Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Szybka roszada w wojsku. Mamy wstrząs na szczytach, u sojuszników palą się światła alarmowe

Andrzej Duda i gen. broni Wiesław Kukuła, 10 października 2023 r. Andrzej Duda i gen. broni Wiesław Kukuła, 10 października 2023 r. Marek Borawski / Kancelaria Prezydenta RP
Znamy nazwiska następców generałów Andrzejczaka i Piotrowskiego. Zmiana na szczytach wojska była szybka, co nie znaczy, że bezbolesna. Władza, z prezydentem włącznie, usiłuje pośpiechem i przemówieniami zagłuszyć kadrowe tąpnięcie o niespotykanej sile.
Andrzej Duda i gen. dywizji Maciej Klisz, 10 października 2023 r.Marek Borawski/Kancelaria Prezydenta RP Andrzej Duda i gen. dywizji Maciej Klisz, 10 października 2023 r.
Szef BBN Jacek SiewieraPrzemysław Keler/Kancelaria Prezesa RM Szef BBN Jacek Siewiera

Personalnie mamy jasność: nowym szefem sztabu generalnego został gen. broni Wiesław Kukuła, dotychczasowy dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych. Z kolei nowym dowódcą operacyjnym został gen. dyw. Maciej Klisz, dotychczasowy dowódca Wojsk Obrony Terytorialnej. Niedawna przeszłość w WOT łączy więc teraz najważniejszych oficerów w całym Wojsku Polskim. Wspólną mają też przeszłość w wojskach specjalnych – obaj służyli (a Kukuła dowodził) w Jednostce Wojskowej Komandosów w Lublińcu.

„Specjalne” podejście nowo mianowanych dowódców podkreślał prezydent Andrzej Duda na uroczystości ich powołania, zorganizowanej zaledwie kilka godzin po tym, jak rankiem gruchnęła wiadomość o nagłej i niespodziewanej dymisji dwóch doświadczonych generałów z najwyższych stanowisk. Szybkie załatwienie sprawy nie oznacza jednak, że sprawy nie ma i że można się rozejść. Niewiele usłyszeliśmy o tym, dlaczego w ogóle nastąpiły rezygnacje, o konkretnych ich powodach zgoła nic. Władza, z prezydentem włącznie, usiłuje pośpiechem i przemówieniami zagłuszyć kadrowe tąpnięcie o niespotykanej sile.

Roszada w sytuacji kryzysowej

Szef BBN Jacek Siewiera znowu był jedynym urzędnikiem państwowym, który wziął na siebie wyjaśnianie i tłumaczenie sytuacji trudnych i dla władzy niekomfortowych. Po naradzie, w założeniu poświęconej sytuacji w Izraelu i ewakuacji Polaków, przyznał, że drugim jej tematem – a nie ulega wątpliwości, że w sumie ważniejszym – były nagłe i niespodziewane rezygnacje dwóch najwyższej rangi dowódców: szefa sztabu generalnego i dowódcy operacyjnego. Siewiera potwierdził, że generałowie podjęli decyzję o „zrzuceniu munduru”, a ich rezygnacje zostaną przyjęte przez prezydenta – najwyższego zwierzchnika sił zbrojnych – oraz, co najważniejsze, że dziś jeszcze zostaną wyznaczeni ich następcy. Nazwisk szef BBN jeszcze wtedy nie ujawnił, ale w swojej wypowiedzi wymieniał funkcję i rolę dowództwa generalnego rodzajów sił zbrojnych. Była to potwierdzona później sugestia, że gen. broni Wiesław Kukuła zajmie jedno z opuszczanych właśnie stanowisk.

Kukuła wcześniej występował jako nieoficjalny faworyt MON na szefa sztabu generalnego. Ta roszada w sytuacji kryzysowej nie jest więc zaskakująca. Natomiast stanowi zerwanie niepisanej zasady, że szefa sztabu w sytuacjach nagłych zastępuje jego pierwszy zastępca, którym obecnie jest również ceniony w MON gen. broni Piotr Błazeusz.

O kontynuacji innej tradycji, nowej i też nigdzie niespisanej, można mówić w przypadku powołania gen. Klisza. Kukuła, zanim został dowódcą generalnym, był zwierzchnikiem WOT. Teraz obecny szef „terytorialsów” ma zająć stanowisko równorzędne: dowódcy operacyjnego. Na razie nie wiadomo, kto trafi na stanowisko dowódcy WOT po Kliszu i kto zostanie nowym dowódcą generalnym. Przedwczesna i wymuszona karuzela kadrowa jeszcze nie przestała się kręcić.

Czytaj też: Kim jest jeden z trzech najważniejszych żołnierzy w Polsce

Andrzej Duda był zaskoczony

Siewiera próbował słowami, miną i mową ciała dać do zrozumienia, że sytuacja kryzysowa wcale nie jest. Jednak fakt jednoczesnej dymisji dwóch z trzech najważniejszych w systemie dowodzenia oficerów jest zdarzeniem bez precedensu. Przypomnijmy – szef sztabu stoi na czele hierarchii wojskowej i za sprawą samego PiS stał się formalnym najwyższym dowódcą wszystkich żołnierzy Sił Zbrojnych RP. Jako „pierwszy żołnierz” szef sztabu jest też osobą wyznaczoną do objęcia funkcji naczelnego dowódcy na czas wojny. A w każdym razie był taką osobą, bo ostatni raz został do tej roli wyznaczony w 2018 r.

Od rana kursują pogłoski, że jednym z powodów nagłej rezygnacji Andrzejczaka miało być to, iż według MON taką osobą miałby być raczej dowódca generalny, wspomniany gen. Kukuła. Przyjęta w zeszłym roku ustawa o obronie ojczyzny mówi, iż wskazanie takiej osoby wynika z wniosku premiera do prezydenta, a zatem podlega negocjacjom między „małym” i „dużym” Pałacem, nieformalnym uzgodnieniom między BBN a MON. O ile sympatie i antypatie obu stron są od lat znane – Duda faworyzował Andrzejczaka, a Błaszczak Kukułę – o tyle niczego w tej procedurze nie da się nikomu narzucić przy sprzeciwie. Podpisy muszą być dwa.

Wypromowanie Kukuły na następcę Andrzejczaka jako szefa sztabu likwiduje problem zgody prezydenta. Dymisja generałów widocznie otworzyła nowy rozdział i zresetowała dotychczasowe podejście. Duda wyrażał pełne zaufanie do Kukuły i podkreślał zażyłość z nim. Od rana słychać było, że prezydent-zwierzchnik sił zbrojnych miał się dowiedzieć o dymisjach generałów bez wyprzedzenia, został nimi nieprzyjemnie zaskoczony i zapewne odbierał telefony od równie zdziwionych sojuszników.

Czytaj też: Błaszczak to ma pecha. Po zgubionej rakiecie zgubiony zapalnik

Alarmowe światła palą się u sojuszników

Wstrząs na szczycie polskiej armii jest kolejnym niemiłym zaskoczeniem w kraju, który uznawany był przez ostatnie kilka lat za wzorzec jednomyślności, determinacji, konsekwencji i stanowczości w podejściu do bezpieczeństwa, wojska i zbrojeń. Jednocześnie z podziwem dla rekordowego wsparcia przez Polskę dla walczącej Ukrainy, drastycznego podniesienia wydatków obronnych, sprinterskiego tempa zakupów i ich skali oraz deklaracji utworzenia „najsilniejszej armii w Europie” zauważalne zaczęły być symptomy tarć, napięć i podziałów. W ostatnim czasie wzmocnione przez źle rozegrane komunikacyjnie incydenty, a zwłaszcza kampanię wyborczą, w której temat bezpieczeństwa i samo wojsko zostały brutalnie wykorzystane.

Odejście tuż przed wyborami generałów, bezpośrednio – choć nie zawsze intensywnie – zaangażowanych w ostatnie wydarzenia, jest dobitnym dowodem, że destabilizacja sięgnęła w Polsce najwyższych stanowisk i najważniejszych spraw. A to zapali alarmowe światła w „kokpitach sterowania” tych sojuszników, u których jest jeszcze jakieś miejsce na alarmy.

Polikryzysowa rzeczywistość niewątpliwie dotarła do polskiej armii, ale w zetknięciu z dwiema gorącymi wojnami, strategiczną rywalizacją, gruntowną przebudową NATO i wyzwaniami zbrojeniowymi zwyczajnie może okazać się kryzysem nie dość ostrym, by się nim przejmować. Załatwienie sprawy szybko też sprzyjać ma jej wyciszeniu. Jednak Mariusz Błaszczak może stanąć w obliczu niewygodnych pytań, jeśli pojawi się na zaczynającej się jutro dwudniowej sesji ministrów obrony NATO. Nieoficjalnie słychać, że może potraktować partnerów i sojuszników tak, jak zwykł traktować opinię publiczną oraz parlamentarzystów w Polsce i po prostu do Brukseli nie pojedzie.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną