Kultura

Kronika zapomnianych śmierci

Dziennikarz Roku pyta noblistę - Domosławski vs Llosa

Mario Vargas Llosa na spotkaniu w Warszawie Mario Vargas Llosa na spotkaniu w Warszawie Piotr Stasiak / Polityka
"Trzeba bezkompromisowo krytykować nadużycia i okrucieństwa popełniane przez wielkie firmy, ale zasadnicza odpowiedzialność spoczywa na rządach" - mówi laureat literackiej Nagrody Nobla 2010.
Pisarz oblężony przez polskich fanówPiotr Stasiak/Polityka Pisarz oblężony przez polskich fanów
Okładka ostatniej książki Llosymateriały prasowe Okładka ostatniej książki Llosy
Książki Llosy tłumaczyli u nas m.in. Filip Łobodziński i Carlos Marrodan Casasmateriały prasowe Książki Llosy tłumaczyli u nas m.in. Filip Łobodziński i Carlos Marrodan Casas

Jest 1903 r. Roger Casement, Irlandczyk, konsul w służbie rządu brytyjskiego, jedzie do Konga, by sprawdzić, czy dochodzące stamtąd wieści o popełnianych okrucieństwach są prawdziwe. Wolne Państwo Kongo jest zagłębiem kauczukowym, jego mieszkańcy są zmuszani do niewolniczej pracy, w razie nieposłuszeństwa – okaleczani i bestialsko mordowani. Władzę w Kongu sprawuje Leopold II, król Belgii, któremu na konferencji w Berlinie w 1885 r. mocarstwa europejskie nadały ów afrykański kraj jako własność osobistą. Casement pisze raport o zbrodniach króla Leopolda... Kilka lat później, też jako wysłannik rządu, demaskuje zbrodnie brytyjskiej firmy kauczukowej w Amazonii. Zderzenie ze zbrodniami kolonializmu czyni zeń wroga imperium, dla którego pracował – jest wszak Irlandczykiem, człowiekiem z kraju podbitego przez Brytyjczyków. Angażuje się w przygotowania do antybrytyjskiej rebelii. Pojmany i oskarżony o zdradę, zostaje skazany na śmierć i powieszony. Jednak jego śmierć fizyczną poprzedza śmierć cywilna. Zanim zostanie stracony, staje się obiektem wściekłej kampanii, nie tylko jako zdrajca imperium, lecz także jako homoseksualista i pedofil. Propagandową amunicją, z której wystrzeliło w niego brytyjskie imperium, były dzienniki, w których Casement opisywał swoje przygody seksualne w Kongu i Amazonii. Do dziś trwa spór o ich autentyczność, niektórzy sądzą, że ich część sfałszowali Brytyjczycy.

Kim był w istocie Roger Casement? Dlaczego Mario Vargas Llosa akurat jego uczynił bohaterem swojej powieści? Co w tej zapomnianej postaci sprzed stu lat może być ciekawego i istotnego dla czytelników na początku XXI w.?

Artur Domosławski: – „Chcemy, żeby początkiem i końcem ludobójstwa był nazizm. Tak jest najwygodniej...” – ta myśl szwedzkiego pisarza Svena Linqvista ma wiele wspólnego z pana powieścią „Marzenie Celta”. Zgodzi się pan?

Mario Vargas Llosa: Nazizm był tylko jednym z etapów długiej historii ludobójstw i masowych zbrodni. Te, które ukazuję w „Marzeniu Celta”, należą do tych najmniej znanych, otoczone są milczeniem. Ludobójstwo w Kongu było prawdopodobnie pierwszym ludobójstwem XX w.: miliony Kongijczyków – szacunki mówią o 8–10 mln – zmarły w wyniku polityki króla Leopolda II. Był to bez wątpienia jeden z najokrutniejszych systemów kolonialnych, jego celem były zyski, eksploatacja bogactw naturalnych, choć starano się motywy te przysłonić maską modernizacji, chrystianizacji czy postępu, jaki niesie wolny handel. W Amazonii liczba zamordowanych była mniejsza, to tereny mniej zaludnione, ale na pewno można mówić o tysiącach zabitych, a niektóre wspólnoty autochtoniczne w wyniku eksploatacji prowadzonej przez firmy kauczukowe po prostu zniknęły.  Roger Casement zdemaskował te zbrodnie.

Leopold II nie jest wcale uważany za pierwszego ludobójcę, przynajmniej nie wszędzie...

Czasem otacza go wręcz legenda humanisty – i to nie tylko w Belgii. W niektórych książkach historycznych w Europie nadal można przeczytać, że był idealistą, że chciał przynieść Afryce cywilizację... Niestety, tragedia Konga trwa do dziś: to kraj chaosu, wojen, który nigdy nie stworzył nowoczesnych instytucji, nigdy nie miał demokracji. Praprzyczyną jest destrukcja społeczeństwa, jakiej dokonał belgijski kolonializm.

Hitler oddychał europejskim powietrzem, które było nasycone przeświadczeniem, że imperializm to proces nieunikniony i że zgodnie z prawami natury – jak uważano – doprowadzi do zagłady „ras niższych”.

Różnica między Leopoldem II a Hitlerem polega na tym, że Hitler wyznaczył sobie za cel zagładę jednej rasy. Celem Leopolda II była eksploatacja bogactw, nie eksterminacja – ta ostatnia była konsekwencją chciwości, wyzbycia się ludzkich odruchów, braku skrupułów. Stworzono system, w którym człowieka traktowano wyłącznie jako narzędzie. Skutki były jednak takie same: potworne ludobójstwo.

Casement jedzie do Kongo jako idealista, który wierzy w to, że Europejczycy mają szerzyć w Afryce cywilizację, chrześcijaństwo, wolny handel...

W to wierzy cała Europa jego czasów. Wielu ówczesnych młodych z podziwem patrzyło na wielkich kolonizatorów i odkrywców, takich jak dr Livingstone, jak Stanley...

... i zajęło mu parę lat odkrycie, czym w istocie jest kolonializm.

Prawdopodobnie Casement odkrył szybko, że idee kolonializmu opierają się na fałszywej mitologii. Tym, co zajęło mu trochę czasu była radykalna transformacja przekonań w działanie, w osobistą decyzję, że poświęci życie obaleniu wielkiego kłamstwa. Działał z ogromną konsekwencją i odwagą. Jego walka przyniosła efekty: w końcu sami Brytyjczycy stanęli na czelu ruchu, który doprowadził do odebrania Konga Leopoldowi II i zmuszenia go do oddania tej jego osobistej posiadłości państwu. Raport o okrucieństwach w Amazonii doprowadził do jeszcze większego zwycięstwa: upadku wielu kompanii kauczukowych.

Wiedział pan o zbrodniach firm kauczukowych na terenie peruwiańskiej części Amazonii czy odkrył je pan dopiero w czasie pracy nad powieścią?

Na temat Amazonii, powiedzmy, znane były pewne dokumenty...

A szkołach w Peru uczy się o tych zbrodniach?

Zupełnie nie, to wstydliwa, niewygodna część naszej historii. Właściciela Peruvian Amazon Company, Julia C. Aranę, którego można nazwać drobnym ludobójcą, przedstawia się w niektórych książkach jako patriotę, człowieka broniącego kawałka narodowego terytorium, które potem zajęła Kolumbia. Jednak Arana został przynajmniej ukarany. Stracił majątek – a był jednym z najbogatszych ludzi Ameryki Łacińskiego swojej epoki - dożył swoich dni jako mroczny deputowany i człowiek przegrany. To zresztą też postać na powieść, aż dziwne, że nikt jej nie napisał.

 

 

A jak pan odkrył Casementa?

Czytając nową biografię Josepha Conrada, pisarza, którego podziwiam, zwłaszcza jego mistrzowskie „Jądro ciemności”. To właśnie Casement był pierwszym człowiekiem, którego Conrad poznał w Kongu. I to on otworzył Conradowi oczy na to, co się tam działo. Wspólnie odbyli rejs w górę rzeki Kongo. Wpływ Casementa był tak przemożny, że w jednym z listów Conrad wyznał, że gdyby nie Casement, nigdy nie napisałby „Jądra ciemności”. Zacząłem szukać informacji o tym tajemniczym człowieku, początkowo bez konkretnego zamiaru. Dowiedziałem się, że przez rok mieszkał w Peru, i że napisał sprawozdanie o zbrodniach kompanii kauczukowych w Amazonii. Potem odkryłem, jak tragiczny był jego koniec... I w ten sposób, szukając kolejnych informacji, nie zdawałem sobie sprawy, że właśnie zacząłem pracę nad powieścią.

Czy to „upowieściowiona“ biografia?

Absolutnie nie. Większość to fikcja. Są w książce postacie całkowicie fikcyjne, są prawdziwe, lecz potraktowane z całkowitą pisarską swobodą. Starałem się jedynie nie wymyślać niczego, co wydawałoby się niemożliwe w ramach ówczesnych realiów. A poza tym, pisanie powieści było wielką przygodą, nie powiem, że przyjemną, bo Kongo, które odwiedziłem to kraj tragiczny, zdewastowany przez wojny, chaos, rozbicie; bardzo przypominający ten, w którym przez 20 lat mieszkał Casement. Jednym z najsmutniejszych doświadczeń było zaś to, że nikt w Kongo o Casemencie nie słyszał. W czasie spotkania z profesorami w Kinszasie tylko jeden jedyny miał mgliste pojęcie kto to taki. Tak samo zresztą jest w Amazonii, dlatego wielkim zaskoczeniem było dla mnie przypadkowe znalezienie w mieście Iquitos uliczki jego imienia.

A jak rodacy Casementa patrzą na niego?

W Irlandii odkryłem, że jest on wprawdzie bohaterem, ale bardzo niewygodnym. To efekt niszczącej jego reputację kampanii Brytyjczyków. Nazwano go zdrajcą, puszczono w obieg dzienniki pełne drastycznych opisów erotycznych. Jeszcze dziś wielu ludzi próbuje przemilczać lub zniekształcać jego historię po to, by móc go podziwiać bez konfliktu z własnym sumieniem. Wszystko to sprawiło, że mój podziw dla Casementa wzrastał. Spojrzałem na niego, jak na prawdziwego bohatera. Nasi bohaterowie są zwykle bajkowi, nieprawdziwi. Zamieniamy ich życie w sztampę, wzór cnoty. Jakby już urodzili się bohaterami, jakbyśmy nie lubili bohaterów uczłowieczonych, którzy dokonują czynów heroicznych, a zarazem są pełni słabości i defektów. Casement popełniał błędy, lecz to one uczłowieczają go w niezwykły sposób.  

Świat nie dowierzał opowieściom o okrucieństwie systemów kolonialnych w Afryce. Dziennikarzy takich jak Edmund Morel czy Saldana Roca opisanych w powieści traktowano jako „fanatyków sprawiedliwości“, którzy wyolbrzymiają okrucieństwa, by uczynić swoje artykuły bardziej atrakcyjnymi...

Traktowano ich jak zdrajców!

... a około 30–40 lat później nie chciał początkowo uwierzyć w zbrodnię Holocaustu. Dziś też popełnia się zbrodnie, w które nie wierzymy lub nie chcemy o nich słyszeć, prawda?

Pamiętajmy jednak, że Europa popełniła potworne zbrodnie – z jednej strony, a z drugiej – jest prawdopodobnie jedyną kulturą zdolną do samokrytyki. Ta samokrytyka towarzyszy Europie niemal od początku historii i pozwala stale się jej odradzać. Weźmy postać Bartolomego de las Casas [hiszpańskiego zakonnika z XVI w.], który bezkompromisowo demaskował zbrodnie konkwistadorów, dokonane na ludach autochtonicznych w Ameryce... De las Casas był Casementem swojej epoki. Sądzę, że dziś nikt już nie usprawiedliwia kolonializmu, powszechna jest świadomość, że to było przedsięwzięcie niosące nadużycia, wyzysk, zniszczenie. Niestety, skutki kolonializmu nie skończyły się wraz z jego upadkiem. Np. w Ameryce Łacińskiej uzyskiwanie niepodległości przez kolejne państwa [na początku XIX wieku] nie przyniosło rozwiązania problemów, które stworzył podbój. Chodzi o kwestie chłopską, indiańską... A minęło 200 lat! Wobec wielu problemów republika okazała się bezradna.

Gdy czyta się „Sen celta“ często odnosi się wrażenie, że opisuje pan współczesność. Gdy Casement przesłuchuje strażników, którzy mordowali Indian w Amazonii, i gdy ci tłumaczą się, że wykonywali rozkazy, natychmiast mamy skojarzenie z nazistami i procesem w Norymberdze. Taki był pana zamiar – byśmy czytali tę opowieść o czasie wcześniejszym poprzez doświadczenia późniejsze?

Oczywiście, że tak! To książka w swoim zamyśle współczesna, której problematyka wprost lub nie wprost jest żywa i aktualna. Sto lat temu Casement dotknął problemów, z którymi nadal się zmagamy.

W powieści pojawia się polemika między Conradem i Casementem. Według Conradowskiego „Jądra ciemności”, Afryka sprawia, że Europejczycy powracają do stanu barbarzyństwa. Casement natomiast zajmuje inne stanowisko: uważa, że to Europejczycy wprowadzili w Afryce zachowania barbarzyńskie. Po której stronie tej polemiki opowiada się Mario Vargas Llosa?

Dostrzegam argumenty za obiema tezami. Niektórzy Belgowie, którzy popełniali okrucieństwa opisane przez Casementa, byli najprawdopodobniej porządnymi obywatelami w Belgii, szanującymi prawo i chodzącymi co niedzielę na mszę do kościoła. Tymczasem, gdy pojechali do Afryki, znaleźli się w świecie, w którym prawo nie istniało, w którym jednym prawem stawała się ich siła, a ona z kolei rodziła w nich niesamowite wręcz poczucie i gwarancję bezkarności. I tak porządni obywatele – jak Kurtz z „Jądra ciemności” – zamieniali się w potwory.

 

 

„Wytępić całe to bydło” – powiada Kurtz o „dzikich” Afrykanach...

Gdy spotykają się dwie cywilizacje – silniejsza i słabsza, większa i mniejsza – i jedna z nich nie jest w stanie oprzeć się potędze drugiej, dochodzi do zderzenia, konfliktu. Obserwujemy takie zderzenia również dziś – w Amazonii, w krajach andyjskich. Dla słabszej kultury już sam kontakt z kulturą nowocześniejszą, silniejszą, miejską bywa destrukcyjny. Z kolei, ludzie wychowani dzisiaj w nowoczesnej kulturze miejskiej [w zderzeniu z kulturą autochtoniczną – w Andach czy Amazonii] znajdują się w sytuacji takiej, jak Belgowie w Kongu: trafiają do świata, w którym nie istnieje prawo, gdzie korupcja zniszczyła wszelkie instytucje. Nowoczesne barbarzyństwo wypiera barbarzyństwo prymitywne, wkracza przemoc.

Nasuwa się porównanie wyzysku, jaki praktykowały kompanie kauczukowe w Kongu i Amazonii w czasach Casementa, z dzisiejszą eksploatacją i niszczeniem wspólnot autochtonów, środowiska naturalnego przez koncerny naftowe, np. w Nigerii czy Ekwadorze. „Postęp” polega na tym, że dzisiejsze koncerny nie popełniają takich okrucieństw, jak w epoce Casementa.

Problem nie leży po stronie koncernów. Przedsiębiorstwa są ze swej istoty amoralne, działają w świecie przepisów prawnych, ustanawianych przez rządy. Ta sama firma, która w Anglii czy w Holandii może być wzorem przestrzegania prawa, w Nigerii czy w Ekwadorze – w realiach bezprawia i skorumpowanych rządów, które nie przestrzegają własnych praw – przystosowuje się i wchodzi w korupcyjne układy. Sądzę, że błędem jest krytykowanie koncernów, trzeba krytykować rządy.

A dlaczego nie krytykować i rządów, i koncernów?

Koncerny działają w ramach prawa ustanawianego przez władze polityczne. Jeśli pewne koncerny popełniają nadużycia i łamią prawa człowieka, odpowiedzialność ponoszą skorumpowane, złodziejskie rządy, które na to pozwalają, i których nie obchodzi sprawiedliwość, lecz własne profity. Krytykowanie koncernów i ignorowanie odpowiedzialności rządów to mylenie skutków z przyczynami. Oczywiście, trzeba bezkompromisowo krytykować nadużycia i okrucieństwa popełniane przez wielkie firmy, ale zasadnicza odpowiedzialność spoczywa na rządach.

Kolonializm – jak pan pisze – zrujnował wiele krajów, porzucił je w stanie destrukcji, z której nie mogą podnieść się do dzisiaj. Czy uważa pan, że bogata Północ powinna pomagać zniszczonemu przez kolonializm Południu?

Pierwszy Świat ponosi odpowiedzialność historyczną za kolonializm, ale uważam, że dzisiaj błędem jest obciążanie Pierwszego Świata winą za katastrofalny stan Trzeciego Świata. W większości przypadków winę za ten stan ponoszą rządy krajów Trzeciego Świata. To te rządy stawiały na polityki, których konsekwencje okazały się katastrofą. To przede wszystkim te rządy odpowiadają za korupcję, która jest jedną z głównych przyczyn klęsk ich krajów. Nie bez winy są też społeczeństwa, które wybrały lub popierają takie władze. Przyznanie, że wiele dyktatorskich rządów na świecie cieszy się popularnością, jest trudne, zawstydzające, ale taka niestety jest prawda. Nie wszystkie dyktatury są znienawidzone. Właśnie zabito Kadafiego, a przez ile lat był dyktatorem cieszącym się poparciem! A Stalin? Nie miał poparcia? Mao Zedong, Fidel Castro... Wielu tyranów cieszyło się w pewnym okresie swoich rządów szerokim poparciem społecznym. Napisałem przed laty powieść o dyktaturze Trujillo w Dominikanie [„Święto kozła“], jedym największych monstrów, jakie zna historia – i nawet on był przez znaczny okres swoich rządów popularny w społeczństwie.  Niektóre społeczeństwa abdykują z prawa do sprzeciwu, oporu, rezygnują z wolności. Niemcy należeli przecież do najbardziej oświeconych społeczeństw i nie zdołali oprzeć się demagogowi i gangsterowi, jakim był Hitler.

Co do dyktatur, zgoda. Co do odpowiedzialności Pierwszego Świata – polemika. Bogate kraje Pierwszego Świata nieraz stosują szantaż wobec rządów krajów biednych lub stawiają twarde wymagania: wprowadźcie określone reguły gospodarowania, inaczej nie będzie pomocy. A na tych narzuconych regułach korzystają przecież koncerny z krajów bogatych.

Oczywiście, takie rzeczy mają miejsce. Mnie chodzi o to, że jeśli rząd kraju Trzeciego Świata zrzeka się swojej władzy, zasadnicza część odpowiedzialności za taką decyzję spoczywa na nim. A równocześnie, zrzekając się własnej odpowiedzialności, rządy te zrzucają winę za wszystkie nieszczęścia na imperializm. Krzyczą: – Jankeski imperializm ponosi winę za naszą biedę!

Jakąś winę ponosi.

A złodzieje w naszym rządzie nie ponoszą odpowiedzialności? Zbrodniarze, których wybraliśmy?

Oczywiście też. Cała galeria: Salinas de Gortari w Meksyku, Carlos Menem w Argentynie, Fernando Collor w Brazylii... [wszystkim postawiono zarzuty kryminalne].

Pan Fujimori [prezydent Peru w latach 1990–2000, z którym Vargas Llosa przegrał wyścig o prezydenturę] ukradł 6 mld dol. Wyobraża pan sobie, jaka to suma dla kraju takiego jak Peru? Odpowiedzialność ponoszą przede wszystkim rządy – mówię tu o krajach, które funkcjonują mniej więcej jako państwa niepodległe, i które same wybierają drogę do katastrofy. Nie wolno zdejmować z nich odpowiedzialności ani za korupcję, ani za nadużycia, ani wyzysk uprawiany przez koncerny, bo to właśnie skorumpowani politycy na to koncernom pozwalają, i dzięki temu się wzbogacają.

Przypadek kolonii jest oczywiście inny, a jeszcze inny jest przypadek dykatur, w których społeczeństwa stawiają opór, wzywają do nakładania sankcji na niedemokratyczne władze. Zawsze surowo krytykowałem demokratyczne państwa, które ze względu na własne interesy ekonomiczne pomagają dyktaturom.

Jako intelektualista od lat definiuje się pan jako liberał...

Zgadza się...

Czy w związku z dzisiejszym kryzysem nie czuje się pan oszukany? Wielu z nas wierzyło w pewien system, drogę rozwoju, wytwarzania bogactwa, którym przyświecała ideologia i frazeologia wolności, pewnego modelu demokracji. Teraz to się zawaliło...

Doszło do nieodpowiedzialnych nadużyć bankierów, ludzi biznesu; do wypaczeń, które są absolutnie nie do przyjęcia. Dokonywano inwestycji o charakterze czysto spekulacyjnym, lekceważąc zasady i naruszając rezerwy, które powinno się trzymać dla zagwarantowania klientom bezpieczeństwa ich lokat. Bankierzy nie tylko naruszyli zasady sprawiedliwości, ale popełnili czyny o charakterze przestępczym, których niestety nie osądzono. Co gorsza – wiele firm ratowano pieniędzmi podatników. Doszliśmy do punktu, w którym widać, że nasz wolny świat – świat demokracji, wolnych i otwartych rynków – znalazł się w głębokim kryzysie moralnym. Tolerowano korupcję, przestępstwa... System pokazał paskudne oblicze i jeśli nie nastąpi głęboka korekta, to na dłuższą lub krótszą metę cały system znajdzie się w stanie zagrożenia. Dlatego uważam, że tak bardzo potrzebna jest krytyka, surowa i stanowcza, która będzie domagała się radykalnej reformy.

Nie wierzę natomiast w to, że należy podważyć cały system. Niektóre dzisiejsze protesty, które u swych źródeł są jak najbardziej prawomocne, zmierzają, niestety, w tym kierunku. Przestępstwa bankierów-złodziei, których należałoby osądzić, nie powinny popychać nas do reaktywowania doktryn, które prowadziły kraje, gdzie je aplikowano, do ruiny i unicestwienia wolności.

Jest jeden kraj, w którym definiuje się pan nadal jako człowiek lewicy i nawet napisał pan o nim książkę...

Izrael.

Dlaczego?

Bo Izrael ma demokratyczną lewicę, inną niż wiele krajów, w których lewica traktuje demokrację jako pułapkę zastawioną po to, żeby można było usprawiedliwiać wyzysk. W Izraelu nawet bardzo radykalna lewica szanuje demokrację, pluralizm, wolność słowa. Walka izraelskiej lewica zawsze miała cechy walki sprawiedliwej, pokojowej, zmierzającej do dialogu z Palestyńczykami, którzy uznawali ideę dwóch państw. Dzisiaj niestety Izrael wpadł w ręce nietolerancyjnej prawicy.

Atakowano pana ostro za krytykę Izraela... [Po napisaniu książki „Izrael – Palestyna: pokój czy święta wojna?“ zarzucano Vargasowi Llosie antysemityzm, a przyjaciel pisarza David Mandel zażądał w liście otwartym, aby zwrócił on Nagrodę Jerozolimską, przyznaną mu w 1995 r. Vargas Llosa nie zwrócił jej i uważa się nadal za przyjaciela Izraela.]

Przez lata polemizowałem z ludźmi lewicy, którzy niesprawiedliwie atakowali Izrael. Uważam jednak, że Izrael można bronić wtedy, kiedy na obronę zasuguje i nie robić tego, kiedy na obronę nie zasługuje. Niestety, w Izraelu rządzi nacjonalistyczna prawica, obciążona mentalnością kolonialną i działająca wobec Palestyńczyków wedle jej reguł.

I tak wróciliśmy do kolonializmu i nacjonalizmu. Doświadczenia Casementa w krajach kolonialnych zaprowadziły go ku postawie antyimperialistycznej – stał się wrogiem imperium brytyjskiego i nacjonalistą irlandzkim. Mówił pan nieraz, że nacjonalizm to jedna z najgorszych rzeczy, jakie stworzyła ludzkość. Jednak nacjonalizmu Casementa nie ocenia pan negatywnie. Są dobre nacjonalizmy?

Nacjonalizmy w swoich początkowych stadiach, kiedy walczą przeciwko władzy kolonialnej, bywają siłą wyzwolicielską. Niestety, kiedy nacjonalizm zdobywa władzę, wypacza się i staje się zawsze siłą niszczącą.

Przypadek nacjonalizmu Casementa jest bardziej złożony. Kiedy Casement uświadamia sobie, że celem rebelii, którą przygotowują jego przyjaciele nacjonaliści w Irlandii, jest produkowanie męczenników, a nie wyzwolenie, decyduje się popłynąć do Irlandii, żeby powstrzymać wybuch powstania.

Buntownicy w Irlandii wierzyli wtedy, że tylko stwarzając męczenników, uczynią sprawę niepodległości sprawą wszystkich Irlandczyków – do tamtej pory stanowili bowiem mniejszość. Casement uznał, że to szaleństwo, które doprowadzi do niepotrzebnej rzezi. To dowodzi, że nacjonalizm nie oślepił go i że był w stanie zachować rozsądek. Wszystko to jednak nie zmienia mojej generalnej oceny nacjonalizmu – jednoznacznie negatywnej. Sądzę, że obok religii, nacjonalizm odpowiada za największe w dziejach rozlewy ludzkiej krwi.

Polityka 44.2011 (2831) z dnia 26.10.2011; Kultura; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Kronika zapomnianych śmierci"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Strefa wojenna na polskiej granicy

Na postojach przy A2 (Autostradzie Wolności) w kierunku zachodnim wszyscy mają ten sam temat rozmów – koniec wolności, granica Polski jest jak strefa wojenna.

Marcin Kołodziejczyk
31.03.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną