Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Kraj

Honor, reparacje od Niemiec i szabelka suwerenności

Premier Morawiecki. 63. rocznica wybuchu powstania warszawskiego, 1 sierpnia 2022 r. Premier Morawiecki. 63. rocznica wybuchu powstania warszawskiego, 1 sierpnia 2022 r. Adam Guz / Kancelaria Prezesa RM
Wywodzenie takiej lub innej kwoty pieniężnej z męczeństwa ofiar wojny (bo nie tylko powstania), i to sumy mającej zasilić budżet państwa polskiego, wydaje mi się głęboko amoralne.

Pan Bąkiewicz grzmiał na Marszu Powstania Warszawskiego: „Oni walczyli nie o te wszystkie rewolucyjne hasła, które się dziś pojawiają. Nie o hasła wyimaginowanej równości. (...) Niech nikt nam nie wmawia, że walczyliśmy tutaj jako Polacy z nazistami o rewolucyjną równość, którą się nam proponuje. Dziś jest wielu małych ludzi, którzy chcą niszczyć ideę niepodległego i suwerennego państwa polskiego. (...) Celem marszu jest oddanie czci zamordowanym powstańcom i cywilom. Powinniśmy być godni ich idei. Mam jeden ważny postulat, który powinien dotyczyć nas wszystkich – z prawej i lewej strony. Tych, którzy chcą Polski suwerennej i niepodległej. To postulat patriotyzmu. Odrodzenia patriotyzmu, który pobudzi ducha narodowego i zbuduje naród, który jest wspólnotą. Nie naród, w którym każdy Polak Polakowi wilkiem, ale gdzie Polak Polakowi przyjacielem”.

Bardzo zafrapowało mnie wmawianie, o którym prawił p. Bąkiewicz. Zgodnie ze Słownikiem języka polskiego wmawiać (synonimy: wciskać kit, ciemnotę) to tyle co skłaniać kogoś do uwierzenia w to, co mu się mówi; skłaniać kogoś do przyznania się do tego, co mu się przypisuje. Otóż z fundamentalnych powodów ontologiczno-egzystencjalnych trudno mi sobie wyobrazić, że ktokolwiek mógłby skłaniać p. Bąkiewicza do uwierzenia, że walczył tutaj (jak można się domyślić, miało to miejsce w Warszawie w 1944 r.) o coś z nazistami, ba, nawet że wtedy walczył z kimkolwiek o cokolwiek.

Mimo że nie uważam p. Bąkiewicza za nadmiernie mocno stąpającego po rzeczywistości, nie przypuszczam, że sam sobie wmawia, jakoby walczył z nazistami w powstaniu. Ciekawe, że ten samozwańczy trybun wzywa do oddania czci tylko zamordowanym powstańcom i cywilom, a pomija tych, którzy przeżyli, a przede wszystkim powstańców, którzy jeszcze żyją. I w tym punkcie od razu nasuwa się uwaga, że ci, którzy wypowiadają się na temat ideowej spuścizny swej walki, raczej nie podzielają tyrady p. Bąkiewicza w sprawie wolności i równości. Nie on pierwszy stroi się w cudze piórka, a to już tak jest, by przytoczyć myśl Leca, że ci, którzy idee mają ciągle w gębie, mają je również w pobliskim nosie.

Czytaj też: Wanda Traczyk-Stawska. Najlepsza tradycja patriotyzmu

Cykliczne występy Bąkiewicza

Nie jest jednak tak, że p. Bąkiewicz nie jest człowiekiem walki. Marsz, którym dowodził (wódz to wódz), odbywał się pod przesłaniami wyrażonymi przez przekreśloną swastykę, przekreślony sierp i młot, przekreśloną tęczową flagę i przekreślony portret p. Trzaskowskiego. Prezydent Warszawy naraził się z powodu sprzeciwu wobec traktowania Marszu Powstania Warszawskiego (w imaginacji p. Bąkiewicza i jego kompanii) jako imprezy cyklicznej. Tak więc p. Trzaskowski reprezentuje totalitaryzm, podobnie jak swastyka oraz sierp i młot, natomiast antytotalitaryzm ma swój wyraz w postawie p. Zbyszka (pardon za poufałość), ponieważ obecny minister sprawiedliwości jest wielkim admiratorem rzeczonej cykliczności – to oczywiście tylko jeden z atrybutów jego sprzeciwu wobec idei rewolucyjnej wolności i równości.

O ile jednak nikt nie ma wątpliwości, że te dwa ostatnie symbole rzeczywiście mają wyraźny sens totalitarny, o tyle konterfekt włodarza stolicy w tym towarzystwie nie jest oczywisty, ponieważ wiele osób, w tym powstańców warszawskich, ma poważne wątpliwości nie tylko dotyczące tego, czy marsz à la Bąkiewicz winien mieć charakter cykliczny, ale czy w ogóle powinien się odbywać.

Ujmując rzecz dosadnie i korzystając z nazwiska obecnego wodza rzeczonej demonstracji, jej uczestnicy produkują (puszczają) zbyt wiele niezbyt akuratnych bąków, aby miały się one roznosić po publicznej przestrzeni – puścić bąka w tym kontekście znaczy tyle co zapaskudzić atmosferę, w której toczy się normalne życie społeczne. Powtórka puszczania bąków jest szykowana 11 listopada.

Czytaj też: Nowe zabawki Bąkiewicza. Narodowcy są coraz głośniejsi

Dwaj panowie B

Pozostaje jeszcze kwestia tęczy jako symbolu, z którym walczy p. Bąkiewicz, też przy walnym wsparciu p. Zbyszka (jeszcze raz pardon za poufałość), ale też jego bliskiego druha w postaci p. Kowalskiego, a przede wszystkim przy wydatnym aplauzie samego Skromnego Prezesa.

Tę sprawę wyjaśnił bardzo dobitnie p. Bosak, koleżka p. Bąkiewicza. Tak naucza: „Udostępniam informacyjnie, żeby nikt z osób obserwujących mnie ze średniego i starszego pokolenia nie mógł powiedzieć, że nie wiedział, że młodzież w Polsce okalecza się w wyniku prania mózgów pod płaszczykiem nauki, medycyny, tolerancji i praw człowieka”.

Kontekstem tych słów była zbiórka na rzecz młodego transpłciowego (17 lat) mężczyzny planującego mastektomię. Zdaniem p. Bosaka przypadłość Ignacego (bo tak ma na imię zainteresowany) była wynikiem samookaleczenia powstałego w wyniku prania mózgów pod płaszczykiem nauki, medycyny, tolerancji i praw człowieka. Perfidia (bo nie zwykła złośliwość) materii ożywionej sprawiła, że tweet czołowego konfederackiego posła odniósł zgoła odwrotny skutek i znacznie przyspieszył zebranie pieniędzy potrzebnych na sfinansowanie operacji Ignacego.

Nie mam wątpliwości, że p. Bosak wespół zespół z p. Bąkiewiczem zinterpretują całe zdarzenie jako dowód, że Ignacy i darczyńcy na jego rzecz nie są godni idei żywionych przez ofiary powstania warszawskiego. Trzeba powiedzieć więcej, nie respektują postulatu odrodzenia patriotyzmu, pobudzającego ducha narodowego i budującego naród, który jest wspólnotą, a nie taki, gdzie „każdy Polak Polakowi wilkiem, ale gdzie Polak Polakowi przyjacielem”. Dwaj panowie B, czyli Bąkiewicz i Bosak, są na pewno przyjaciółmi wszystkich Polaków razem i każdego z osobna, w tym transpłciowego Ignacego. Chcą dla niego dobrze, aby był cały i zdrowy, a nie okaleczał się wiedziony jakimiś andronami na temat tolerancji i praw człowieka, na dodatek pod płaszczykiem nauki i medycyny. W takich wypadkach zwykłem mówić, że propaguje się Prawdziwą Tolerancję i Prawdziwą Wolność, a takowe wtedy królują, gdy zanikają ich zwyczajne wersje.

Czytaj też: Marsz matrioszka. Skąd ten dziwny spokój narodowców?

Reparacje prosto do budżetu

W samej rzeczy tegoroczny Marsz Powstania Warszawskiego, jak żaden wcześniejszy, stał się okazją do demonstrowania Prawdziwej Sprawiedliwości wobec Niemiec, a dokładniej antyniemieckich resentymentów. To, że problem niemiecki nieodłącznie towarzyszy pamięci o powstaniu, nie dziwi i nie ma powodu, aby było inaczej. Wiadomo, z kim powstańcy walczyli, ile ofiar, żołnierskich i cywilnych, pochłonęły dwa miesiące walk i jakie zbrodnie Niemcy popełnili.

Nie zamierzam tutaj wdawać się w moralistyczne rozważania, czy i w jakim stopniu współcześni Niemcy są odpowiedzialni za czyny swych przodków, z reguły dość bezpośrednich, jeśli nie matek i ojców, to na pewno babek i dziadków. Ta sprawa jest zresztą dyskutowana w Republice Federalnej Niemiec, aby tylko przypomnieć tzw. Historikerstreit (spór historyków) m.in. o odpowiedzialność narodu niemieckiego za dojście Hitlera do władzy, wybuch II wojny światowej i jej przebieg, w szczególności zbrodnie.

Ograniczę się tylko do kilku uwag związanych z kwestią „powstanie warszawskie a reparacje wojenne na rzecz Polski”. Oto wypowiedź p. Morawieckiego: „ofiary tamtego czasu, tych strasznych dni sierpniowych, wołają o prawdę, wołają o sprawiedliwość i wołają także o zadośćuczynienie. (...) Potomkowie niszczycieli i zbrodniarzy, dzisiejsi Niemcy, muszą zdać sobie sprawę, że bez faktycznego zadośćuczynienia nie może być mowy o zamknięciu tej karty historii. Jakakolwiek sprawiedliwość, prawda o tamtym czasie, odbudowa wspólnego dobra i pojednanie musi łączyć się z elementarną sprawiedliwością, a ta z kolei z rozliczeniem tamtych okrutnych zbrodni”.

Jak wiadomo, sprawa reparacji ma aspekt prawny i moralny. Ten drugi powód jest oczywisty, natomiast ten pierwszy wątpliwy w świetle prawa międzynarodowego. Muszę wyznać, że wywodzenie takiej lub innej kwoty pieniężnej z męczeństwa ofiar wojny (bo nie tylko powstania), i to sumy mającej zasilić budżet państwa polskiego, wydaje mi się głęboko amoralne. Być może p. Mularczyk (lub ktoś inny), oddelegowany do sformułowania pozwu o reparacje, znajdzie stosowne argumenty prawne, ale póki co kupczenie męczeństwem milionów ludzi w fiskalnym interesie tzw. dobrej zmiany jest czymś obrzydliwym, zwłaszcza gdy jest propagowane przez kogoś, kto korzystając z własnej pozycji w rządzie, postarał się o protekcję swych sporych aktywów przez wykup obligacji skarbowych. Jeszcze raz warto przypomnieć, że p. Morawiecki junior, wzorem swego bezpośredniego protoplasty, optuje nie za prawem, ale sprawiedliwością. Oczywiście Prawdziwą.

Czytaj też: Co z tymi czołgami? Kolejny spór Warszawy i Berlina

Polak może, ale nie musi?

Pierwszosierpniowe obchody uruchomiły spore pokłady honoru. Oto p. Bogucki, senator z ramienia PiS, wcześniej sekretarz stanu od rolnictwa, zagrzmiał z trybuny: „Każdy honorowy Polak, który nie ma potrzeb tego typu, po pomoc socjalną nie idzie, nie wyciąga ręki do państwa, nie bierze pieniędzy, które nie są mu konieczne, bo rozumie, jak działa system pomocy państwowej, czy to pomocy socjalnej, czy parasocjalnej, takiej jak ta pomoc, bo to jest pomoc parasocjalna. Nikt normalny nie powinien po to ręki wyciągnąć. Ciekawe, czy w waszym środowisku [tj. opozycji] też tak będzie”.

Pan Kowalczyk, wicepremier oraz minister rolnictwa i rozwoju wsi, stawia sprawę nieco łagodniej: „Jeżeli ktoś uważa, że stać go na to, żeby kupić opał po wyższej cenie, to nie musi brać, to jest dobrowolność, a nie przymus. (...) Każdy indywidualnie podejmuje decyzję. Tutaj nie chcę komentować słów pana senatora Boguckiego. Nie nazwałbym nikogo bez honoru, kto się [zgłosi] po 3 tys. W zależności od jego potrzeb i możliwości finansowych, jeśli taka pomoc zgodnie z prawem się należy, to może to wziąć, ale nie musi”.

Obaj panowie jasno zademonstrowali brak kompetencji do uczestniczenia w rządzeniu. Otóż funkcjonowanie prawa na poziomie zarówno finansowych obciążeń obywateli, jak i świadczeń przez nich pobieranych nie może polegać na dobrowolności czy zasadzie „może, ale nie musi”. Uznaniowość zawsze kończy się chaosem i konfliktami. Cóż, to, co dzieje się z polskimi lasami i wodami (ostatnio podano dramatyczną informację, że w Polsce na jednego mieszkańca przypada jedna trzecia wody w stosunku do UE), jest pochodną tego, jak p. Kowalczyk i Bogucki administrowali (ten pierwszy nadal to czyni) częścią polskich zasobów naturalnych.

Pan Fogiel, wicerzecznik PiS, kiedyś został zapytany o zasady polityki kadrowej PiS. Szczerze odparł: „W latach 2005–07 [za tzw. pierwszego PiS] poszliśmy w kierunku bardzo eksperckim, właśnie otwartych konkursów, jeśli chodzi o rady nadzorcze. Trafiali tam eksperci z rynku, trafiały osoby z tytułami naukowymi, z SGH, z innych uczelni. No i problem okazał się taki, że ich sposób myślenia o gospodarce, o zarządzaniu był zupełnie sprzeczny z tym, co Prawo i Sprawiedliwość ma w swoim programie”. Tedy trudno się dziwić, że poczucie honoru przeważa nad racjonalnością w państwie PiS. Nawet w PRL miano niejakie zrozumienie dla bezpartyjnych fachowców.

Czytaj też: Radni PiS w państwowych spółkach. Odkuć się i zarobić

Szabelka suwerenności

Pani Moskwa, ministra od klimatu i środowiska, zdecydowała (tj. raczej powieliła postanowienie swojej partyjnej zwierzchności): „Nie będziemy przesyłać gazu. Polacy i polskie firmy nie mogą być odpowiedzialni za wyjście z kryzysu, za który nie ponoszą odpowiedzialności. Naszym zdaniem konieczność ograniczenia dostaw gazu dla odbiorców w jednym z państw członkowskich na rzecz odbiorców w innych państwach, a tym samym chronienie interesów gospodarczych jednego państwa członkowskiego kosztem drugiego, jest nieakceptowalne”.

Jest to polska odpowiedź na propozycję, aby państwa członkowskie UE dobrowolnie ograniczyły zużycie gazu o 15 proc. Przyjmijmy, że Polacy i polskie firmy nie ponoszą odpowiedzialności za kryzys energetyczny. Wszelako ten kryzys jest i deliberowanie, kto zań ponosi odpowiedzialność, niczego nie zmieni, bo sytuacja musi być rozwiązana. Argumentacja przedstawiona przez p. Moskwę jest zwyczajnie odmową współpracy w opanowaniu ogólnoeuropejskiego kryzysu energetycznego, kolejnym przykładem sabotażu interesu całej Unii.

Pan Tusk skomentował to dość dosadnie: „Unia podjęła decyzję o oszczędnościach gazu, żeby bronić się przed rosyjskim szantażem. Przeciwni byli Węgrzy (po konsultacjach z Ławrowem). W ostatniej chwili Węgrów poparła Polska. Decyzję podjęła Moskwa. Pani minister środowiska Anna Moskwa, żeby nie było wątpliwości”. Odpowiedział wspomniany p. Fogiel: „Już na marginesie wszystkiego – bo Polska podjęła decyzję w interesie swoich obywateli, co się panu Tuskowi najwyraźniej nie podoba – ależ trzeba być żenująco żałosnym typem, żeby sobie robić tego rodzaju żarciki”.

To, czy Polska podjęła decyzję w interesie swoich obywateli, jeszcze się okaże, aczkolwiek na razie jest dość oczywiste, że głównym motywem była demonstracja potrząsania szabelką suwerenności wobec UE. Można było przecież spokojnie powiedzieć, że na razie powstrzymujemy się od deklaracji, a zobaczymy, jak to będzie, gdy przyjdzie do bilansu zużycia gazu w Polsce. Pan Tusk wykorzystał nazwisko klimatycznej ministry, ale nawet gdyby nazywała się Anna Warszawa, to nie byłoby żadnej wątpliwości, że podważanie europejskiej solidarności w obliczu kryzysu energetycznego jest działaniem na rzecz interesów Moskwy.

Czytaj też: Kaczyński nie wierzy Morawieckiemu. Nowa taktyka PiS na Brukselę

Gdyby powstanie nie wybuchło...

Na zakończenie wracam do powstania warszawskiego. Oto osobliwa argumentacja prof. Brody, fizyka jąder atomowych, na temat alternatywnej historii: „Nie potrafię udowodnić, ale uznaję za wielce prawdopodobne, że powstrzymanie wybuchu powstania miałoby następujące skutki: Warszawa byłaby tak samo zniszczona, bo takie były plany, a nawet rozkazy Hitlera. Przed ostatecznym zniszczeniem miasta Niemcy przeprowadziliby masowe egzekucje, takie jak rzeź Woli, idąc od domu do domu, zabijając wszystkich za nieposłuszeństwo wobec władz okupacyjnych i niezgłoszenie się do budowy fortyfikacji. Po wkroczeniu Armii Czerwonej do opustoszałej Warszawy Sowieci zapełniliby całą Polskę wielokrotnie większą liczbą katowni ubeckich i przystąpiliby do końcowej likwidacji polskiej elity metodą katyńską. Obława augustowska nie miałaby swojej nazwy, bo taką obławą byłaby wypełniona cała Polska. Proszę, niech ktoś obali taką wersję”.

Jest rzeczą zdumiewającą, że przyrodnik, a więc ktoś, kto powinien być zaprawiony w analizie faktów, na serio rozważa prawdopodobieństwo faktów będących przedmiotem kontrfaktycznych (nierzeczywistych) okresów warunkowych. Propozycja, aby ktoś próbował je obalić, jest wprawdzie chytreńka, ale należy do metodologicznego surrealizmu. Pan Broda zapewne solidaryzuje się z oceną powstania dokonaną przez p. Bąkiewicza, kierując się podobnymi racjami. Tak to bywa, gdy ma miejsce nadmierne wydzielanie gruczołów ideologicznych.

Czytaj też: Niemca goń, goń, goń! Kaczyński potrzebuje zewnętrznego wroga

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną