Kraj

Lewica jest rozczarowana, straci ponad jedną trzecią mandatów. Co poszło nie tak?

Nowa Lewica. Wiec przed wyborami w Będzinie Nowa Lewica. Wiec przed wyborami w Będzinie Nowa Lewica / Facebook
Może się okazać, że Lewica w tej kampanii nie tylko straciła ok. 4 pkt proc. poparcia, ale też wykonała ruchy, które i w przyszłości będą ją drogo kosztować.

„Jeśli wynik będzie jednocyfrowy, to będziemy rozczarowani” – zapewniała jeszcze wczoraj współprzewodnicząca partii Razem Magdalena Biejat, w obecnych wyborach kandydatka z ramienia paktu senackiego na warszawskim Bemowie, Ursusie, Ochocie i Woli. Biejat mandat ma zagwarantowany (kiedy to piszę, ma na koncie 71,44 proc. głosów z policzonych 40 proc. komisji), czego niestety nie można powiedzieć o wielu jej partyjnych koleżankach i kolegach.

W porównaniu do zeszłej kadencji Lewica najprawdopodobniej straci ponad jedną trzecią mandatów – w 2019 r. komitet otrzymał 12,56 proc. głosów i 49 miejsc w Sejmie, dziś może liczyć na ok. 30 mandatów w całym kraju, a sondaże late poll dają jej 8,6 proc. poparcia. Bardzo możliwe, że posłować przestaną m.in. Anna Maria Żukowska, Maciej Gdula czy wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty! Co poszło nie tak? Skąd pomyłki i zawiedzione, jak wszystko na to wskazuje, nadzieje?

Znikł sentyment do SLD

Po pierwsze, optymistyczne dla Lewicy i PiS sondaże okazały się oparte na mocno przestarzałych danych demograficznych – w efekcie zbyt duży nacisk kładziono na odpowiedzi osób zamieszkałych w najmniejszych miejscowościach. Tymczasem pandemia, starzenie się społeczeństwa i nowe warunki ekonomiczne sprawiły, że polska wieś zaczęła się wyludniać, przybyło za to ludności w miastach. To oznacza nie tylko inne funkcjonowanie, inne wartości i to słynne „miejskie powietrze, które czyni wolnym”, ale też słabnące znaczenie tradycyjnych sieci społecznych. W przypadku Lewicy – mniej głosów z tytułu znajomości jakiegoś aktywnego „od zawsze” eseldowca lub eseldówki. I mniejszy sentyment do dawnych nazwisk.

Tu dochodzimy do drugiego problemu, czyli rozkładu nazwisk na listach. Wśród 41 „jedynek” było sporo zamieszania – rozpoznawalne nazwiska przesuwano z okręgu do okręgu. I tak np. Katarzyna Kotula, która weszła do Sejmu z Gryfic po tym, jak zorganizowała tam niezwykle udany Strajk Kobiet, wylądowała w niezbyt przyjaznym lewicy okręgu Gdańsk-Elbląg. Z kolei Dolnoślązaczka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk trafiła na górę listy w Gdyni – tam listę Koalicji Obywatelskiej otwierała Barbara Nowacka, która z tego tradycyjnie lewicowego okręgu miała ściągać głosy do centrum.

Obie lewicowe polityczki pracowały wcześniej we własnych okręgach, budując przychylność dla macierzystej partii (obie są związane z Nową Lewicą od strony Roberta Biedronia), jednak pogłębione sondaże, które wskazywały, że pewny jest tam tylko jeden mandat, a ich rozpoznawalność może z kolei zagwarantować mandat dla jedynki w trudniejszym okręgu, sprawiły, że musiały się przesunąć. Związany z Mazowszem Włodzimierz Czarzasty postanowił nie ryzykować (Mazowsze Lewicy potrafi nie lubić) i przenieść się do pewniaka, czyli czerwonego Sosnowca. Jak to się dla niego skończy? Przy 46 proc. policzonych głosów wciąż dzielił go wyraźny dystans od najmocniejszego kandydata z listy, radnego Sosnowca Łukasza Litewki.

Czytaj też: Kampania Lewicy cicha i bez błysku

Lewica zalicza potężnego kaca

Te wyborcze roszady pokazują, że Lewica wbrew własnej tradycji niespecjalnie zwraca uwagę na „regiony”. W niektórych miejscach zbytnio zaufała sondażowej demografii, która się pozmieniała i odebrała jej część lojalnych wyborców. W innych miejscach z kolei wydaje się, że cynicznie zostawiła samym sobie osoby rzeczywiście związane z miejscem, w którym startują. Wydaje się, że nie ma szans na mandat „warszawska Alexandria Ocasio-Cortez”, radna i działaczka miejska i kulturalna Agata Diduszko-Zyglewska, która dostała „trójkę”. Nad nią znalazła się na liście Anna Maria Żukowska, polityczka rozpoznawalna, ale dysponująca sporym elektoratem negatywnym, na którą „przejdą” głosy Diduszko-Zyglewskiej, jeśli ta nie będzie ich miała tyle, by dostać się do Sejmu. Żukowska przy 46 proc. policzonych głosów ma trzeci wynik na liście, po Adrianie Zandbergu i rzeczniczce partii Razem Dorocie Olko startującej z czwartej pozycji. Diduszko ma czwarty wynik.

A Lewica ma szanse na dwa albo trzy mandaty w tym okręgu. Niesamowicie energiczna, oddolna i innowacyjna kampania Diduszko wcale nie oznacza jej osobistego sukcesu – bo prawdopodobnie zapewni ten trzeci mandat Annie Marii Żukowskiej. Działacze, intelektualiści i ludzie kultury, którzy włożyli mnóstwo wysiłku w kampanię Diduszko, zaliczą potężnego „kaca” i raczej nie będą robić Lewicy dobrej prasy...

Wszystko to dziwnie zgrywa się z wrażeniem, że w tej kampanii przewodzili mężczyźni, ale pracowały kobiety. Lewica nie wprowadziła konsekwentnego suwaka (raz mężczyzna, raz kobieta na listach wyborczych), a polityka jedynkowa też nie przekonuje, że mocny prokobiecy przekaz partii jest traktowany poważnie we własnych szeregach. Tymczasem właśnie ta wiarygodność jest niezbędna, jeśli Lewica chce być partią pierwszego wyboru dla młodych Polek. Bo te mają szczerze dość wysługiwania się wszystkim mężczyznom dookoła, jak tego oczekiwano od ich matek i babek.

Czytaj też: Lewicy plan na wybory. Ekipa Avengersów walczyła o status quo

Czy trzej tenorzy się posuną?

Może się więc okazać, że Lewica w tej kampanii nie tylko straciła ok. 4 pkt proc. poparcia, ale też wykonała ruchy, które i w przyszłości będą ją drogo kosztować. Odkręcanie zadawnionego i kompletnie już niepasującego do współczesności antykomunizmu, który do niedawna był powszechny w debacie publicznej, wymagało ogromnych wysiłków. Niestety z jakiegoś powodu partia, a właściwie obie partie, które uformowały komitet Nowej Lewicy, postanowiły zrealizować te stereotypy, które łączono z „eseldowskimi baronami” – w szczególności ułatwianie życia zasłużonym dla partii, a niekoniecznie dla ludności, partyjnym świętym krowom, traktowanie kobiet jak lokomotyw, a nie jak maszynistek, czy premiowanie chytrości nad ciężką pracę. Miejmy nadzieję, że były to tylko zadawnione złe odruchy, które w codziennej pracy politycznej będą pomału zanikać.

Jeśli spełni się marzenie Włodzimierza Czarzastego o zostaniu przystawką, przepraszam, o współrządzeniu oczywiście, Lewica będzie się musiała liczyć z tym, że dostaną jej się trudne resorty – pewnie najbardziej zabagniona jest dziś edukacja. Innym ministerstwem, w którym pracuje się dużo, a fruktów jest mało, będzie resort pracy i polityki społecznej – dziś to Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej i sama kwestia nowej nazwy będzie niezłym orzechem do zgryzienia. Oba te piony niezwykle skorzystałyby z lewicowej wrażliwości, Nowa Lewica ma też polityczki, które mogłyby podjąć się tych trudnych zadań, jak wspomniana już Agnieszka Dziemianowicz-Bąk czy Magdalena Biejat, która przez chwilę była nawet przewodniczącą komisji polityki społecznej i rodziny w Sejmie. To będzie jednak wymagało od trzech tenorów, aby się trochę posunęli. Czy będą na to gotowi, czy raczej wybiorą drugoplanowe, ale rentowne stanowiska w resortach siłowych? To pytanie, które zresztą jest dzieleniem skóry na niedźwiedziu, wciąż wisi w powietrzu.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną