Kraj

Tłumaczka Tuska wezwana do prokuratury. Niestety, nic jej nie chroni

Magdalena Fitas-Dukaczewska z Donaldem Tuskiem i Władimirem Putinem Magdalena Fitas-Dukaczewska z Donaldem Tuskiem i Władimirem Putinem Kancelaria Prezesa RM
Prokuratura chce wyciągnąć z tłumaczki tajemnicę dyplomatyczną. Takiej tajemnicy formalnie nie ma. A tłumacze nie są chronieni. Mamy lukę w prawie.

Mamy też konflikt pomiędzy prawem społeczeństwa do kontroli poczynań władzy a dyplomatyczną dyskrecją niezbędną dla prowadzenia polityki. Tyle że tym konfliktem akurat władza PiS się nie przejmuje. Bo cała sprawa to dla niej po prostu narzędzie do atakowania politycznego wroga. A tłumaczce zostaje obywatelskie nieposłuszeństwo.

Dowody zbrodni?

Za kilka dni prokuratura ma przesłuchać tłumaczkę wielu polskich prezydentów i premierów Magdalenę Fitas-Dukaczewską na okoliczność rozmów premiera Donalda Tuska z prezydentem Władimirem Putinem tuż po katastrofie smoleńskiej. Prokuratura – przynajmniej w deklaracji – uzasadnia to dążeniem do ustalenia, czy premier Tusk popełnił zdradę dyplomatyczną, godząc się na to, by katastrofa wyjaśniana była zgodnie z konwencją chicagowską, czyli aby na miejscu prowadziła ją prokuratura rosyjska. „Zdradę dyplomatyczną” definiuje art. 129 kk. To „działanie na szkodę RP w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją” (kara od roku do lat 10).

Nie bardzo wiadomo, co do tej sprawy miałyby wnieść zeznania tłumaczki, bo to, że strona polska zgodziła się na konwencję chicagowską jest niesporne. Sporna jest jedynie ocena prawna, czy ta zgoda była przestępstwem.

Być może – czego prokuratura nie deklaruje – zeznania tłumaczki mają dać dowód na inne przestępstwo, w sprawie którego też toczy się postępowanie: rzekomej organizacji zamachu i przyczynienia się do śmierci 96 osób. Może prokuratura ma nadzieję, że w obecności tłumaczki nad ciałami ofiar katastrofy prezydent Putin powiedział do premiera Tuska coś w rodzaju „melduję wykonanie zadania”?

Czytaj także: Jarosław Kaczyński ratuje Polaków od smoleńskiej paranoi

Przesłuchanie zbędne i groźne

Przesłuchanie Magdaleny Fitas-Dukaczewskiej, oznaczające przymuszanie jej do ujawnienia tajemnicy tłumacza, nie jest konieczne ani nawet uzasadnione prawnie. Jest natomiast wydarzeniem precedensowym i ma charakter polityczny, bo może służyć do ataków i manipulacji informacjami o polityce prowadzonej przez politycznych konkurentów.

Siedmiu byłych prezydentów i premierów, których rozmowy tłumaczyła Magdalena Fitas-Dukaczewska: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski, Jan Krzysztof Bielecki, Waldemar Pawlak i Hanna Suchocka, podpisało list protestacyjny, w którym przesłuchanie tłumaczki uznają za „złamanie zasady prawa i obowiązku tłumacza do zachowania pełnej tajemnicy przebiegu najważniejszych rozmów politycznych”, które „narazi polską dyplomację na utratę wiarygodności w przyszłych kontaktach zagranicznych”. Zwracają uwagę, że Dukaczewska „była dopuszczona (także przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego) do największych tajemnic polskiej dyplomacji”.

Oczywiście można powiedzieć, że tajemnicom nic się nie stanie, bo przejmie je i pieczołowicie ochroni prokuratura. Tyle że dziś jest ona formacją polityczną podległą partii rządzącej. A śledztwa nie raz już służyły PiS-owi – także za poprzednich rządów – do prowadzenia polityki. Stojący na jej czele Zbigniew Ziobro zadbał zaś o to, by mieć prawo publicznie ujawniać wybrane przez siebie i dowolnie skomponowane informacje ze śledztwa. W takich rękach żadna tajemnica, w tym dyplomatyczna, nie jest bezpieczna. I służyć może politycznej manipulacji.

Czy możemy mówić o tajemnicy?

Rozmowy polityków w cztery oczy są poufne, ale nie pod względem prawnym. Żeby miały klauzulę poufności, ktoś musiałby ją każdej takiej rozmowie nadawać. A tego się nie da zrobić fizycznie, bo rozmowa to rozmowa, a nie dokument.

Czytaj także: Rosyjskie gry wokół Smoleńska

Można by uznać z góry wszelkie rozmowy polityków określonego szczebla za tajemnicę, ale nie ma do tego podstawy prawnej. Nie ma w polskim prawie takiego pojęcia, jak tajemnica dyplomatyczna. Usiłowano je wprowadzić w 2012 r., po protestach w sprawie umowy ACTA i żądaniach, by rząd – Tuska – ujawnił swoje stanowisko negocjacyjne dla Komisji Europejskiej w tej sprawie (ujawnił). Parlament to prawo nawet uchwalił, ale Trybunał Konstytucyjny uznał przepis za niekonstytucyjny ze względu na tryb uchwalenia (tzw. wrzutka Rockiego, na etapie prac w Senacie). Potem rząd PO-PSL próbował do sprawy wrócić, ale budziła duży opór ze względu na naruszenie gwarantowanego konstytucją prawa obywateli do informacji o działaniach władzy publicznej.

Władza chciała, by tajemnicą dyplomatyczną były „informacje dotyczące spraw zagranicznych lub członkostwa Rzeczypospolitej Polskiej w Unii Europejskiej, których udostępnienie osobom i podmiotom niewykonującym zadań publicznych wymagających dostępu do takich informacji może osłabiać pozycję negocjacyjną lub procesową Rzeczypospolitej Polskiej lub w inny sposób osłabiać ochronę interesów RP lub Polaków za granicą lub interesów Rzeczypospolitej Polskiej związanych z członkostwem w Unii Europejskiej”. Była to zatem definicja „gumowa”, dzięki której można by utajniać właściwie wszystko. Np. właśnie stanowisko w sprawie ACTA czy stanowiska do trybunałów w Strasburgu i Luksemburgu. A także wszelkie rozmowy dyplomatyczne – bo kto by skontrolował ich treść?

Oczywiście rząd i tak może utajniać dokumenty, nadając im klauzulę poufności. Ale od tej klauzuli można się odwołać do sądu. I to jest sposób na znalezienie równowagi pomiędzy prawem do społecznej kontroli poczynań władzy a niezbędnej w dyplomacji dyskrecji. Definicja „tajemnicy dyplomatycznej”, przez swoją rozciągliwość i niedookreśloność, mogła tę sądową kontrolę ograniczyć lub udaremnić.

Skutek braku definicji tajemnicy dyplomatycznej jest taki, że rozmowy polityków w cztery oczy chroni tylko obyczaj. I najczęściej to działa. Latem tego roku w USA wybuchła afera, gdy demokraci żądali przesłuchania w Kongresie tłumaczki rozmów prezydentów Trumpa i Putina na szczycie w Helsinkach. Trump i jego otoczenie odmawiali informacji o treści tych rozmów, a demokraci podejrzewali, że Trump „sprzedał” Putinowi Ukraińców, obiecując poparcie dla referendum w Donbasie za przynależnością do Rosji. Ostatecznie od przesłuchania tłumaczki odstąpiono, szanując jej zobowiązanie do tajemnicy.

Tajemnica tłumacza

O tajemnicy tłumacza przysięgłego mówią międzynarodowe standardy. Polscy tłumacze mają swój Kodeks Tłumacza Przysięgłego. Jego par. 6 stanowi: „Tłumacz przysięgły zobowiązany jest do zachowania tajemnicy zawodowej, którą objęte są wszelkie informacje uzyskane w związku z tłumaczeniem, w tym również informacje, których nieumyślne ujawnienie zagrażałoby bezpieczeństwu obrotu gospodarczego, oraz ponosi całkowitą odpowiedzialność osobistą za sposób ich przechowywania w każdej postaci”.

Magdalena Fitas-Dukaczewska podkreśla dodatkowo, że aby być tłumaczką rozmów dyplomatycznych, musiała dostać tzw. poświadczenie bezpieczeństwa przyznawane przez ABW. Jest dopuszczona do tajemnic najwyższego stopnia i traktuje to jako zobowiązanie do ich bezwzględnej ochrony.

Kto może zwolnić tłumacza przysięgłego z tajemnicy rozmowy premiera? Zapewne premier. Pytanie: który? Premier Morawiecki? Czy premier Tusk, czyli ten, którego rozmowę tłumaczyła?

Z racjonalnego punktu widzenia zwolnienie Dukaczewskiej z tajemnicy przez premiera Morawieckiego jest niemożliwe, bo nie może być dokonane w ciemno. Premier musi najpierw wiedzieć, co było mówione, by ocenić, czy może tłumaczkę zwolnić z tajemnicy i w jakim zakresie. A nie zna treści rozmowy. Uznanie takiego zwolnienia przez tłumaczkę za ważne jest problematyczne.

Luka w prawie

Z tajemnicy zawodowej może ją zwolnić prokuratura. I nie ma przy tym żadnych ograniczeń – takich, jakie są w przypadku dziennikarzy, prawników czy lekarzy (art. 180 kpk, par. 2) :„mogą być przesłuchiwane co do faktów objętych tą tajemnicą tylko wtedy, gdy jest to niezbędne dla dobra wymiaru sprawiedliwości, a okoliczność nie może być ustalona na podstawie innego dowodu”. Nie mówiąc już o ochronie, jakiej podlega dziennikarskie źródło informacji, która może być uchylona tylko dla ścigania najcięższych przestępstw. I tylko przez sąd.

Gdyby tłumacze przysięgli byli chronieni jak dziennikarze w przypadku tajemnicy źródła, można by uznać, że taka ochrona wystarczająco równoważy interes wymiaru sprawiedliwości, prawo społeczeństwa do kontroli poczynań władzy i interes państwa w ochronie tajemnicy dyplomatycznej. Ale dziś tłumacze chronieni są tylko dobrym obyczajem. A ten w państwie PiS nie obowiązuje.

Z politycznego punktu widzenia zwolnienie tłumacza z tajemnicy dyplomatycznych rozmów byłoby niebezpiecznym precedensem zaprzęgającym dyplomację do walk wewnętrznych między rywalami politycznymi. Szczególnie w warunkach, gdy prokuratura jest narzędziem tej politycznej gry.

Magdalena Fitas-Dukaczewska – jak się wydaje – podziela tę opinie i czuje się zobowiązana do lojalności wobec osób, dla których pracowała, i wobec zasad etyki zawodu tłumacza. W tych warunkach pozostaje jej obywatelskie nieposłuszeństwo, czyli odmowa zeznań i poddanie się karze grzywny. Ze świadomością, że prokuratura może ponawiać wezwania na przesłuchania i wymierzać karę grzywny dowolną liczbę razy.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Zofia Posmysz – nikt w taki sposób jak ona nie napisał o Auschwitz

Te książki najlepiej czytać razem: wywiad rzekę z Zofią Posmysz „Królestwo za mgłą” i jej wznowioną powieść – arcydzieło „Wakacje nad Adriatykiem”.

Justyna Sobolewska
14.02.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną