Rozmowa z Jerzym Baczyńskim, redaktorem naczelnym „Polityki”

Pazerny na opinie
Przedstawiamy Państwu wywiad, który ukazał się we wrześniowym numerze miesięcznika "Press".
Michał Mutor/Agencja Gazeta

wideo

Jerzy Baczyński w Radiu ZET, 22 października 2010 r.

Dla wielu dziennikarzy „Polityka” jest wymarzonym miejscem pracy. Czy pracownicy nadal dostają dodatkowy tydzień urlopu?

Żadnych urlopów innych niż ustawowe nie przyznajemy, ale często mam wrażenie, że połowa zespołu wciąż jest w rozjazdach. Rzeczywiście, mamy trochę przywilejów, których nie ma w innych redakcjach. Kilkadziesiąt samochodów służbowych łącznie z miejscami garażowymi. Pracownicy, wraz ze znajomymi, za grosze mogą korzystać z naszego ośrodka pracy twórczej w Niborku. Nie mówiąc już o popularnych także w innych redakcjach pakietach medycznych czy tanich obiadach w zakładowym bufecie. Do tego bezpieczeństwo zatrudnienia i niezłej płacy. Mimo najcięższego kryzysu nie zmniejszyliśmy pensji nawet o pół procent, choć były ustalane w lepszych czasach. Nie przeprowadzaliśmy też redukcji personelu.

Jako naczelny ma Pan komfort, bo ludzie nie uciekają do innych redakcji. Jednak jako prezes musi Pan pilnować wyniku finansowego.

Kontrolowaliśmy surowo koszty i ścinaliśmy je w taki sposób, by nie ruszać zarobków. Członkowie naszej spółdzielni dziennikarskiej zdają sobie sprawę z tego, że albo zwiększamy płace i wtedy nasza roczna dywidenda jest niższa, albo na odwrót. Ten system naczyń połączonych ułatwia mi pracę jako menedżerowi.

Dostrzega Pan chyba potrzebę odmłodzenia zespołu „Polityki”?

Oczywiście, choć w dużej mierze już się to dokonało. Pewnie połowa redakcji, ze 30 osób, to trzydziestolatkowie. Ciekawe, że struktura wieku naszego zespołu odpowiada mniej więcej strukturze wieku naszych czytelników. Więc zakładam, że im więcej mamy młodych pracowników, tym więcej młodych czytelników.

Robiliście na potwierdzenie jakieś badania fokusowe?

W żadne takie badania nie wierzę.

Dawniej prosiliście czytelników o wypełnianie ankiet.

I otrzymywaliśmy kilka tysięcy odpowiedzi – jednak głównie od naszych zaangażowanych czytelników. Dostawaliśmy więc tylko wzmocnienie pozytywne, że jesteśmy super.

Teraz ufa Pan tylko własnej intuicji wydawcy?

Intuicja to nagromadzone doświadczenie. W takim piśmie jak „Polityka” uważam to za fundament. Rzeczywistość tak się dziś zmienia, że nie nadążyłbym za badaniami. Musiałbym je robić co tydzień.

Jednak zawsze pyta Pan nowych pracowników, co im się nie podoba w „Polityce”.

Jestem pazerny na opinie wszystkich, a zwłaszcza tych, którzy przychodzą do nas z zewnątrz. Sam jako obserwator „Polityki” jestem mało wiarygodny, ponieważ nie znam od wewnątrz niczego innego poza gazetą, którą współtworzyłem. Być może te rzeczy, które my tu wprowadziliśmy – w sposobie organizacji pracy czy w strukturze redakcji – są już bezsensowne. Dlatego nowych proszę, by spojrzeli na nas chłodnym okiem i od razu ocenili, co wydaje im się dziwne albo niesprawne. Staram się wysysać z nich tę wiedzę – lecz nie powiem, by coś mnie zaskoczyło.

Czy mówią Panu, że publicystyka w „Polityce” rzadko zaskakuje? Że kiedy czyta się Władykę i Janickiego, od razu wiadomo, do jakich wniosków dojdą?

Sami jesteśmy tego świadomi. Pewna przewidywalność naszych poglądów wynika z naszego pojmowania, czym jest tygodnik opinii. Od dawna nie uważamy już, że gazeta opinii ma prezentować różne opcje, jak leci. Naszym zdaniem powinna być w dialogu z przemyśleniami czytelnika, ale musi prezentować spójny światopogląd lub przynajmniej czytelny system wartości. Nie oczekujemy przecież od naszych przyjaciół, żeby się co tydzień zmieniali. Chcemy z nimi gadać, bo znamy ich charakter. My gazetę traktujemy jako przyjaciela czytelnika, który nie musi udawać co chwila kogoś innego. Jeżeli nasze opinie są powtarzalne, to dlatego, że polska polityka jest taka – zabetonowana. Jak można prezentować inne poglądy na tę samą rzeczywistość? To dopiero byłoby niewiarygodne!

Tylko dlaczego przekonujecie przekonanych? Po co okładki z hasłami: „Tusku, musisz” czy „Bronku, do broni!”?

Okładki, przypominam, nie są redakcyjnymi plakatami, ale zapowiedzią jakichś tematów w numerze. W każdym wydaniu znajdzie pan jednak dowody, że przedstawiamy również inne opinie, nie tylko własne.

A staraliście się o wywiad z prezydentem Lechem Kaczyńskim lub jego bratem?

Od zawsze. Raz byłem nawet, z grupą innych redaktorów naczelnych, gościem prezydenta Kaczyńskiego w pałacu. Jednak dalszego ciągu zabrakło. Nie my ponosimy winę za to, że wywiadu z Kaczyńskimi nie było w „Polityce”. Naszym czytelnikom dostarczamy języka do opisu rzeczywistości. Sądzę, że to właśnie jest naszym zadaniem. Po prawdzie, nie bardzo widzę, co mielibyśmy w gazecie zrobić, by zyskiwać inaczej myślących czytelników?

Może trzeba oddać więcej władzy młodym? Gdyby po przejściu do „Polityki” Wawrzyniec Smoczyński został szefem działu zagranicznego, odebrano by to jako prawdziwą zmianę pokoleniową w redakcji. Za dział historyczny odpowiada 84-letni redaktor. Proszę wskazać drugą gazetę w kraju, która ma kierownika w tym wieku.

Marian Turski – wciąż w fantastycznej formie – jest kierownikiem działu od 50 lat, więc pewnie trudno wskazać drugą taką gazetę nawet na świecie.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj