Kraj

Miodowe miesiące Dudy i Błaszczaka. W sztabie bez zmian

Szef MON Mariusz Błaszczak, prezydent Andrzej Duda oraz szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Rajmund Andrzejczak. 8 czerwca 2020 r. Szef MON Mariusz Błaszczak, prezydent Andrzej Duda oraz szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Rajmund Andrzejczak. 8 czerwca 2020 r. Bartosz Bańka / Agencja Gazeta
Dzięki porozumieniu prezydenta Andrzeja Dudy i szefa MON Mariusza Błaszczaka najważniejszym oficerem Wojska Polskiego pozostaje gen. Rajmund Andrzejczak. To dobrze?

Liczba wspólnych wystąpień i miłych słów padających ostatnio między Andrzejem Dudą a Mariuszem Błaszczakiem zdaje się świadczyć o ociepleniu relacji. Minister zaczął prawić dusery prezydentowi już kilka miesięcy temu, przy okazji długo odwlekanej zapowiedzi inwestycji we fregaty Miecznik. Duda z kolei nie mógł się nachwalić Błaszczaka przy okazji certyfikacji dowództwa nowej 18. dywizji zmechanizowanej (w ubiegły piątek). Dziś obaj potrzebują siebie bardziej niż do tej pory, a potrzeba ta wynika z politycznego kalendarza i miejsca, w którym znalazły się ich kariery.

Prezydent jest w trakcie drugiej kadencji i bardzo chciałby w obronności pozostawić coś więcej niż obrazek machania do F-35 przed Białym Domem. Szef MON najwyraźniej szykuje się do politycznego skoku, najpierw być może na fotel wicepremiera, i potrzebuje wybić się z obronnej i strategicznej trampoliny. A skok ten ma asekurować właśnie prezydent. W Polsce zwierzchnik sił zbrojnych niewiele jest w stanie zrobić bez ministra, a ten nie może skutecznie realizować szczególnie polityki kadrowej bez przychylności głowy państwa. Oba urzędy konstytucja skazuje na porozumienie, które czasem – jak w przypadku gen. Andrzejczaka – musi ucierać się wiele miesięcy.

Czytaj też: Fregata na wariata. Błaszczak odtrąbi sukces, ale co dalej?

Duda i Błaszczak – miodowe miesiące

Teraz Duda i Błaszczak uznali, że więcej zyskają na współpracy niż walce. Pierwszy skorzystał na tym sam Rajmund Andrzejczak, a mogą skorzystać całe siły zbrojne.

Prezydent i minister będą jeszcze częściej występować wspólnie (ponownie być może na święcie Marynarki Wojennej 27 czerwca w Świnoujściu). Andrzej Duda wyśle do opinii publicznej przekaz, że Błaszczak to najlepszy, najskuteczniejszy i najbardziej oddany sprawie minister obrony w dziejach Polski. Minister zapewne odwdzięczy się tezą, że prezydent to wizjoner, autor fundamentalnego przełomu w polskim bezpieczeństwie. Na początku lipca MON z zapleczem prezydenta zapewne przypomną, że to Duda pięć lat temu na szczycie NATO w Warszawie ściągnął do Polski sojusznicze wojska, których „za poprzedników z PO-PSL” nie było. Potem będzie sierpniowe święto Wojska Polskiego, tradycyjna defilada i żołnierskie pikniki, a jeszcze potem święto lotnictwa. Wrzesień to kolejna rocznica wybuchu wojny i otwarcie jesiennego „sezonu politycznego”, którego początek w sprawach obronnych to tradycyjnie kieleckie targi MSPO. Kalendarz dostarcza mnóstwa okazji, by wojsko pokazywać i o wojsku mówić.

Można też przypuszczać, że ruszy z miejsca praca nad realizacją Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, a przynajmniej MON wesprze w tym werbalnie i politycznie prezydenta – bo akurat do wdrożenia SBN resort obrony nie wystarczy, konieczna jest współpraca całego rządu. Ale rząd osłabiony aferą mailową (zauważmy, że na razie toczy się bez udziału Błaszczaka lub kogokolwiek z MON czy wojska) może stracić inicjatywę w kontrolowaniu tego, co proponuje resort Błaszczaka. Tę inicjatywę wykazywał bowiem do tej pory najaktywniej minister Michał Dworczyk. Przed prezydentem i „jego” szefem MON miodowe miesiące – a może i lata. Polityczny harmonogram tak się układa, że nawet pełna kadencja parlamentarna skończy się, zanim upłynie drugie pięć lat Dudy, więc z punktu widzenia PiS lepiej wygaszać potencjalne konflikty i łagodzić spory z Pałacem. Rozejm z Błaszczakiem może być taktyczny, ale może służyć jakiejś większej strategii. Jeszcze niedawno wydawało się bowiem, że do układu na szczycie nie dojdzie.

Czytaj też: Polska pod wodą staje się bezbronna

Taką bitwę można tylko przegrać?

Spekulacje, przymiarki i negocjacje na temat obsady stanowiska szefa sztabu generalnego Wojska Polskiego trwały ponad pół roku. Pierwsza trzyletnia kadencja gen. Andrzejczaka kończy się 3 lipca. Tymczasem od wielu miesięcy słychać było o rosnących trudnościach we współpracy generała z Błaszczakiem, animozjach między wojskowymi ze sztabu a cywilnym otoczeniem szefa MON, krytyce podróży generała, unikaniu wspólnej obecności na wydarzeniach.

Na przełomie 2020/2021 dominował pogląd, że Andrzejczak nie ma szans na drugą kadencję. Kilka miesięcy wcześniej miał miejsce znamienny fakt: minister przez Twittera „wydelegował” generała do konkursu na stanowisko szefa komitetu wojskowego NATO. „Wszystko w Pana rękach” – pisał, co brzmiało jak pożegnanie. Kampanię, prowadzoną bez widocznego wsparcia MON i MSZ, generał przegrał – najważniejsze stanowisko wojskowe w sojuszu obejmie adm. Rob Bauer z Królestwa Niderlandów.

Później przyszły ćwiczenia Zima-20, których napisany w MON scenariusz – starcia samotnej Polski ze zmasowanym atakiem Rosji – odebrano jako zasadzkę na generała. Bo taką bitwę można tylko przegrać. Pojawiły się spekulacje, że wynik ćwiczenia (klapa polskich planów obronnych) pomoże uzasadnić pożegnanie z szefem sztabu. Wtedy z wojska zaczęły dochodzić sygnały, że Andrzejczak może nawet nie doczekać końca kadencji, unieść się honorem i odejść. Równocześnie w obiegu zaczęły kursować nazwiska najbardziej prawdopodobnych następców.

Największe szanse dawano dowódcy generalnemu gen. Jarosławowi Mice, z którym Błaszczak współpracuje gładko i którego – w czasie apogeum zadrażnień z Andrzejczakiem – zrównał z nim stopniem. Drugą możliwością był awans gen. broni Tomasza Piotrowskiego, dowódcy operacyjnego, który na co dzień czuwa nad bezpieczeństwem kraju i dowodzi misjami. Wśród pretendentów wymieniany był dowódca Wojsk Obrony Terytorialnej gen. dyw. Wiesław Kukuła oraz dowódca nowo tworzonej 18. dywizji zmechanizowanej gen. dyw. Jarosław Gromadziński – obaj dobrze żyją z ministrem, ale mają na naramienniku ledwie dwie gwiazdki. Formalnie nie jest to przeszkoda. Praktyka ostatnich dwóch zmian w sztabie na Rakowieckiej była właśnie taka, że szefami zostawali generałowie dywizji, którzy z chwilą nominacji otrzymywali trzecią gwiazdkę, a po roku czwartą, jaka należy się szefom sztabu w NATO. W ten sposób gen. Andrzejczak ścieżkę od pułkownika do czterogwiazdkowego generała przebył w rekordowe osiem lat.

Ale to praktyka daleka od optymalnej. Liczba noszonych gwiazdek ma nie tylko odpowiadać stanowisku służbowemu, ale przede wszystkim doświadczeniu, wykształceniu, wiedzy i przygotowaniu. Chodzi przy tym nie tylko o kwestie czysto wojskowe. Wiadomo, że kraj nieprowadzący samodzielnie operacji ma mniejszą zdolność kreowania oficerów z bojowym doświadczeniem. Ale będąc w NATO, UE, mając potężnych sojuszników, można tak kierować karierą wytypowanego w roku X kandydata, by za lat X+10 zdobył najlepsze dyplomy, poznał pracę w najważniejszych sztabach, a także „nawąchał prochu” i ubrudził się pyłem.

Idealny kandydat na szefa sztabu – stanowisko w większości krajów doradcze, u nas wyposażone w kompetencje wojskowego dowodzenia – powinien łączyć cechy żołnierza, dyplomaty, menedżera i profesora, a w dzisiejszych czasach także influencera w mediach społecznościowych. My systemu promocji takich ludzi jeszcze nie mamy.

Czytaj też: Wicher ze wschodu. Gry wokół rakiety

Bitwa o gen. Andrzejczaka

Krótka ławka kadrowa i związane z tym ekspresowe awanse to część problemu w korpusie oficerów wyższych. Trzygwiazdkowych generałów broni mamy zaledwie sześciu: trzech pełni stanowiska w strukturach NATO, wspomniany Piotrowski jest dowódcą operacyjnym, trzy gwiazdki noszą też pierwsi zastępcy szefa sztabu – gen. Mikutel i Śliwka (obaj w stalowych mundurach sił powietrznych). Szefem sztabu w Polsce jeszcze nigdy nie był oficer niewywodzący się z „zielonych” wojsk lądowych (tradycja i trochę taki system, który powinno się kiedyś zmienić). Wbrew rozpowszechnionej opinii, że polskie wojsko ma za dużo generałów (w służbie czynnej jest ich 97), tych najwyższych rangą jest wyraźny deficyt.

Przegląd kadr dokonany przez BBN przyniósł wniosek, że jakakolwiek zmiana byłaby teraz zmianą na gorsze, a w dodatku usuwałaby z szeregów wojska oficera młodego, a już doświadczonego, który w drugiej kadencji mógłby rozwinąć skrzydła pod warunkiem zgody z MON i ministrem. Dlatego mimo przeciwności obóz prezydencki zdecydował się na bitwę o Andrzejczaka, choć kampania ta nie była jednym starciem, a raczej maratonem negocjacji, z których ostatnie nastąpiły przy okazji szczytu NATO w ubiegłym tygodniu w Brukseli. Prezydent przeforsował swojego kandydata i być może na dłużej ustabilizował najwyższą generalicję.

Andrzej Duda już raz zaproponował szefowi sztabu przedłużenie urzędowania. Chodziło o gen. Mieczysława Gocuła, którego pierwsza kadencja upływała w maju 2016 r., kilka tygodni przed kluczowym dla Polski szczytem NATO, w sytuacji gdy nadal trwały i do ostatnich dni mogły trwać negocjacje dotyczące np. składu i rozmieszczenia wielonarodowych grup bojowych Sojuszu. Duda powołał więc Gocuła na drugą kadencję, choć prezydent i generał wiedzieli, że chodzi tylko o kilka miesięcy. Niechęć po stronie Gocuła do stylu prowadzenia MON przez Antoniego Macierewicza była zbyt duża, a w części udzieliła się też prezydentowi. Generał odszedł ze stanowiska po pół roku, złożywszy wypowiedzenie przed samym szczytem NATO, gdy były dopięte jego decyzje. Kilka lat wcześniej drugą kadencję na stanowisku szefa sztabu rozpoczął w 2009 r. gen. Franciszek Gągor po powierzeniu mu tej funkcji ponownie przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i przy zgodzie ministra Bogdana Klicha. Zgrzytem okazał się wtedy brak kontrasygnaty premiera Donalda Tuska, który tłumaczył się brakiem czasu, co opóźniło uroczystość nominacji generała o dziesięć dni. Franciszek Gągor zginął w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r.

Jako jedyny w ostatnim 20-leciu dwie pełne kadencje na czele sztabu generalnego zaliczył w latach 2000–2006 gen. Czesław Piątas. Był też jednym z nielicznych, którzy bezpośrednio przedtem pełnili funkcję zastępcy szefa sztabu. Taka ścieżka kariery, tyle że z przerwami na stanowiska w Brukseli i MON, dotyczyła też gen. Mieczysława Cieniucha, szefa sztabu w latach 2010–2013, i gen. Gocuła. Późniejsi szefowie sztabu przychodzili spoza tej instytucji – gen. Leszek Surawski z utworzonego w dowództwie generalnym (którym wtedy kierował Mirosław Różański) stanowiska I zastępcy, a Rajmund Andrzejczak wprost z 12. dywizji zmechanizowanej, czyli ze szczebla taktycznego na strategiczny.

W większości krajów NATO tradycją i rozwiązaniem systemowym jest, że szefem sztabu zostaje dotychczasowy I zastępca. Dzięki temu ma czas obserwować prace parlamentu, zwierzchnika sił zbrojnych – czyli prezydenta, przejść przez ileś szczytów NATO i zderzyć się z administracją USA. To ważne, bo szef sztabu to funkcja o strategicznym znaczeniu. Dobrze, że Andrzejczakowi dano taką szansę przez kolejne trzy lata.

Czytaj też: „Możemy zginąć”. O liście w sprawie ORP Orzeł i o odpowiedzi MON

Strategia czy efekt propagandowy

Pracy mu nie zabraknie. Prezydent już zasugerował, by szef sztabu aktywnie włączył się w opracowanie nowej strategii NATO, którą Sojusz przyjąć ma na przyszłorocznym szczycie w Madrycie. W przyszłym roku trzeba też będzie na nowo ustalić rotacje w wielonarodowych grupach bojowych rozmieszczonych na wschodniej flance oraz w siłach szybkiego reagowania, tzw. szpicy NATO. Sojusznicy mogą oczekiwać zwiększenia naszego zaangażowania, skoro wszędzie chwalimy się rekordowymi wydatkami i rosnącą armią. Szef BBN Paweł Soloch wyjaśniał, że w NATO należy się spodziewać „dość istotnych zmian, które mają zmienić m.in. system koordynacji i dowodzenia siłami”, a to oznacza, że Polska musi trzymać rękę na pulsie.

Nie wszędzie Polska ma jeszcze duży potencjał, ale myśl wojskowa w NATO nie czeka na maruderów. W kraju trzeba będzie dokończyć budowę 18. Dywizji Zmechanizowanej i proces integracji WOT z innymi rodzajami sił zbrojnych, głównie wojskami lądowymi. Nawet kolejnej kadencji może zabraknąć, by proces ten dokończyć.

Najpilniejsze, choć nie w pełni zależne od woli generała Andrzejczaka, są zmiany dotyczące samego sztabu generalnego i innych dowództw wojska. W ramach „ujednolicania” dowodzenia rząd PiS przypisał sztabowi i jego szefowi kompetencje dowódcze, ale jednocześnie utrzymał dwa dowództwa wywodzące się z poprzedniego systemu – generalne i operacyjne – a także nie wzmocnił wystarczająco sztabu, by umożliwić mu wykonywanie nowych zadań. W efekcie Andrzejczak w czasie pokoju „dowodzić” musi poprzez innych generałów i ich bardziej rozbudowane struktury, co przeczy idei koncentracji i jednolitości. Sytuację mogłoby poprawić stworzenie dowództwa połączonego sił zbrojnych, co było zamiarem prezydenta przy tworzeniu strategii bezpieczeństwa i reformy dowodzenia, ale niezrealizowanym – a według innych ocen wręcz zablokowanym przez MON. Dziś klimat do współpracy wydaje się lepszy, a i głos generała może być silniejszy – chyba że całe to porozumienie prezydenta z ministrem to gra pozorów, obliczona na propagandowy efekt kilku tygodni, najwyżej miesięcy. Są tacy, którzy z oceną przyszłości Andrzejczaka każą się wstrzymać do stycznia, tradycyjnego miesiąca rozstań z mundurem.

Czytaj też: Occasus napada na Polskę. Co robi NATO?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Droga sztuka – w co się teraz inwestuje

Aukcyjny rynek sztuki w Polsce w swojej 30-letniej historii przeżywał hossy i bessy, mody i nagłe zwroty. Ale mniej więcej od roku po prostu staje na głowie.

Piotr Sarzyński
22.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną