Będzie strasznie pusto
To ostatnie, specjalne wydanie cotygodniowej rubryki Janki Paradowskiej. Na pożegnanie wybraliśmy fragmenty jej własnych publicznych wypowiedzi. O pracy, życiu i śmierci.
Michał Mutor/Agencja Gazeta

Praca

Chciałam być liczącym się dziennikarzem. Takie było moje marzenie.

Ja tylko pracuję. Bez przerwy przyszywam guziki. Jestem rzemieślnikiem, a nie wielką eseistką. Słucham, co politycy mówią w Sejmie, dopytuję, czytam stenogramy. Paradowska to pracowita mrówka. Ja nie umiem pisać bez kontaktu z ludźmi.

Nigdy nie lubiłam chodzić w stadzie. Mam jeden problem – politykę traktuję poważnie i lubię polityków. Lubiłam kiedyś także Kaczyńskiego. Dziś go słucham i nie rozumiem.

Politycy zbiorowo uznali, że ludzi obchodzą już tylko emocje. A najsilniejszą emocją jest nienawiść.

Dopóki ludzie będą atakowani polityczną sensacją, będzie coraz większe do tej polityki zniechęcenie. A ja uważam, że polityka jest ciekawa i wcale nie uważam, żeby była do spodu głupia. A poza tym ludzie muszą się przekonać, że polityka ma rzeczywiście bezpośredni wpływ na ich życie.

Polityką rządzi przypadek i ludzkie ambicje. Ale chcemy to sobie jakoś racjonalizować. Stąd spiskowe teorie, misterne konstrukcje publicystów, które są zwykle funta kłaków warte.

Życie

Właściwie mogłabym nie spać. To byłoby łatwe, bo zasypiam tylko po proszkach. Od 13 grudnia 1981 r. Przetańczyłam cały karnawał Solidarności, byłam przewodniczącą związku w wydawnictwie Epoka. Dyskusje, strajki – żyłam tym. I nagle stan wojenny. Czarna dziura. Wtedy zaczęła się bezsenność. Nie walczę z tym. Tak jak nie walczę z paleniem.

Lubię się porządnie zmęczyć. Wtedy myśl, że wieczorem wrócę do pustego mieszkania, zrobię sobie herbatę i wezmę książkę, jest przyjemna. Gdybym miała siedzieć bezczynnie wśród płyt i książek Jurka, zwariowałabym.

Całe lata byłam źle ubrana, uczesana. Nie chodziłam do fryzjera, bo się bałam, że mi włosy wypadną. A zawsze chciałam mieć piękne rzeczy. I jak przyszły pieniądze, to puściły mi hamulce, zapadłam na chorobę kupowania.

Gdy spojrzę w lustro, mówię sobie: „Paradowska, jak na siedemdziesiątkę to się dobrze trzymasz. Mogło być gorzej”. A nic nie robię ze sobą. Żadnych botoksów.

Na wiele wydarzeń w swoim życiu nie miałam wpływu. Ale myślę też, że życie mi się mimo wszystko nad podziw dobrze ułożyło.

Śmierć

Co zostanie po Paradowskiej? Felietony w zakurzonych zszywkach. A co mnie to wtedy będzie obchodzić? Najgorzej to zacząć się nad sobą zastanawiać i roztkliwiać. Wiem, że dzisiaj trzeba się grzebać we własnej duszy i chodzić do psychoanalityka. Ale to już młodzież niech chodzi.

Bardzo chcę mieć portret, który zostawiłabym moim bratankom. Na razie wrzuciłabym go gdzieś za szafę, a po mojej śmierci bratankowie by sobie go powiesili i mówili: Ciotka nie była taka zła.

Nie myślę często o swojej śmierci. Tylko o tych, co umarli. Rozmawiam z Jerzym, moim mężem, opowiadam mu o spektaklu, który obejrzałam, czy o filmie. I jestem zła na niego, że już tego nie zobaczy. Na pewno oglądałby mecze, mimo że nie był kibicem, ale uważał, że jak są mistrzostwa, to zobaczyć trzeba. We dwójkę byśmy sobie jeździli samochodem z chorągiewkami. I taka mnie złość nachodzi.

Mam też poczucie, że mój mąż jest we mnie. Przejęłam jego pewne nawyki i myśli.

Chciałabym umrzeć tak jak Jurek – szybko. On zawsze powtarzał: Chcę umrzeć przed tobą, bo ty sobie w życiu dasz radę, a ja bez ciebie – nie. Tylko dlaczego zrobił to tak wcześnie, gdy mieliśmy jeszcze tyle do zrobienia.

Grób mam załatwiony, obok Jurka. Zostanę skremowana – to też wiem. Bo jak się idzie na grób skremowanych osób, to człowiek sobie nie wyobraża, co jest w środku. Wie, że jest proch. A proch oznacza spokój.

Żałobę nosi się w środku. Czas na nią przychodzi później, kiedy minie cały ten pogrzebowy rozgardiasz.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną