Kraj

Jaki patriotyzm, jaka kampania?

Ofensywa PiS i marazm Platformy

W kampanii wyborczej 2007 roku Platforma Obywatelska narzuciła wszystkim konkurentom swoją opowieść o Polsce oraz oddzieliła się hasłami miłości i normalności od ideologii i praktyki Czwartej RP. I wygrała.

Dzisiaj jednak nie ma swojej opowieści, nie ma – jak to się często mówi – świeżej narracji. Oczywiście, jest to skutkiem tragedii smoleńskiej i trwającej właściwie bez przerwy żałoby narodowej, której tonację i styl tak naprawdę politycznie przechwyciło Prawo i Sprawiedliwość i jego kandydat na prezydenta Jarosław Kaczyński. To nie tylko dlatego że osobisty wymiar tragedii wywołał zrozumiałą i naturalną falę współczucia i sympatii, także dlatego że lider PiS – obojętnie czy szczerze, czy taktycznie – objawił się w postaci łagodnej, godnej, cierpiącej. I do tego, jak na razie bardzo oszczędnie, wydziela swoją osobę opinii publicznej. Tak oszczędnie, że pozostaje wsłuchiwać się w te kilka zdań, które zdążył powiedzieć. Ale zabawa jest dość mało owocna, bo były one wszystkie gładkie i ogólnikowe. Jedni więc słyszeli po prostu bądź żałobne tony, bądź jakieś nawiązania do idei Polski, którą Kaczyński straszył jeszcze niedawno.

Inni, którzy w tej kampanii ruszyli do bitki właściwie zaraz po katastrofie, po prawdzie przelicytowali najbardziej agresywne okrzyki i hasła z okresu wzmożenia moralnego Czwartej RP. Zatem na górze spokojny i elegancki kandydat, na dole zaś łobuzerka i chuligaństwo. A wszystko w sosie patriotyczno- kościelno-swojskim. Przy czym PiS jako partia wyczuło natychmiast swoją wielką szansę i doprawdy w sposób imponujący nie tylko zorganizowało zbieranie podpisów pod swoim kandydatem, ale uruchomiło wiele inicjatyw regionalnych i lokalnych, powiązało ludzi w jakieś komitety wsparcia i poparcia. Ruszyło mocno do przodu.  

PO nie wie co z tym zrobić. Jej sztab wyborczy wygląda jak gdyby nadal pozostawał w głębokiej przeszłości, jak gdyby stracił rezon i pomysły. Jak gdyby tylko marzył, żeby Bronisława Komorowskiego dowieźć do mety, choćby tylko z minimalną przewagą. Okazuje się, że gdy wracają w chwilach tragicznych polskie nastroje i emocje, gdy ludzie wychodzą z flagami na ulice, opowieść o polskiej normalności i odpowiedzialności, o modernizacji i strefie euro brzmi nie tylko nie na miejscu, jest właściwie niestosowna.

I polityk, który będzie upierał się, że są to kwestie ważne, ba, najważniejsze dla Polski natychmiast zasłuży sobie na opinię, że brakuje mu jakiegoś genu patriotycznego wzruszenia, że nie jest z Polakami, że jest jakiś taki nie tego. Dramat Bronisława Komorowskiego polega trochę na tym, że on, który ma wspaniałą kartę niepodległościowo-demokratyczną, że pochodzi z rodziny o historycznych zasługach dla Polski, że jest przykładowym mężem i ojcem wielkiej familii jest przedstawiany na wrogich forach i blokach jako gorszy patriota niż choćby bracia Kaczyńscy, co to wiadomo i co jest oczywiste już, panie dzieju, dla wszystkich.

W tej kampanii kandydat PO musi znaleźć dla siebie jakiś nowy przekaz, jakiś nowy ton, także wsparcie całego swojego obozu politycznego z jego liderem na czele. Być może taki przekaz kryje się w rozumieniu patriotyzmu polskiego 2010 roku. Czy on ma być taki jaki jest - narzucany przez tak zwanych „prawdziwych Polaków” - czy jest jednak inny. A jaki? Tu bym właśnie chciał posłuchać Bronisława Komorowskiego.

 

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak leśnicy sami sprywatyzowali Lasy Państwowe

Prywatyzacją lasów politycy straszą nas regularnie. Zawsze wtedy, gdy partykularne interesy leśnego lobby i jego politycznych protektorów wydają się zagrożone. Samym jednak lasom przekazanie w prywatne ręce nigdy nie groziło. PiS wykreowało wroga, żeby nas przed nim bronić.

Joanna Solska
01.09.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną