Na sali rozpraw, jak to ostatnio częste, nie było przedstawicieli ani Sejmu, ani Prokuratora Generalnego. Nie było też – co dziwne – przedstawiciela prezydenta, mimo że wniosek go dotyczył.
Czytaj także: Zabetonowane bastiony PiS. Decydujące starcie o sprawiedliwość: partia Kaczyńskiego broni pozycji
Na salę wchodzi „dubler”
W tej sprawie, w przeciwieństwie do wielu innych wnoszonych do Trybunału Konstytucyjnego w interesie PiS, TK działa z dziwną dla siebie rezerwą. Przede wszystkim, mimo wniosku posłów partii Jarosława Kaczyńskiego, nie wydał postanowienia o zabezpieczeniu postępowania, nakazując Sejmowi zawieszenie działań zmierzających do wyboru sędziów. Sejm, a konkretnie rządząca większość, wybrała więc sędziów spokojnie, nie musząc argumentować, że Trybunał wydał zabezpieczenie bezprawnie.
Dalej: pierwotnie w piątce wyznaczonej do rozpatrzenia tej sprawy nie było tzw. dublera, a więc skład miał być prawidłowy. Jednak zamieniono byłego posła PiS Stanisława Piotrowicza na dublera Jarosława Wyrembaka. Prawdopodobnie Piotrowicza wyłączono (lub sam się wyłączył), ponieważ brał wyjątkowo aktywny udział w przygotowywaniu i uchwalaniu zaskarżonych przepisów (wcześniej mu to nie przeszkadzało).
Czytaj też: Święczkowski zgasi światło?
Nawrocki musi wybrać
Wreszcie, odraczając bezterminowo dzisiejszą rozprawę, Trybunał uzasadnił to wystąpieniem do prezydenta o stanowisko w sprawie jednego z zaskarżonych przepisów, który – według wnioskodawców – oznacza, że prawo nakłada na prezydenta obowiązek przyjęcia ślubowania od sędziów. Uznają to za niekonstytucyjne i chcą, żeby TK uznał, że prezydent ma prawo odmówić przyjęcia przyrzeczenia od wadliwie wybranego sędziego. A więc dać mu coś w rodzaju kompetencji do wetowania sędziów.
Przedstawicieli prezydenta na rozprawie nie było być może właśnie dlatego, że bali się ustosunkowywać do tego twierdzenia. Trybunał postanowił jednak to stanowisko od prezydenta wymusić, dając mu termin do 17 kwietnia. I prezydent będzie wybierał pomiędzy stwierdzeniem, że wniosek posłów PiS jest błędny, bo on wcale nie czuje się zobowiązany do odebrania przyrzeczenia, a uznaniem, że ma obowiązek odebrania przyrzeczenia, co oznaczałoby, że obowiązku tego nie dopełnia.
W sprawie wniosku PiS sędziowie Trybunału są w pułapce, bo uznając za niekonstytucyjne przepisy, na mocy których sami zostali wybrani, zakwestionowaliby własny wybór. To może tłumaczyć odwlekanie orzeczenia. Ale może być i tak, że są już zmęczeni misją usługową wobec PiS, a wpuszczenie do Trybunału nowych sędziów mogłoby ich od niej częściowo uwolnić.
Jak na razie udało się im zjeść ciastko i mieć ciastko: nie orzekli, ale prezydent ma pretekst, by wstrzymywać się od przyjęcia przyrzeczenia od nowo wybranych sędziów.