Dostaliśmy po łapach. Politykę w relacjach wojskowych z USA trzeba przemyśleć. A może zmienić
Ostatnie kilka dni wiele nam powiedziały o stosunku władz USA do Polski, a jeszcze więcej o stosunku władz Polski do USA. W najważniejszym dla nas obszarze współpracy obronnej i obecności wojskowej nastąpił zgrzyt niespotykany od lat. Porównywalny jedynie do decyzji administracji Baracka Obamy o rezygnacji z ambitnego projektu „tarczy antyrakietowej” George’a W. Busha i zastąpieniu jej przez szereg mniej znaczących inwestycji.
Tylko dziś czasy są trudniejsze i władze w Waszyngtonie muszą mieć świadomość, że każdy ruch na niekorzyść regionalnego bilansu sił NATO–Rosja na wschodniej flance jest dla Polski szkodliwy. A ruch, na którym Polska bezpośrednio traci – fatalny. Mimo to Pentagon bez mrugnięcia okiem skasował rozwijany od lat program współpracy obronnej nie tylko z Polską, ale też innymi krajami regionu – bo tak najprościej i najszybciej dało się wykonać prezydencką dyrektywę o zmniejszeniu obecności w Europie.
Wedle zapowiedzi samego Donalda Trumpa miała ona dotyczyć Niemiec, ale jak wynika z kongresowych przesłuchań zwierzchników wojsk lądowych USA (niezwiązanych bezpośrednio z obecną sprawą), dotknęła bardziej Polski wskutek decyzji podjętej na szczeblu dowództwa europejskiego USA, na którego czele stoi głównodowodzący wojsk NATO w Europie gen. Alexus Grynkewich.
Za kilka dni, przy okazji narady szefów sztabów NATO, ma się pojawić w Polsce – zapewne po to, by uspokajać, może wyjaśniać, miejmy nadzieję, że coś zaproponować. Wszystkiego tego zabrakło kilka dni wcześniej, choć uspokajania, że nic się nie stało, nam nie zabrakło, bo ulubioną pieśń polskich kibiców na wiele głosów śpiewali różni przedstawiciele rządu i wojska.