Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Pandemiczne postprawo. Nie tylko senator Brejza ucierpiał

Dorota i Krzysztof Brejza przed senacką komisją ds. Pegasusa Dorota i Krzysztof Brejza przed senacką komisją ds. Pegasusa Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Sprawa wytoczona Jarosławowi Kaczyńskiemu umorzona została na posiedzeniu niejawnym. Sąd skorzystał z przepisów covidowych. Bo pandemia odwołana, ale przepisy wprowadzone pod jej osłoną – nie. I tak się składa, że wszystkie godzą w nasze prawo do sądu.

Senator Koalicji Obywatelskiej Krzysztof Brejza wytoczył prezesowi PiS i wicepremierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu sprawę o ochronę dóbr osobistych. Związana jest z faktem inwigilowania Brejzy programem Pegasus – gdy był szefem sztabu wyborczego KO w 2019 r.

Pegasus i inwigilacja

Gdy sprawa wyszła na jaw, władza zapewniała, że wszystkie osoby, o których się dowiedzieliśmy, były inwigilowane legalnie w związku z prowadzonymi śledztwami. Byli to prokuratorka i członkini Stowarzyszenia Lex Super Omnia Ewa Wrzosek, adwokat wielu polityków opozycji Roman Giertych, szef AgroUnii Michał Kołodziejczak oraz Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP do 2021 r. Wicepremier od bezpieczeństwa Jarosław Kaczyński publicznie uzasadniał, że na Krzysztofie Brejzie ciążyły poważne zarzuty związane z tzw. afera fakturową vel hejterską w Inowrocławiu, gdzie prezydentem miasta jest jego ojciec.

W styczniu w wywiadzie dla tygodnika „Sieci” Kaczyński powiedział, że Krzysztof Brejza „pojawia się w sprawie inowrocławskiej w poważnym kontekście, jest tam podejrzenie poważnych przestępstw”. W rzeczywistości Krzysztof Brejza nie występował w tym śledztwie w żadnej roli procesowej, nie był przesłuchiwany, a i cała sprawa została sztucznie rozdmuchana przez TVP w czasie, gdy media ujawniły aferę hejterską w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Czytaj też: Pegasusgate, czyli destrukcja demokratycznego państwa

Sąd się nie odbył

Sprawę jednoosobowo sądziła w Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy sędzia Sylwia Suska-Obidowska. Oddaliła powództwo Brejzy na posiedzeniu niejawnym. Poinformowała o tym w mediach społecznościowych żona senatora Dorota Brejza, która jest adwokatką męża. Napisała, że sąd orzekł „wyłącznie na podstawie pism procesowych, bez wysłuchania powoda, bez ani jednej rozprawy, w trybie zamkniętym nie tylko dla opinii publicznej, ale też dla strony i jej adwokata”.

Sprawa niewątpliwie była niewygodna do sądzenia, a oddalając pozew, sędzia Suska-Obidowska pozbyła się jej raz na zawsze. I nie będzie musiała wzywać na świadka Jarosława Kaczyńskiego i dochodzić prawdy o tym, co działo się w śledztwie na temat afery fakturowej (które zdaniem wielu komentatorów od początku było sprawą polityczną) i czy Krzysztof Brejza rzeczywiście był tym śledztwem objęty.

Ne znamy uzasadnienia oddalenia pozwu, sąd, w tym jego służby prasowe, milczy. Jednak trudno powiedzieć, że sprawę osądził, skoro jej de facto nie sądził. A już na pewno Krzysztof Brejza ma prawo uważać, że odebrano mu prawo do sądu, skoro sąd się nie odbył.

Czytaj też: Kontrola Pegasusa. Banaś chce przesłuchania Kaczyńskiego

Niejawne posiedzenia

Taką procedurę – sądzenia na posiedzeniu niejawnym – wprowadzono ze względu na pandemię tak w sądach cywilnych, jak i administracyjnych. Sąd może zdecydować się na nią nawet wobec sprzeciwu stron, uzasadniając tym, że istnieje duże ryzyko covidowe. Sąd nie musi dowodzić dlaczego uważa, że przeprowadzenie rozprawy takie zagrożenie wywoła. Tymczasem konstytucja (art. 45) mówi: „Każdy ma prawo do sprawiedliwego i JAWNEGO rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd”. Wyłączać jawność można tylko dla ochrony moralności, porządku publicznego i ważnego interesu strony.

Władza nie zapewniła w pandemii warunków do realizacji prawa do jawności rozprawy, bo w wielu sądach nie ma koniecznego oprzyrządowania do rozpraw zdalnych i stanowisk dla stron i świadków, z których mogliby uczestniczyć w rozprawie zdalnej. Zamiast tego odebrała – niekoniecznie tymczasowo – prawo do jawności rozpatrzenia sprawy. A jak widać na przykładzie sprawy Brejza –Kaczyński, stworzyła warunki, w których można w ogóle nie móc skorzystać z prawa do osądzenia swojej sprawy, chociaż formalnie wyrok został wydany.

Jeden sędzia

Druga pocovidowa pozostałość to jednoosobowe składy sędziowskie. Do tej pory były wyjątkiem, teraz stają się regułą. Mimo że kolegialne osądzenie sprawy to jedna z gwarancji sprawiedliwego sądu. Sam PiS od lat opowiada się za zwiększeniem udziału ławników w orzekaniu (wprowadził ich nawet do Sądu Najwyższego), a to także element kolegialności orzekania.

W kolegialnych orzeczeniach odpowiedzialność za wyrok (np. taki, który nie spodoba się władzy) rozkłada się na cały skład sądzący. Kolegialność oznacza też narady nad wyrokiem, dzięki czemu mogą zostać wzięte pod uwagę rozmaite punkty widzenia, nie mówiąc już o intelektualnym wsparciu ze strony współsądzących sprawę sędziów. Tymczasem w kolejnych „tarczach” antycovidowych poszerzono możliwość sądzenia spraw – tak cywilnych, jak karnych – w składach jednoosobowych. Bezskutecznie protestował przeciwko temu m.in. rzecznik praw obywatelskich Marcin Wiącek.

Jeden sędzia sądził w pierwszej instancji, potem także jeden sędzia w drugiej np. w procesie karnym wytoczonym piszącej te słowa przez sędziów wymienianych w kontekście afery hejterskiej. Wniosek o poszerzenie składu został odrzucony, bo przepisy antycovidowe w takiej sytuacji poszerzenia składu nie przewidują. Cywilna sprawa senatora Brejzy też sądzona była w składzie jednoosobowym. I tak będzie w drugiej instancji.

Pojedynczy sędzia łatwiej pada ofiarą efektu mrożącego, widząc, że władza przygląda się, co zrobi w ważnej dla niej sprawie. Kary dyscyplinarnej za orzeczenie bać się nie musi, ale kontroli swojego orzecznictwa – raczej tak. Taką kontrolę w stosunku do sędziego Waldemara Żurka Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał w zeszłym tygodniu za szykany zmierzające do uciszenia sędziego. Podobnie jak przeniesienie do innego wydziału i kontrolę oświadczeń majątkowych. Wszystko to może dotknąć każdego sędziego.

Adam Bodnar dla „Polityki”: Prawdziwy kamień milowy

Szybkość kosztem sprawiedliwości

Innymi pocovidowymi pozostałościami są zmiany zaostrzające prawo karne, wprowadzane metodą „wrzutek” do kolejnych „tarcz”. Stworzono nowe przestępstwo: do 10 lat więzienia za zakażenie chorobą zakaźną wielu osób. Ale zniesiono też zasadę pierwszeństwa kar wolnościowych nad izolacyjnymi i zaostrzono karę za świadome zakażenie innych chorobą zakaźną. Podwyższono karę za stalking, czyli uporczywe nękanie (do ośmiu lat). Przywrócono pojęcie „kradzieży szczególnie zuchwałej”. Zmiany w wymierzaniu tzw. kary łącznej spowodują, że będą one surowsze. Podniesiono też dolne granice kar za wiele przestępstw, m.in. za nielegalną aborcję, znieważenie prezydenta, błędy w sztuce lekarskiej. W efekcie wiele czynów stanie się z wykroczeń przestępstwami.

Zmiany w procedurze karnej, które wprowadzono pod szyldem pandemii, oprócz tego, że ograniczają czy wręcz odbierają prawo do sądu, przyspieszają też rozpatrywanie spraw, które – jak wiadomo – od nastania ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry systematycznie się wydłuża. Może minister Ziobro uznał, że znalazł kamień filozoficzny w walce z przewlekłością postepowań? Kosztem prawa do sprawiedliwego i jawnego osądzenia sprawy. Tyle że stopnia sprawiedliwości rozstrzygnięcia nie da się obiektywnie zmienić, a długość postępowań sądowych – i owszem. I minister Ziobro będzie miał się wreszcie czym wykazać.

Czytaj też: Sądy rażone pandemią

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną