Klasyki Polityki

Gdy kwitną żonkile

„Śmierć garbatym nosom!” – pan socjolog uznaje za incydent niepokojący. „Ale już okrzyki »Żydzew Łódź« niekoniecznie znaczą to samo” – uważa.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 28 kwietnia 2014 r.

PLUSA UJEMNEGO otrzymuje socjolog sportu Radosław Kossakowski. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”, mówiąc o kibolach, używa ezopowego języka i okazuje dużą wyrozumiałość dla tej zarazy. „Natomiast niedawno kibice tego klubu wywiesili KONTROWERSYJNY (podkr. D.P.) transparent z Adamem Michnikiem i Jerzym Urbanem powieszonymi na gałęziach”. Jeżeli to jest dla socjologa zaledwie „kontrowersyjne”, to ciekawe, czym jest dla niego szerzenie nienawiści i wzywanie do przemocy? Biednym kibicom – tłumaczy – dzieje się w Polsce krzywda. „Uważają, że są gnębieni, dostają zakazy stadionowe za to, że stoją w trakcie meczu, odpalą racę, zabluzgają. Wydaje im się, że walczą z systemem, tak jak walczyli Żołnierze Wyklęci”. Warunki są inne, ale „oni czują, że tak jak wtedy, tak i teraz ktoś im odbiera wolność”. Jaką wolność? – chciałoby się zapytać. Wolność wyrywania foteli, podpalania widowni, wywracania przenośnych toalet?

„Śmierć garbatym nosom!” – pan socjolog uznaje za incydent niepokojący. „Ale już okrzyki »Żydzew Łódź« niekoniecznie znaczą to samo” – uważa. Ten okrzyk „nie odwołuje się bezpośrednio do nienawiści rasowej, lecz do historii Łodzi, w której społeczność żydowska odgrywała dużą rolę. Przed wojną w mieście było wielu kupców i bankierów pochodzenia żydowskiego. Jeśli spojrzymy z tej perspektywy, to w tym okrzyku NIE MA ELEMENTÓW NIENAWIŚCI (podkr. D.P.) do narodu żydowskiego, aczkolwiek są to bardzo niefortunne (!) sformułowania”.

„Kiedyś na trybunach Lechii Gdańsk pojawił się transparent gloryfikujący Rudolfa Hessa. Wie pan, co jest najciekawsze? Jeden z kibiców powiedział, że ci, którzy go powiesili, wcale nie chcieli gloryfikować zbrodniarza wojennego, ale uważali go po prostu za radykalnego komunistę”. Czyli zdaniem kibola Hess „po prostu” był w porzo, chciał dobrze, tylko przesadził. Kibice czują – mówi socjolog – że po 1989 r. nie wszystko w naszym kraju zostało rozliczone. „Nie chcą w Polsce komunizmu, pamiętają o rocznicach wprowadzenia stanu wojennego”. „Oni po prostu bronią swojej kultury. Hasło »Donald, matole, twój rząd obalą kibole« nie jest walką z państwem czy uderzaniem w Polskę, ale w Platformę, która jest najbardziej restrykcyjna wobec kibiców”. „Postawy kibiców się radykalizują, bo czują, że ktoś próbuje im zakładać na szyję łańcuch. Kary są wymierzane nader łatwo. Trzeba mieć świadomość, że często reagują odruchowo, bo człowiek przyparty do muru przestaje przebierać w środkach”.

Kiedy czytam takie poglądy, też mam ochotę zareagować odruchowo i zapytać adwokata kibiców, dlaczego mamy się roztkliwiać nad tymi, którzy na stadionie Legii na wieść o śmierci Jana Wejcherta skandowali „Jesz-cze-jeden! Jesz-cze-jeden!”? Dlaczego stawiać skutek przed przyczyną i uważać, że kary wywołują odruchy, a nie odwrotnie? Dlaczego podzielać pokrętne rozumowanie, że za wyzywanie od „Żydzewa” winę ponoszą Poznańscy i inni żydowscy fabrykanci, przemieleni dziś w popiół?

PLUSA DODATNIEGO otrzymuje Sylwia Chutnik za felieton „O słowie na Ż” w „Gazecie Stołecznej”. Autorka jechała tramwajem i w centrum stolicy słyszała, jak jedna z dziewczyn narzekała, że tatuś „przyżydził” i kupił jej kiepski aparat. Określenie to padło kilka razy. W odróżnieniu od socjologa Chutnik nie usprawiedliwia tego słowa tym, że przed wojną w Warszawie było dużo żydowskich sklepikarzy. Nie uznaje też tego określenia za „kontrowersyjne” czy dyskusyjne. Pisze o rozmaitych deliktach antysemityzmu. O taksówkarzu, który mówi, że jedzie ul. Brzeską chyba ostatni raz, bo zaraz pejsy zabiorą i szlaban postawią, o napisach „Jude raus” i o własnym nosie, który jest pretekstem do zastanawiania się, czy ona przypadkiem…

Temat na Ż jest od lat tematem tabu – pisze Chutnik. „Za każdym razem, kiedy o nim wspominamy, stawia nas to w roli wiecznie przewrażliwionych wariatów tropiących dyskryminację na każdym kroku”. Stoi już wielkie i piękne muzeum, mówi się o karach za „szerzenie”, ale problem tkwi przede wszystkim w języku – pisze Chutnik. Czy ma rację? Język jest raczej świadectwem niż źródłem, ale – wiadomo – pisarka to kojarzy z językiem. Ma natomiast rację, że „Żonkile na tym nie urosną”.

PLUS UJEMNY dla pana Piotra Zychowicza, autora bestsellerowych książek historycznych. W tygodniku „Do Rzeczy” pisze, że jakiś nieuk na portalu Jewish News&Israeli News szerzy brednie, jakoby w armii Andersa był antysemityzm. Zychowicz pisze, że już podczas drugiej wojny Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie padały ofiarą „wściekłej kampanii nienawiści ze strony anglosaskiej prasy prokomunistycznej. Sterowane z Moskwy gazety pisały o Polakach jako o faszystach i antysemitach, którzy szykanują Żydów w Wojsku Polskim”. Red. Zychowicz ma zapewne rację, ale doświadczenie każe mi zapytać: A może bywało różnie?

Opublikowano niedawno wspomnienia znanego polskiego biochemika prof. Włodzimierza Szera (emigrant „marcowy”, zmarł w ubiegłym roku w Kalifornii). W czasie wojny autor wraz z ojcem znaleźli się na Syberii, w 1942 r. wyszli z gułagu. Ojciec udał się do armii Andersa, synowi (16 lat) kazał zaczekać do matury. „Do armii Andersa wyjechała większość mężczyzn z Baranówki (polscy Żydzi, bundowcy) i okolicznych wsi i, ku naszemu zdumieniu, wszyscy z wyjątkiem dwóch wrócili po około dwóch tygodniach, bo nie zostali przyjęci do wojska. Tata mówił, że na każdym kroku stykali się w obozie w Buzułuku z wrogością i pogardą jako Żydzi”. Z grupy liczącej 9–10 osób przyjętych zostało tylko dwóch, pozostali albo zginęli w gułagu, albo – jak autor – wrócili z armią Berlinga, bądź – jak jego ojciec – wyszli z sowieckiego obozu dopiero w 1955 r.! Znajomy, jeden z tych, którzy dostali się do armii Andersa, nazwiskiem Gerszon, pisał w 1942 r. do siostry, że nigdy w czasie służby w wojsku w przedwojennej Polsce w połowie lat 30. nie stykał się z takimi szykanami jak teraz. Zginął na wojnie. Oczywiście można to tłumaczyć, ale nie sposób temu zaprzeczyć.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną