Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Kraj

Ukraińcy opowiadają. „Wojna, której miało nie być”

Demonstracja antywojenna we Wrocławiu Demonstracja antywojenna we Wrocławiu Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
Dwie Ukrainki mieszkające w Polsce opowiadają o tym, co czują i jak to jest, kiedy twoich najbliższych budzą spadające na nich rakiety.

W innym życiu, czyli przedwczoraj, Uliana Worobec denerwowała się, że ukraiński rząd kazał zgłosić się do komisji mobilizacyjnej jej 60-letniej matce. Matka mieszka pod Lwowem. Na wojaczce zna się nijak. Na dodatek ma słabe nerwy, więc ciężko to wszystko zniosła. Ale poszła. Dostała bumagę, czyli świstek, że została odnotowana – i już. Nie minęły dwa dni i okazało się, że matka ma spakować walizkę ewakuacyjną. 16 lutego miała rozpocząć się wojna. Tak wynikało z informacji Amerykanów i ostrzeżeń rządzących.

Pierwsze godziny wojny. Największy konflikt w Europie od 1945 r.

Wojna wybuchła tydzień później

Matka nie spała do trzeciej nad ranem, bo podobno o tej godzinie mieli zaatakować. O piątej też nie spała. Dalej nie zaatakowali. Zamiast wojny przyszedł poranek. Zjadła śniadanie. Zadzwoniła do mnie, że wojny nie ma, to chyba się położy – opowiadała Worobec. Wtedy można było uznać, że to nawet w jakiś sposób barwna historia, takie czekanie na wojnę. Okazało się, że wojna jest cierpliwa. Wybuchła w nocy ze środy na czwartek. Tylko tydzień później, kiedy mniej się jej już spodziewali.

Od czwartku rano Worobec sama działa w trybie wojennym. Jak mały sztab dzwoni po zaprzyjaźnionych Ukraińcach i zbiera informacje, które oni pozbierali od swoich bliskich w ojczyźnie. Dowiaduje się, jak sytuacja, gdzie zbombardowali, czy technika wojenna poszła w ruch, czy tylko strzelają z rakiet, ale sami boją się postawić nogę na ukraińskiej ziemi. Z kolei ją ludzie pytają, jak ściągnąć tu bliskich, co zrobić z dziećmi, których większość nie ma paszportów, bo prawda jest taka, że w tę wojnę to jednak nikt nie wierzył. Tej wojny miało po prostu nie być.

Sama też już zaproponowała rodzicom, że ściągnie ich do Polski. Ale ojciec odmówił, bo jak się wyraził: nie jest szczurem, który opuszcza ojczyznę w potrzebie. Ma zamiar bronić kraju. Co może zrobić 60-latek? To, co będzie trzeba. A jak ojciec zostaje, to i matka. Szczęście w nieszczęściu, że Uliana już pięć lat temu ściągnęła do Polski dzieci.

Niech mnie pan nie pyta, co będzie, bo sama nie wiem. Wiem tylko, że już o dziewiątej rano zatkało się na granicy polsko-ukraińskiej i to znaczy, że wiele osób będzie chciało jednak dostać się do Polski – mówi. Tak samo jak wielu z ok. 1,3 mln pracujących u nas Ukraińców będzie chciało wrócić do swoich rodzin. Ulina dziś wraca do swojej starej pracy w portalu dla Ukraińców www.pracadlaukrainy.pl. To będzie jej wkład w wojnę, której miało nie być.

Czytaj też: Co teraz? To może być długa wojna na wyczerpanie

Trzy języki, trzy tożsamości

Arina Ispolatova ma 24 lata i pewnie całe życie przed sobą. Urodziła się w Kijowie. Jej pierwszym językiem był rosyjski. Po pomarańczowej rewolucji w 2004 r. w domu też zrobili sobie małą rewolucję. Matka z dziadkami zadecydowali, że będą mówili po ukraińsku. Decyzję podjęła matka, bo ojciec Ariny ukraińskiego nigdy się nie nauczył i męczył się nie mniej niż ona z nauką ojczystego języka. Ale byli konsekwentni.

Całą tę opowieść o językach Arina snuje po polsku, bo mając 14 lat, postanowiła, że chce studiować poza Ukrainą. – To nie była ucieczka od Ukrainy, tylko poszukiwanie samej siebie – zastrzega. Polska była bezpiecznym wyborem. Takim w zasięgu geograficznym i finansowym. Z tym swoim trzecim językiem umęczyła się najbardziej, bo język to również tożsamość. A polska tożsamość jest trudna. Zwłaszcza dla kogoś, kto ciągle szuka tej własnej.

ArinaArch. pryw.Arina

Jeszcze tydzień temu Arina snuła plany, że może kupi na Ukrainie kawałek ziemi, który pamięta z dzieciństwa, i tam jej ukraińskie korzenie odbiją. Zastanawiała się, co robić, jeśli Putin zaatakuje. Ale to były opowieści w stylu: co zrobić, kiedy spadnie na ciebie wielka wygrana.

Czytaj też: Na razie nikt na Ukrainie nie wywiesił białej flagi

Zawalił się świat

W czwartek o piątej nad ranem spadła na nią wiadomość, że Kijów został zaatakowany rakietami. – Zadzwonił kolega i powiedział o ostrzale, ale mnie się to w ogóle w głowie nie mieściło. Co to za pomysł strzelać do bezbronnych ludzi rakietami? Od razu zadzwoniłam do mamy – opowiada Arina. – Nie spała, bo obudziły ją te rakiety. Cały Kijów już nie spał. Nie bardzo mogła rozmawiać. Pakowali rzeczy, szukali jakichś dokumentów. Na wojnie trzeba zadbać o takie rzeczy. Babcia powiedziała, że znowu jest wojna i trzeba się przyzwyczaić.

W głosie Ariny słychać, że ciągle czuje, jakby śniła. Tym bardziej że kiedy wyszła z domu, zobaczyła piękne słońce i uśmiechniętych ludzi zajadających się pączkami. – Do Lwowa z Warszawy jest 400 km. Ta wojna dziś jest nasza. Ale czy za chwilę nie będzie i wasza? A może i całego świata? – pyta. Pyta, bo sama jest strasznie zagubiona. Z jednej strony musi iść do pracy. Z drugiej boi się o najbliższych, którzy zostali tam, w Kijowie. Z trzeciej – kolega weterynarz mówi, że chyba wróci na Ukrainę. Może w wojaczce nie jest najlepszy, ale w opatrywaniu rannych może się przydać. Arina też chciałaby się przydać, dlatego opowiada, jak zawalił się jej świat. A to przecież nasz wspólny świat.

Czytaj też: Donbas ma być drugim Krymem

Ukraińcy w Polsce, co o nich wiemy?

Żyją i pracują w Polsce od ponad 20 lat. Wcześniej najczęściej nielegalnie. Od kilku lat ratują polską gospodarkę przed skutkami zapaści demograficznej. Są branże, w których stanowią ponad 20 proc. zatrudnionych. Tak jak Ukraina potrzebuje dziś Polski, tak Polska potrzebuje Ukraińców.

Po pierwsze, nie wiemy nawet, ilu Ukraińców u nas jest. Nie wiemy, bo dane są niespójne. Nie można się opierać na liczbie wystawionych wiz, bo od 11 czerwca 2017 r. Ukraińcy mogą wjeżdżać do kraju na podstawie samego paszportu. Pod warunkiem że jest to dokument nowego wzoru zawierający dane biometryczne. Trudno też za wiarygodne uznać liczbę przekroczeń granicy. Dla części podróżnych Polska jest tylko krajem tranzytowym. Wydawałoby się, że najbliższa rzeczywistości jest liczba tutaj zatrudnionych, ale nawet ta baza jest niespójna, co widać w różnicach pomiędzy liczbą składek wpłacanych do ZUS a liczbą wniosków o zgodę na pracę czy oświadczeń o zatrudnieniu obcokrajowca. Pozostają więc szacunki. Ale takie z marginesem błędu rzędu 100 tys. ludzi.

Według danych Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej w 2021 r. wydano rekordową liczbę pozwoleń na pracę: ponad pół miliona, z czego 65 proc. wniosków złożyli Ukraińcy. Jednak zdecydowana większość z nich w ogóle nie stara się o pozwolenie na pracę. Wystarcza im oświadczenie o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi, czyli uproszczona forma zatrudnienia, którą wprowadzono już w 2007, głównie po to, żeby jakoś okiełznać szarą strefę w zatrudnianiu obcokrajowców zza wschodniej granicy. Co tylko częściowo się sprawdziło, bo przez lata zarówno pracodawcom, jak i Ukraińcom bardziej opłacało się z tej szarej strefy nie wychodzić.

Od 2007 do połowy 2011 r. zarejestrowano 666 tys. oświadczeń. Później ich liczba zaczęła szybko rosnąć. A w 2014, po aneksji Krymu i wojnie w Donbasie, po prostu eksplodowała. Hrywna dramatycznie straciła wówczas na wartości. Przed atakiem Rosji za jednego dolara płaciło się 8 hrywien. Parę tygodni później – 28. W wyniku konfliktu wielu Ukraińców straciło oszczędności, ale i pracę. Polska stała się dla nich atrakcyjnym miejscem do podreperowania budżetów domowych. Od stycznia do czerwca 2015 r. w polskich urzędach pracy zarejestrowano 408 tys. oświadczeń. I z miesiąca na miesiąc przyrost był niemalże geometryczny. Przy czym ostatni rok był rekordowy. W 2021 r. do ewidencji urzędów pracy wpisano blisko 1 mln 980 tys. oświadczeń, z czego 83 proc. to były wnioski dotyczące samych Ukraińców. Pozostałe 17 proc. skonsumowali obywatele Białorusi, Mołdawii, Gruzji, Armenii i Rosji.

Według danych Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej za 2021 r. połowa zatrudnionych Ukraińców wykonywała proste czynności w takich branżach jak przetwórstwo przemysłowe (35 proc.), budownictwo (19 proc.), transport i logistyka (18 proc.). 63 proc. oświadczeń wystawiono dla mężczyzn, których wiek najczęściej nie przekraczał 44 lat. Najwięcej zatrudnionych wykonywało prace na terenie województwa mazowieckiego – 17 proc. Najczęstszą formą zatrudnienia była umowa zlecenie (75 proc.). Trochę słupków ma jeszcze ZUS, w którym z roku na rok rośnie liczba cudzoziemców opłacających składki. W kwietniu zeszłego roku Zakład pochwalił się rekordową liczbą 780 tys. płacących cudzoziemców (75 proc. z nich to byli Ukraińcy). I tu właściwie wiedza państwa się kończy.

Więcej o Ukraińcach i stosunku do nich można dowiedzieć się z „Barometru polskiego rynku pracy”, który przygotowuje spółka Personel Service, równocześnie potentat na rynku pośrednictwa pracy świadczonej przez Ukraińców. Z ostatniej edycji wynika, że 28 proc. firm w Polsce zatrudnia Ukraińców. W zeszłym roku było to 11 proc. Stosunek pracodawców do pracowników ze Wschodu balansuje pomiędzy neutralnością (49 proc.) a zadowoleniem (36 proc.). Im większa firma, tym chętniej korzysta z pracy Ukraińców, którzy chwaleni są za pracowitość, doświadczenie, elastyczność. Zdaniem Moniki Banyś z firmy Personal Service najbardziej odpowiadająca rzeczywistości liczba Ukraińców w naszym kraju to 1,3 mln. Po ataku Rosji trzeba się spodziewać, że do Polski dotrą nawet setki tysięcy uchodźców wojennych.

Czytaj też: Uzbrojeni, zjedniczeni, dziwnie spokojni. Ukraińcy w obliczu wojny

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną