Notatnik polityczny. Troska PiS o Trybunał jest jak troska tygrysa, któremu ktoś zwędził upolowanego bawoła
Nowo wybrani – legalnie – sędziowie przejęli władzę nad Trybunałem Konstytucyjnym. Czy zgodnie z prawem, nie mnie o tym przesądzać, doktryna, mówiąc elegancko, nie jest w tej sprawie jednomyślna. Wkrótce zaś tę kontrolę ugruntują, akurat co do tego trudno mieć większe wątpliwości. Trybunał zacznie pracować, jego wyroki będą uznawane przez rząd, Sejm przyzna mu zapewne pieniądze z budżetu i ten stan rzeczy potrwa do wyborów, które poza różnymi innymi kwestiami przesądzą o przyszłości instytucji z al. Szucha.
PiS w Trybunale: tygrys i bawół
Zdanie, które właśnie powyżej napisałem, pokazuje wynaturzenie systemu i to, w jakie bagno wszyscy wdepnęliśmy. Sąd konstytucyjny został przecież pomyślany jako niezależny od polityków, wyborów parlamentarnych i ulicznych nastrojów. Nie służą mu ani kordony policji, ani nocne wizyty pana prezydenta – ale jeszcze bardziej powierzenie mu przez jedną partię funkcji służebnej.
Jeśli więc ktoś, nawet zasadnie, podważa argumentację prawną sędzi Anny Korwin-Piotrowskiej, która zawiesiła na miesiąc dotychczasowych prezesa i wiceprezesa, to niech podważa. Ale troska PiS o niezależność Trybunału jest jak troska tygrysa, któremu ktoś chce zwędzić upolowanego bawoła.
Nie jest przypadkiem, że rządy PiS w 2015 r. zaczęły się od zabójstwa Trybunału. Andrzej Duda nie przyjął ślubowania od trójki sędziów, wyroki były ignorowane, PiS wprowadził na Szucha ludzi, których był pewien, w tym własnych posłów. To miało zapewnić Jarosławowi Kaczyńskiemu spokój na odcinku legislacyjnym; więcej nawet – była to najzupełniej logiczna konsekwencja myślenia prezesa o państwie, w którym wszystkie instytucje mają być podporządkowane partii i jej celom.