Klasyki Polityki

Nie jestem wielkim artystą

Nie jestem wielkim artystą

Woody Allen Woody Allen Reuters / Forum
Nie jestem perfekcjonistą. Mam inne priorytety. Jak grają Yankees, kończę nagranie, żeby zdążyć obejrzeć ich mecz. Zawsze muszę być w domu przed szóstą. Nie znoszę nocnych zdjęć – mówił przed laty Woody Allen.

Rozmowa ukazała się w tygodniku POLITYKA w sierpniu 2011 r. w czasie, gdy najnowsza komedia Woody'ego Allena „O północy w Paryżu” wchodziła na polskie ekrany. Film opowiada o lenistwie, religii, podróżach i realizmie.

Janusz Wróblewski: – „O północy w Paryżu” to hołd złożony paryskiej bohemie początku XX w., pięknu zabytkowego miasta i jego legendzie. Manhattan przestał już pana fascynować?
Woody Allen: – W Ameryce chwilowo nikt nie chce finansować moich pomysłów, korzystam więc z zaproszeń europejskich producentów. Nakręciłem romantyczną komedię w Paryżu, kryminał w Londynie, komedię w Barcelonie. Niewykluczone, że skuszę się i na dramat szpiegowski z akcją w Berlinie.

Przyjąłby pan każdą propozycję płynącą z dowolnego kraju?
Oczywiście, że nie. Musiałbym tam bywać, dobrze się czuć w takim miejscu. Duże, nudne, przemysłowe miasto bez filmowej mitologii odpada. Ważny jest też pomysł. Nie każdy scenariusz da się przerobić na nową lokację. Pracuję ze stałą ekipą. Mam swoje wymagania, producenci musieliby się zgodzić na moje warunki.

Mimo 76 lat sporo pan podróżuje, często przebywa poza domem. Nie męczą pana te wyjazdy?
Moja rodzina je lubi, więc nie mam wyboru. Najczęściej żona decyduje, dokąd wyjedziemy. Niedawno bardzo chciała poznać Rzym, więc przeprowadziliśmy się tam na pół roku. Robię teraz film we Włoszech. Zdrowie dopisuje. Nie narzekam.

Poczuł się pan jak niezależny euro­pejski reżyser?
W Hollywood średni budżet wynosi 50 mln dol. Mój ostatni film kosztował 15 mln dol. Tylko w Europie za takie pieniądze mogę pracować. Dystrybutorzy nie liczą na gigantyczne zyski, producenci nie wtrącają się do scenariusza. Muszę się starać, żeby robić nieamerykańskie filmy. Znam trochę francuski, to bardzo pomaga.

Romantyczna wizja Paryża w najnowszym filmie to pańska fantazja?
Nigdy nie postrzegałem Paryża w realistyczny sposób. Nowego Jorku zresztą też nie. Patrzę na te miasta przez różowe okulary, bo tego nauczyło mnie hollywoodzkie kino. Nie widzę ich złych stron. Pola Elizejskie nieodwołalnie kojarzą mi się z miłością, romansami, jazzową muzyką, pięknymi hotelami. Paryż zobaczyłem na własne oczy, jak miałem 29 lat, w 1964 r. przy okazji kompletowania obsady do „Jak się masz koteczku?”. Aktorom nie bardzo chciało się grać, scenariusz nagle przestał się podobać. Codziennie żądali dopisywania nowych dowcipów, lecz dopóki sponsorzy płacili rachunki, nie robiło to wrażenia. Miałem czas, żeby chłonąć art déco, atmosferę Montmartre’u, Closerie de Lilas, gdzie oddychało się tym samym powietrzem co Picasso i Modigliani. Tam gdzie mieszkałem, ­czyli w Brooklynie, jedyną formą sztuki były hot dogi.

Bohaterem „O północy w Paryżu” jest początkujący scenarzysta, który nieoczekiwanie spotyka nad Sekwaną dawno nieżyjących idoli: Ernesta Hemingwaya, Gertrudę Stein, Francisa Scotta Fitzgeralda i innych. Przeżywa szok zupełnie jak kelnerka z „Purpurowej róży z Kairu”, do której schodzi z ekranu jej ukochany amant. To dowód siły marzeń czy rozczarowania rzeczywistością?
Niektórzy potrzebują obcowania z tajemnicą, nawet za cenę samooszukiwania. Sam należę do takich osób. Ludzkie życie wydaje mi się na tyle tragiczne, smutne, nieszczęśliwe i pozbawione nadziei, że krótkie momenty magii są bardzo potrzebne. Wystarczy zajrzeć do gazet. Ciągle jesteśmy bombardowani wiadomościami o brutalnych gwałtach, głodowej śmierci w ­Korei Północnej albo gdzieś w Afryce. Tylko wyobraźnia albo cud – co na jedno wychodzi – może poprawić humor.

Niektórzy uważają, że religia jest niezłym pocieszeniem.
Tak, oczywiście, problem w tym, że ludzie wierzą w Boga naprawdę, a ja, że mamy raczej nikłe szanse na spotkanie z nim. Pytanie, co wtedy, jeśli go nie ma? Jak się zachować wobec zimnej pustki? Często się zastanawiam: nie jak sobie poradzić w najgorszej sytuacji, tylko dlaczego w ogóle podejmujemy trud działania. Ludzie wybierają egoizm, myślą, że morderstwo ujdzie im na sucho. Inni znajdują w sobie dość heroizmu, by pomagać i zachowywać się przyzwoicie. Wcale nie oczekują za to nagrody w przyszłym życiu. Robią to z poczucia solidarności, dlatego że chcą mieć spokój, czyste sumienie. Skoro wszyscy dryfujemy na jednej szalupie ratunkowej, która prędzej czy później i tak zatonie, to może lepiej wykrzesać z siebie resztki moralności? W tym sensie uważam, że nieobecność Boga we Wszechświecie ma znaczenie.

Grecy przekonywali, że dzięki tragediom człowiek dowiaduje się o swojej sytuacji więcej. Pan też wierzy, że cierpienie pozwala człowiekowi wznieść się wyżej, stać się lepszym?
W tragediach odzwierciedlających aktualne problemy nie ma niczego uszlachetniającego. Tragedie mówią o tragediach i nie rozumiem, dlaczego widzowie dopisują im setki dodatkowych znaczeń. To było naprawdę ciężkie – żalą się – ale coś nam dało, czegoś się nauczyliśmy. Ja osobiście niczego się z nich nie nauczyłem. Zero pocieszenia. Żadnego pozytywnego przekazu. Proszę spróbować rozśmieszyć dziecko. To dopiero daje prawdziwego kopa.

Jak to pogodzić z pańskim pragnieniem nakręcenia poważnego filmu?
Mnie nie interesują współczesne problemy, takie jak terroryzm, aborcja, walka o prawa mniejszości seksualnych czy rasizm. Nie poruszam nigdy społecznych ani politycznych zagadnień. Wydają mi się za mało uniwersalne, za mało artystyczne. Moimi tematami są zjawiska uczuciowe, psychologiczne, egzystencjalne, moralność. Bez względu na zmienne okoliczności historyczne, one się nie zestarzeją. Ani za 100 lat, ani za tysiąc. Oczywiście, jeśli film jest słaby, nic go nie uratuje.

Realistyczny znaczy według pana cyniczny?
Tak uważam. Sztuka nie może odwzorowywać jeden do jednego nędzy życia. Nie na tym polega jej siła. Pomimo całego horroru, jaki ono niesie, sztuka powinna pokazywać, dlaczego warto je przeżyć. Dlaczego jest wartościowe. Z drugiej strony, niemało jest artystów, którzy uważają, że wolno wszystko. Że nic nie muszą poza dawaniem czystej przyjemności. Przyjemność to rozrywka. A rozrywka to jedyna rzecz, z którą dajemy sobie radę.

Nostalgia jest lepszą strategią?
Nostalgia też jest pułapką. Idealizuje czas, który bezpowrotnie minął. Jak już wspomniałem, teraźniejszość jest koszmarem nie do wytrzymania. Dlatego pojawia się złudna myśl, że gdyby się żyło odrobinę wcześniej, w innych warunkach, w otoczeniu sławnych ludzi, zapewne rzeczywistość byłaby znacznie przyjemniejsza. Powiedzmy, że po obejrzeniu musicalu Vincente Minnellego „Gigi” ktoś uzna, że belle époque była rajem. Jeździło się na kucykach, świeciły lampy naftowe, wszystko wyglądało cudownie. Bajka! No, a jeśli musielibyśmy pójść do dentysty? Albo poprosić o środki znieczulające przy porodzie żony? Wtedy czar pryska.

W pana filmie wszyscy ulegają temu złudzeniu. Chcą, żeby niewidoczny wehikuł czasu przeniósł ich do innej epoki. Pisarz, grany przez Owena Wilsona, nie odnajduje się we współczesności i marzy o ucieczce w lata 20. XX w., gdy odnosiła triumfy paryska bohema. Tymczasem Picasso, Dali oraz reszta modernistów nienawidzą złotego wieku, czują się niedoceniani i wszystko by oddali, aby żyć w czasach renesansu, kiedy panował kult „prawdziwej” sztuki.
To naturalny mechanizm. Jeśli siedzimy wygodnie w kawiarni, a obok wybuchają bomby, światowa ekonomia pogrąża się w kryzysie i odchodzi nam ochota, żeby wyjechać na wakacje, bo na lotnisku panuje niemiłosierny tłok, wtedy myślimy sobie: Boże, czy nie lepiej byłoby popijać koktajl u Maxima w 1890 r.? W filmie taki pomysł sprawdza się wyśmienicie. Można tworzyć fikcje, o jakich się marzy. Ale w świecie realnym taka tęsknota świadczy o utracie krytycznego zmysłu. Ja też go tracę, marząc o innym życiu w Nowym Jorku na początku XX w. Tak czy inaczej, świadomość, że nikt nie chce żyć tam, gdzie musi przebywać, napawa mnie smutkiem.

Kino ma uśmierzać ból istnienia?
Dzięki sztuce łatwiej oswoić się z prawdziwym okrucieństwem świata. Po obejrzeniu filmu nie wywołuje ono tak wielkiego wstrząsu. Tworzenie ma i tę zaletę, że człowiek musi się przejmować masą nieistotnych spraw: nieprzygotowanymi na czas kostiumami, humorami aktorów, złym ustawieniem kamery. Szczęśliwie dzięki temu przestaje się wtedy myśleć o śmierci.

Pański perfekcjonizm, o którym krążą legendy, to sposób na zapominanie o troskach i niedostatkach życia?
Nie jestem perfekcjonistą. Mam inne priorytety. Jak grają Yankees, kończę nagranie, żeby zdążyć obejrzeć ich mecz. Zawsze muszę być w domu przed szóstą. Nie znoszę nocnych zdjęć. Popełniam mnóstwo błędów. Zwłaszcza kiedy leżę w pokoju i rozmyślam, jaką to genialną rzecz napisałem, lepszą nawet od „Obywatela Kane’a”. Na planie wszystko się rozsypuje. Kolejny kubeł zimnej wody czeka potem w montażowni. Po wielkich ambicjach nie ma już śladu. Pojawia się za to pytanie, dlaczego byłem na tyle głupi, że wziąłem się za taką bzdurę? W końcu trzeba się ratować, żeby nie wyjść na durnia.

Skoro reżyseria jest rozczarowująca, dlaczego tak intensywnie pan pracuje?
Efekty nie byłyby lepsze, gdybym pracował wolniej. Próbowałem kiedyś zmniejszyć tempo. Poświęciłem więcej czasu na „Wrzesień”. Starannie nakręciłem, porządnie zmontowałem, solidnie podłożyłem ulubioną muzykę. I uświadomiłem sobie, że tego filmu nie znoszę. Wyreżyserowałem go więc jeszcze raz. Okazało się, że druga wersja ani o milimetr nie była lepsza.

Co pan czuje, kiedy porównują pana do Bergmana albo Felliniego?
Nie jestem wielkim artystą, przynajmniej nie takim, jakim chciałem być, mając 20 lat. Oszukuję samego siebie, wmawiając sobie, że mam szczęście i może w końcu coś mi się wreszcie uda. Ale wie pan, po 40 czy 41 filmach trudno w to uwierzyć.

To prawda, że uważa się pan za człowieka leniwego?
Jeśli nic nie robię, to tak. Na szczęście, kiedy skończę film, mogę ćwiczyć na klarnecie, obmyślać nowe scenariusze, co traktuję jak nieszkodliwe hobby. Napisanie komedii zajmuje mi cztery tygodnie. Dramatu – trzy miesiące. Nie jestem jednak przesadnie pracowity. Niech pan spojrzy na Stevena Spielberga. To dopiero pracoholik. Reżyseruje, produkuje, pomaga innym filmowcom, jeździ na dokumentacje. Ciągle jest w ruchu. Ja bym tak nie mógł. Nie mam takiego napędu.

Sądząc po pańskiej aktywności, na brak weny nie może pan jednak narzekać?
Kryzys przechodziłem nie raz. Cierpiałem z powodu braku pomysłów. Siedziałem nad kartką papieru i nic mi do głowy nie przychodziło. Wiele osób popełnia błąd myśląc, że pisanie polega na pisaniu. Ale to nieprawda, pisanie polega na myśleniu, a reszta to zapisywanie efektów tego procesu. Więc jeśli po miesiącu nic się nie pojawiało, musiała to być kiepska idea, z której nic ciekawego nie mogło się narodzić.

Mówi pan jak intelektualista, ale nie chce za niego uchodzić?
Branie mnie za intelektualistę to największe nieporozumienie. W ogóle nim nie jestem. Nie przeczytałem ani jednej książki w młodości. Wyrzucono mnie ze studiów za słabe stopnie i brak postępów w nauce. Źle się czuję w towarzystwie teoretyków. Nie pouczam innych, jak mają żyć. Wolę oglądać mecze koszykówki, niż czytać. To, że ktoś mnie tak szufladkuje, wynika z tego, że w swojej twórczości przypadkowo poruszam się w obrębie egzystencjalnych zagadnień, które nurtują również filozofów. Dlaczego żyjemy? Dlaczego życie jest takie straszne? Niestety, błyskotliwymi przemyśleniami na temat Kierkegaarda nie mogę się popisać. Nie mam nic do dodania. Mogę się tylko użalać.

Wraca pan do swoich filmów? Inspiruje się nimi?
Staram się ich nie oglądać. Nie jest mi to do niczego potrzebne. Wielu filmów już nie pamiętam. Nie trzymam ich na półce z DVD obok dyplomów i pucharów z nagrodami. Niepotrzebnie zbierałyby tylko kurz. Są świeże w momencie premiery, potem przestają mnie obchodzić. Fakt, że ktoś je uwielbia, nie poprawia mojego samopoczucia. Co nie znaczy, że jest mi to zupełnie obojętne. Chcę, żeby były oglądane. Ale nie reżyseruję z myślą o odniesieniu komercyjnego sukcesu. Gdyby nie porażki i złośliwe recenzje na początku kariery, moje ego urosłoby do niebotycznych rozmiarów i pewnie na nic dobrego nie byłoby mnie później stać. Dziś już się krytyką nie przejmuję, nie jest ona w stanie wpłynąć na zmianę stylu czy wyboru tematu. Sztuka jest niezależna od wszelkich rozmów o niej. Dlatego największą przyjemność sprawia mi sama praca. A nie czekanie, jak zostanie przyjęta. Często powtarzam, że robienie komedii przypomina zajęcia w świetlicy sanatorium dla nerwowo chorych, które zajmują i uspokajają pacjentów.

Które ze swoich filmów uważa pan za szczególnie udane?
Wciąż lubię „Purpurową różę z Kairu”, „Wszystko gra”, podoba mi się „Zelig”. Co do „Annie Hall”, zwyczajowo najwyżej ten film ceni publiczność, bo taki ciepły, miły, pogłębiony psychologicznie. Chociaż początkowo uważano, że się sprzedałem. Nie ma w nim tylu dowcipów co w „Bierz forsę i w nogi” czy w „Śpiochu”. Zgadzam się jednak, że to bardzo ważny etap w mojej twórczości, choćby ze względu na rozpoczętą współpracę z operatorem Gordonem Willisem, który nauczył mnie najwięcej kina.

Tęskni pan do aktorstwa?
Nie, nie brakuje mi grania. Odkąd nie pokazuję się na ekranie, ulżyło mi nawet, bo pozbyłem się kilku uciążliwych obowiązków. Nie muszę na przykład codziennie rano się golić.

Nie martwi pana perspektywa odejścia na reżyserską emeryturę?
Zawsze mogę pisać dla teatru. Jak mój sąsiad, dramaturg Marshall Brickman, który nie zrywa się – jak ja – o świcie i nie pędzi na złamanie karku, żeby dopilnować na mrozie zdenerwowanej ekipy filmowej, która ma w nosie wszystko, co się napisało. Chodzi sobie spacerkiem do pracy. Nanosi poprawki. O nic więcej się nie martwi.

Jest pan sławny, wszyscy pana uważają za ikonę kina autorskiego, młodzi z pokorą uczą się od pana reżyserii. Czy takiego właśnie życia pan się spodziewał?
To nie jest ten rodzaj kariery, który można by porównać, powiedzmy, do życiorysu Hemingwaya. Atrakcje w rodzaju polowań na grubą zwierzynę w Afryce, połowów wielorybów, skoków ze spadochronem i wychodzenia bez szwanku z katastrofy lotniczej jakoś mnie ominęły. Ale nie narzekam. Prowadząc ciche, ustabilizowane, higieniczne, mieszczańskie życie mam swoje chwile radości.

rozmawiał Janusz Wróblewski

***

Woody Allen (ur. w 1935 r.) – reżyser, aktor, scenarzysta, miłośnik jazzu nowoorleańskiego, jeden z najwybitniejszych twórców światowego kina. Najczęściej grywał sfrustrowanego żydowskiego intelektualistę, nieradzącego sobie w życiu prywatnym i zawodowym. Ważniejsze filmy Allena to: „Manhattan”, „Zelig”, „Purpurowa róża z Kairu”, „Radio days”, „Mężowie i żony”, „Strzały na Broadwayu”. Ostatnim – „O północy w Paryżu” – reżyser odniósł największy sukces komercyjny w swojej karierze.

Reklama

Czytaj także

Historia

Rozmowa z Davidem Martelo, uczestnikiem rewolucji goździków

O portugalskiej rewolucji goździków sprzed 45 lat opowiada jej uczestnik David Martelo.

Krzysztof Kubiak, Tadeusz Zawadzki
23.04.2019
Reklama