Co tam maślarze i harcerze w PiS. Tylko jedno by się naprawdę liczyło przed nadchodzącymi wyborami: rozłam partii Kaczyńskiego i jego podanie się do dymisji, wymuszone lub własnowolne. W jednym z sondaży potencjalna partia Morawieckiego miała 5 proc. poparcia. Mnie jednak jako wyborcę interesuje kondycja partii Tuska i koalicji rządzącej.
Zgadzam się z tymi publicystami, np. Mariuszem Janickim, którzy zauważają, że choć Koalicja Obywatelska ustabilizowała się na pozycji lidera w sondażach, to jednak wiara w jej zwycięstwo, czyli w drugą kadencję Tuska, nie jest w elektoracie nieprawicowym dostatecznie silna. Co zresztą potwierdzają same sondaże: KO wygra, ale nie zdoła utrzymać się przy władzy. Dokładnie tak jak zdarzyło się z PiS w 2023 r.
Tylko że PiS okazał się po wygranej „nieprzysiadalny” koalicyjnie. To pokłosie ich ośmioletnich rządów, które zmobilizowało elektorat nieprawicowy, w tym młodych i kobiety. Mieli dość, chcieli zmiany. Czyżby malkontenci wyczuwali, że elektorat koalicji 15 X jest już zmęczony jej rządami po tylko jednej kadencji? To przecież nie Węgry, gdzie mur runął aż po czterech kadencjach Orbána. Jeśli wyborcy nie wierzą w zwycięstwo swych faworytów, to zwycięstwa nie będzie.
Niewiara w polityce szerzy się szybko. Liderzy sobie z tą plagą nie poradzą, zwłaszcza kiedy rządzą, bo nie mają czasu na harówkę w stylu Magyara, niezmordowanie objeżdżającego kraj w kampanii od rana do wieczora. Tym musieliby się zająć politycy-społecznicy pokroju Łukasza Litewki z Nowej Lewicy. Ilu ich ma dzisiaj Tusk?
Więc niewiara i czarnowidztwo lęgną się w umysłach i sercach. Lista porażek, niezrealizowanych obietnic, zawiedzionych nadziei się wydłuża. Rozczarowania i niezadowolenie mutują w defetyzm, zapisując kolejne stronice kroniki zapowiadanej katastrofy.
Fakty i konkrety przedstawiane przez rządzących, wskazujące na przyczyny tych zaniechań i niepowodzeń – można je sprowadzić do trzech: złogi pisowskie, wetomat Nawrockiego, tarcia w koalicji – przestają przekonywać oddział zniechęconych wyborców koalicji demokratycznej. Wielu rozważa opcję: nie pójdę głosować, wszystko mi jedno. Tyle że bojkot wyborów z pewnością koalicji nie pomoże. Pomoże skrajnej prawicy.
Mnie nie jest wszystko jedno, kto rządzi w Polsce. Dlatego pójdę głosować. Nie lekceważę krytyk obecnego rządu ani nastrojów w jego elektoracie. Jest jednak coś takiego jak analiza rzeczywistości i hierarchia ważności.
Zniechęcenie i rozczarowanie, nawet uzasadnione, stoją niżej niż potrzeba sprawnego państwa, bezpieczeństwo narodowe i dobrostan społeczeństwa, w tym pokój społeczny, czyli obniżanie napięć bez dławienia i psucia debaty publicznej. Ambitne cele, zważywszy na obecną sytuację wewnętrzną i międzynarodową.
Dojście do władzy ludzi niemających żadnego doświadczenia albo owładniętych obsesją na punkcie Tuska osiągnięcie tych celów oddali, a Polski nie wzmocni. Dlatego z przyjemnością słuchałem rozmowy z Andrzejem Sewerynem w TVP Info. Nie bał się stanąć po stronie Tuska.
Gdy pracowałem w polskiej redakcji BBC World Service w Londynie w pierwszej połowie lat 90., czyli w początkach transformacji demokratycznej w Polsce, lubiłem słuchać dyskusji politycznych wśród kolegów poza mikrofonem, podczas lunchu w centralnej kafeterii Bush House, gdzie mieściło się wiele redakcji nieanglojęzycznych, m.in. rosyjska.
Uczyłem się, jak być obywatelem państwa, które jest kolebką demokracji parlamentarnej. Czytałem prasę i książkowe bestsellery, chodziłem na piwo do pubu, w którym spotykali się dziennikarze niemal z całego świata. Nasze małe wtedy pociechy odprowadzaliśmy z żoną podczas wakacji do klubu dla dzieci pracowników BBC: niesamowita gromada kolorów, języków i kultur. Oglądałem w telewizji regularne grillowanie szefa rządu podczas sesji pytań w Izbie Gmin. Moi koledzy mieli różne sympatie polityczne, ale różnice nie przeszkadzały im się kolegować.
Zobaczyłem demokrację polityczną i społeczną w działaniu. Chciałem, by podobna umościła się w Polsce. Wiedziałem, że to nie będzie łatwe i nie nastąpi szybko w kraju, gdzie demokracja była odległym epizodem międzywojennym, przerwanym przez zamach majowy w 1926 r., sto lat temu! Tak jak Andrzej Seweryn patrzę dziś jednak z ostrożnym optymizmem na przyszłość naszej demokracji. Nie ulegam złym emocjom.
Wątpiącym i rozczarowanym przypominam radę, jakiej udzielono mi w Londynie: kto nie głosuje, rezygnuje z podstawowego prawa obywatela państwa demokratycznego. Nie masz na kogo głosować? Głosuj taktycznie: na tych, którzy są najbliżsi twemu wyobrażeniu o demokracji, w jakiej funkcjonujesz. Ale nigdy nie marnuj swego głosu na tych, którzy demokracją gardzą.