek i poszli spożyć do lasku. Gadali o tym i tamtym. Koledzy wspominają, że Marek był taki jak zwykle, nawet nie zareagował na sygnał przejeżdżającej karetki. Powiedział tylko, że niedługo będzie o nim głośno w telewizji i w gazecie. Wtedy nie rozumieli, o co mu chodzi. Zostawili go, bo już się ledwo na nogach trzymał, a oni mieli jeszcze ochotę na piwo. Dopiero kiedy przechodzili koło domu Marka, zrozumieli, co chciał powiedzieć i nawet piwa im się odechciało.

Bo nie była taka święta

Wszyscy wcześniej wiedzieli, co się dzieje. Widzieli siniaki Doroty i wiecznie pijanego Marka. Słyszeli awantury, krzyki dzieci, groźby i wyzwiska. Ale nikt nie interweniował. To sprawa rodzinna, osobista. Tylko jeden ze stałych klientów sklepu Doroty, starszy od niej o kilkanaście lat, próbował z nią o tym rozmawiać. Zaczęła się mu zwierzać, pomógł załatwić odwyk dla Marka. Spotkania, rozmowy, esemesy. Przyjaciel Doroty przyznaje, że wymknęło się to im spod kontroli. A Marek miał kolejny powód do awantur. Próbował przekonywać, że zabił w afekcie, z powodu zdrady. Biegli jednak to wykluczyli. Orzekli, że w momencie zabójstwa był poczytalny, w stanie zwykłego upojenia alkoholowego. Dwa i pół promila. O romansie wiedział od miesięcy; żadnych nowych okoliczności nie było.

Według Urszuli Nowakowskiej z Centrum Praw Kobiet, które od 16 lat zajmuje się problemem przemocy w rodzinie, romans to klasyczny motyw „dorobiony” przez sprawcę. Najbardziej niebezpieczny jest moment, gdy pokrzywdzona kobieta jest konsekwentna, wnosi sprawę o rozwód, dąży do tego, by sprawca poniósł karę. Wtedy, próbując zatrzymać ofiarę, zabija. I tak było w tym przypadku.

Prokuratura jednak potraktowała romans Doroty jako jeden z głównych wątków śledztwa. Z macicy Doroty pobrano wycinki, szczegółowo badano billingi telefoniczne i treść esemesów, przesłuchiwano świadków. Podczas jednego z takich przesłuchań matka Doroty usłyszała, że może nie była ona taka święta. – Pytałam ją o ten romans. Zaprzeczała. Mówiła, że potrzebuje z kimś porozmawiać, a z Markiem się nie da – opowiada pani Zyta. – Nie drążyłam tego. To była jej sprawa, a to małżeństwo i tak od lat było nie do uratowania.

Marka przebadali biegli psychiatrzy i uznali, że ma poważne zaburzenia osobowości, niebędące jedynie efektem uzależnienia od alkoholu. Jest psychopatą o ograniczonej, jeśli nie zniesionej, umiejętności układania relacji z ludźmi. Narcyz, nie znosi sprzeciwu, drobiazgi mogą wywołać u niego wybuch agresji. Brak motywacji do resocjalizacji. Zaburzone poczucie winy. „Próbuje się wybielać, przedstawiać w roli ofiary. Po tym, co się stało, zaczął opracowywać materiał: szukać dogodnych wytłumaczeń i uzasadnień. Dzięki temu potrafi bez zmrużenia oka powiedzieć, że żona jest współwinna temu, co się stało” – piszą biegli.

Mąż Doroty im dłużej siedzi, tym bardziej jest niewinny. Pracę stracił przez Dorotę, zdenerwowała go jakąś awanturą, musiał się napić, poszedł do roboty na kacu i go wyrzucili. Nieprawda, że dużo pił. Raz, jak się wyprowadziła do matki, kupił trzy piwa, usiadł i płakał. Jak była kłótnia, zawsze starała się robić tak, żeby ją uderzył. Albo obijała się specjalnie o futryny. A jak się na niego rzucała, a on ją odpychał, specjalnie upadała tak, żeby się uderzyć i mieć sińce. A potem leciała prosto na obdukcję. On jest wrażliwym człowiekiem. W momencie zabójstwa opanował go jakiś szatan. W listach dopytuje o dzieci, czy już im minął stres.

Bo jest jeszcze młody

„Tata nie lubił mnie i brata, bo nas bił. Czasem mówił, że nas lubi, ale bił. Mamę też bił i mówił, że ją lubi. Tata wcześniej mówił, że zabije mamę. Mama bała się taty i płakała” – opowiadał podczas rozmowy z psychologiem starszy z chłopców.

Sąd jednak miał wątpliwości, czy można wykorzystać jego zeznania, bo nie uprzedzono go, że może odmówić ich składania. Kaseta VHS, na którą nagrano tę rozmowę, była tak złej jakości, że właściwie nie nadawała się do odtworzenia, a psycholog odradził ponowne przesłuchanie, bo minęło zbyt wiele czasu. Młodszy od początku nie chciał mówić nic. Chłopcy mają dziś 10 i 7 lat. Sąd wydając wyrok powołał się na ich dobro. Odrzucił żądaną przez prokuraturę karę 25 lat więzienia, bo ma ona charakter eliminacyjny i powinna być stosowana tylko w wypadkach najcięższych zbrodni. Marek dostał 15 lat. Po 7 mógłby się ubiegać o przedterminowe zwolnienie. „W polu widzenia sądu pozostawał fakt, iż oskarżony jest ojcem dwóch kilkuletnich obecnie chłopców, z którymi jego kontakty są aktualnie z oczywistych powodów w poważnym stopniu ograniczone, to jednak w przyszłości na oskarżonym będzie ciążył obowiązek utrzymywania ich i co najmniej podjęcia próby wynagrodzenia im poniesionej krzywdy”.

Za inne okoliczności łagodzące uznano fakt, że przyznał się do winy, wyraził żal i przeprosił oraz „stosunkowo młody wiek oskarżonego”. W chwili zabójstwa Marek W. miał 31 lat. Wyrok wydał ten sam sąd, który wcześniej zadecydował o wypuszczeniu go z aresztu. Sąd apelacyjny wyrok podtrzymał, z tym, że Marek W. będzie mógł się ubiegać o przedterminowe zwolnienie po 12 latach. Sąd znalazł też nową okoliczność łagodzącą – zazdrość, uczucie ludzkie, a jednocześnie gwałtowne. Co prawda nie może usprawiedliwić zabójstwa, ale była uzasadniona...

Pani Zyta chce napisać do rzecznika praw obywatelskich, by wniósł o kasację wyroku do Sądu Najwyższego. Nie chce się zgodzić, że jej córka zginęła z rąk psychopaty, bo w gruncie rzeczy sama była sobie winna.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Kobiety u władzy w Bizancjum

Zostanie cesarską małżonką, wejście w rolę bazylisy, było zapewne największym marzeniem przynajmniej niektórych mieszkanek Bizancjum, a w pewnych okresach łakomym kąskiem dla wielu dobrze urodzonych niewiast spoza niego.

Mirosław J. Leszka
12.03.2019
Reklama