„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Kraj

Relacja Błaszczaka znad talerza. Co je żołnierz polski na granicy?

Piątkowe menu przygotowane dla wojska na granicy polsko-białoruskiej Piątkowe menu przygotowane dla wojska na granicy polsko-białoruskiej Polityka
Sprawa przybrała groteskowy wymiar: minister obrony ogłosił, że w czwartek wieczorem zjadł z żołnierzami kolację i że mu smakowało. W celu kuchennej rewolucji miał się wybrać z niezapowiedzianą wizytą w obszar przygraniczny.

Na tytułowe pytanie słychać w wojsku przewidywalną odpowiedź: „żołnierz na granicy je obrońcą ojczyzny”. Ale gdy z oglądu mediów wynika, że sprawa jedzenia stała się ważnym problemem operacji i osobiście angażuje szefa MON, trzeba porzucić ton żartobliwy.

Czytaj też: Na pierwszej linii starcia z Rosją. Czy wciąż jesteśmy bezpieczni?

Zamieszanie pogłębił Andrzej Duda

Skąd w ogóle wziął się problem? Zapewne w pierwszych tygodniach granicznej akcji mogło czegoś brakować, ktoś czegoś nie dowiózł, wsparcie logistyczne nie nadążyło za tzw. bojowym rozwinięciem. Nie ma co tego ukrywać, ale gdyby żołnierzom na granicy powszechnie brakowało jedzenia i wszyscy narzekali na chłód, awantura byłaby dużo wcześniej i dużo większa. Przy utrudnionym dostępie do faktów nawet anegdotyczne dowody niedociągnięć zaczęły żyć własnym życiem. Zadziałał efekt śniegowej kuli.

Zamieszanie pogłębił zwierzchnik sił zbrojnych. Prezydent Andrzej Duda w Święto Niepodległości dziękował tym, którzy nie dojadają i nie przesypiają nocy na służbie. To zdanie mogło świadczyć o tym, że nie jest dobrze, choć zapewne było figurą retoryczną. Minister obrony i szef sztabu w czasie wizyt u żołnierzy ze zdwojoną siłą zapewniali, że już dbają i jeszcze bardziej zadbają o to, by żołnierzom nie brakło ciepłej strawy i suchego schronienia. Szef BBN mówił, że „w różnych aspektach można pewne rzeczy ulepszyć”, zapewniał jednak, że wyżywienie, wypoczynek, ogrzewanie, możliwość umycia się i opieka medyczna są zapewnione.

Trzy grosze dołożył wicepremier Jacek Sasin, zarządzając na Twitterze zbiórkę „darów” na rzecz obrońców granicy, a jego ludzie wspominali, że chodzi też o żywność.

Czytaj też: Kryzys na granicy. Czekają nas miesiące konfrontacji?

Kryzys na granicy. Co kuchnia wydaje na słupkach?

Nie od dziś wiadomo, że jak Polak głodny, to zły, a zatem i żołnierz z pustym brzuchem traci sporo zdolności odstraszania i obrony. Nie tylko w wojennych serialach kuchnia polowa jest kluczowym wsparciem dla żołnierza na linii frontu. Zajrzyjmy więc do kotła i talerza.

Jaja po chłopsku, parówki specjalne, pasztet wieprzowy – uzyskane dzięki uprzejmości wojskowych aktualne menu śniadaniowe może nie zachwyci wegan, ale na pewno pozwala się najeść. Do tego jabłka, sałata, masło, kakao. Chleb i bułki w dowolnych ilościach. Na drugie śniadanie wybór skromniejszy, kanapkowy, bez ciepłej opcji: kiełbasa żywiecka, ogórek, keczup, herbata i pączki. Na obiad kuchnia serwuje zupę pieczarkową z makaronem (może być też z chlebem) oraz wybór drugich dań: wieprzowina po żołniersku (gulasz), makaron, marchewka na ciepło, surówka z kapusty, a na deser gruszki. Kolacja bez ciepłego dania: ser żółty, kiełbasa, dżem plus pieczywo i drożdżówka. Wartość energetyczna wszystkich posiłków to prawie 5000 kcal – zestaw wysokoenergetyczny, odpowiadający warunkom atmosferycznym i wysiłkowi żołnierzy, na pewno nie dietetyczny, w żadnym wypadku głodowy. To menu prawdziwe, z piątku, ale nie stałe. Kucharze i logistycy tworzą jadłospis w oparciu o zapasy, dostęp do świeżych produktów na miejscu oraz preferencje żołnierzy (a może dowódców) poszczególnych jednostek.

Jedzenie dla żołnierzy na służbie przygotowują ich koledzy z jednostek, więc jedni o drugich dbają – twierdzi ppłk Marcel Podhorodecki, zastępca rzecznika Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych. Sam był na granicy cztery tygodnie temu z macierzystą 12. brygadą zmechanizowaną. – Zawsze jest ciepłe jedzenie, dowozimy je codziennie nawet na słupki, czyli tam, gdzie stoją żołnierze na pasie granicznym. Jest tego dużo – dodaje oficer, który zaznał też realiów misji poza granicami kraju i trudniejszych zaopatrzeniowo warunków. – Podstawą jest gorąca zupa. Na drugie obowiązkowo mięso. Zawsze jakaś kasza czy ziemniaki, zawsze surówka. Kawa, herbata, kompot, owoce, coś słodkiego – tego jedzenia jest dużo, żołnierze na pewno nie chodzą głodni – mówi ppłk Podhorodecki.

Nie wyklucza jednak, że kiedyś gdzieś komuś coś nie smakowało lub czegoś nie dowieziono. Jeśli komuś naprawdę brakuje jedzenia w stołówce albo woli się zabezpieczyć na nieprzewidywalną służbę, zawsze może zabrać ze sobą rację żywnościową SRG. To duży pakiet suchego jedzenia z podgrzewaczem chemicznym, złożony z trzech posiłków, bo starczyć ma na cały dzień. Takie polskie racje bywały rozchwytywane w wielonarodowych kontyngentach.

Tymczasem lokalni mieszkańcy zaczęli zbierać jedzenie dla żołnierzy na granicy. – To nie jest tak, że my wołamy, żeby nam przywozić paczki. To oddolne inicjatywy lokalnych społeczności, których nie możemy gasić – mówi Podhorodecki. To jeden ze sposobów okazywania solidarności, naturalny w atmosferze kryzysu i zagrożenia. W 16. dywizji zmechanizowanej zorganizowano jednak specjalny punkt zbierania i selekcji żywnościowych darów, głównie słodyczy.

Czytaj też: Czy polski patrol natknął się na specnaz?

Groteska znad talerza Błaszczaka

Dlaczego zatem sprawa wyżywienia żołnierzy na granicy nabrała takiego wymiaru? Władze znowu padły ofiarą medialnej blokady, którą narzuciły. Gdyby w obozach żołnierzy byli akredytowani dziennikarze, mogliby pokazać, jak jest. Strach przed prawdą sprawił, że nikt nie mógł jej pokazać, podczas gdy bezlitosny internet i algorytmy same nakręcały sensację i skandal. Wojsko z opóźnieniem zorientowało się, że powstały w mediach wizerunek „głodnych i zmarzniętych” żołnierzy może stanowić doskonałą pożywkę łukaszenkowskiej propagandy.

Jednak najgorszym sposobem odkłamywania sytuacji uznanej za nieprawdziwą wydaje się „niezapowiedziana” gospodarska wizyta ministra. Jeszcze gorzej, gdy sam wchodzi w rolę „tajemniczego klienta”. A mimo to w oficjalnym wpisie z treści telewizyjnego wywiadu Mariusz Błaszczak poinformował: „Byłem na granicy, spotkałem się wczoraj z żołnierzami podczas niezapowiedzianej wizyty. Rozmawiałem z żołnierzami z 12. brygady zmechanizowanej. Zjadłem z nimi kolację, bo chciałem zweryfikować informacje, które się pojawiają. Wyżywienie żołnierzy jest dobre”.

Sytuacja, gdy szef resortu obrony w szczycie największego od lat kryzysu bezpieczeństwa zdaje relację znad talerza zupy i kotleta, ociera się o groteskę. Poza tym, znając realia funkcjonowania MON i wojska, mało kto jest w stanie uwierzyć, że wizyta rzeczywiście była niezapowiedziana. Nie oznacza to jeszcze, że dla Błaszczaka przygotowano posiłek à la carte, on sam też nie dał się do tej pory poznać jako amator wyszukanego jedzenia. Ale dla wiarygodności tego testu lepiej byłoby po prostu do wojskowych stołówek wpuścić przedstawicieli mediów, najlepiej takich, którzy w polowych kuchniach bywali i umieją ocenić coś więcej poza kwestią smaku.

Czytaj też: Dyktator puścił się poręczy. Po co Łukaszence zwarcie z Polską

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Układ się rozpada. Spowiedź byłego doradcy Morawieckiego

Tomasz Krawczyk, były doradca Lecha Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego, o nadziejach i złudzeniach ludzi PiS.

Rafał Kalukin
03.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną