PiS zapowiada „wygaszenie” gimnazjów, ale to nie one są problemem

Gimboje
Likwidacja gimnazjów nie rozwiąże problemów, jakie ma dziś młodzież.
Jeśli jest jakiś problem z gimnazjami, to z ich kolosalnym zróżnicowaniem.
luminastock/PantherMedia

Jeśli jest jakiś problem z gimnazjami, to z ich kolosalnym zróżnicowaniem.

Jedną z efektowniejszych przedwyborczych obietnic PiS była likwidacja gimnazjów – taka od ręki. W cztery dni po wyborach widać, jak trudno będzie się z niej wywiązać. Jedni politycy – np. prof. Piotr Gliński czy rzeczniczka partii Elżbieta Witek – zapowiadają właśnie „wygaszenie” gimnazjów od września 2016 r. Inni politycy zwycięskiego obozu nie są już tak radykalni, wspominając o konieczności rozpisania w tej sprawie referendum (Stanisław Karczewski) czy „niewylewaniu dziecka z kąpielą” i konieczności konsultacji społecznych (Beata Kempa).

Przez lata narastał stereotyp gimnazjum jako miejsca przerażającego, w którym kłębią się hormony, durne pomysły, nikt niczego się nie uczy, a dorośli kompletnie nie panują nad młodzieżą. Tu włożyli angliście kosz na głowę, tam samobójstwo popełniła dziewczynka molestowana przez kolegów – media z upodobaniem epatowały publiczność tymi obrazami, więc musiały odłożyć się one w głowach wyborców, którym szczególnie bliskie są hasła porządku i dyscypliny. Tymczasem to mała część prawdy i o gimnazjach, i o polskich szkołach w ogóle.

Jeśli jest jakiś problem z gimnazjami, to z ich kolosalnym zróżnicowaniem. Ten przejściowy etap między szkołą elementarną a średnią powinien służyć wyrównywaniu szans edukacyjnych. Stało się jednak coś przeciwnego: trafisz do dobrego gimnazjum – masz otwartą drogę edukacyjną, do kiepskiego – jesteś przegrany. Rodzice stają więc na głowie, żeby dziecko trafiło do dobrego. Gimnazja stają na głowie, by mieć najlepszą młodzież, np. zamieniają się w szkoły dwujęzyczne, byle tylko nie przypięto im łatki rejonowego zsypu dla trudnej młodzieży.

To nie gimnazja są problemem. Problemy ma młodzież. Gimnazja mogą wręcz pomóc w ich rozwiązaniu – właśnie dlatego, że młodzież jest zgromadzona pod jednym dachem, wymaga podobnego podejścia. Państwo powinno radykalnie pomóc szkołom słabym, owym zsypom. Dziś pilnie potrzebują one psychologów, pedagogów, nowoczesnych metod pracy wychowawczej.

W powołanie gimnazjów włożono gigantyczny wysiłek. Opracowano podstawy programowe, wydano podręczniki. A przede wszystkim tym razem naprawdę postarali się nauczyciele. I efekty tego widać choćby w dorocznych testach PISA, w których polscy nastolatkowie wypadają coraz lepiej. Około 100 tys. nauczycieli gimnazjów nie będzie zadowolonych z utraty prestiżu albo i pracy – ZNP już grozi protestem.

Gdzie po likwidacji gimnazjów podziać „rozwydrzonych” nastolatków? Wpuścić do podstawówek, w których podobno jest tak niebezpiecznie, że strach tam posłać 6-latka? A po ośmiu latach – do zawodówek, których liczba zmniejszyła się w ostatnim dwudziestoleciu co najmniej o połowę? PiS musi to wszystko wziąć pod uwagę. Stąd pewnie dzisiejsza chwiejność.

I jeszcze jedno: głównym uzasadnieniem kosztownej reformy gimnazjalnej był powrót do przedwojennych tradycji szkoły krzewiącej patriotyzm, dyscyplinę, poszanowanie autorytetów. PiS chce teraz przeobrażać narodową edukację dokładnie pod tymi samymi hasłami.  Zaczyna od wylania dziecka z kąpielą. Własnego dziecka, bo gimnazja w 1999 r. wprowadził przecież prawicowy rząd AWS.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną