Rozmowa o Mrożku z Susaną Mrożek

Kuchnia to teatr
O życiu w Nicei u boku Sławomira Mrożka, o miłości od pierwszego wejrzenia, teatrze i restauracjach, które prowadziła - mówi Susana Osorio Mrożek.
Susana Osorio Mrożek prywatnie jest żoną Sławomira Mrożka. Od trzech lat państwo Mrożkowie mieszkają w Nicei.
Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

Susana Osorio Mrożek prywatnie jest żoną Sławomira Mrożka. Od trzech lat państwo Mrożkowie mieszkają w Nicei.

Susana Osorio Mrożek urodziła się w Veracruz w Meksyku. Studiowała historię na Narodowym Autonomicznym Uniwersytecie Meksyku i archeologię na Uniwersytecie Veracruz.
Rafal Latoszek/Fotonova

Susana Osorio Mrożek urodziła się w Veracruz w Meksyku. Studiowała historię na Narodowym Autonomicznym Uniwersytecie Meksyku i archeologię na Uniwersytecie Veracruz.

„Tak, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Ale przecież czymkolwiek jest to, co nazywamy miłością, to jest zawsze od pierwszego wejrzenia”.
Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

„Tak, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Ale przecież czymkolwiek jest to, co nazywamy miłością, to jest zawsze od pierwszego wejrzenia”.

Justyna Sobolewska: – Jak się pani czuje w nowym mieszkaniu?
Susana Osorio Mrożek: – Myślę coraz więcej o kobietach cygańskich...

Bo one są ciągle w podróży?
Tak. Trudno coś powiedzieć o nowym mieszkaniu, kuchnia nie jest jeszcze gotowa, więc żyjemy jak na kempingu. Zdałam sobie sprawę, że kobiety cygańskie pełnią niezwykle ważną funkcję, są punktem centralnym społeczności, która jest ciągle w drodze. One są ciągle w podróży i utrzymują życie rodzinne oraz tradycję w ruchomym wozie, i to przez stulecia. Udaje im się każdego dnia tworzyć dom nawet wtedy, kiedy akurat uciekają przed policją. Nie wskazuje się ich zazwyczaj jako przykładu dobrej organizacji, ale to właśnie organizacja jest niezbędna, żeby dbać o dom w takiej sytuacji.

Kto jest motorem zmian?
Nie wiem, kto w rodzinie cygańskiej podejmuje decyzję, czy ruszać, czy rozbijać obóz, podejrzewam, że mężczyźni. W naszym wypadku to Sławomir decyduje, gdzie i kiedy się osiedlimy, i zgadzam się z tym całym sercem, ponieważ oswoiłam się z myślą, że to mężczyzna powinien zadbać o dom. Myślę, że kobiety cygańskie mają to samo przekonanie.

Zanim poznała pani Mrożka, też tak często zmieniała pani miejsca pobytu?
Tak, zmieniałam, ale to po prostu była konieczność. Trzeba było pojechać do jednego miasta na studia, do innego do pracy i tak dalej.

Mało wiemy w Polsce o pani życiu przed Mrożkiem. Pochodzi pani z dużej rodziny?
Mój ojciec był inżynierem i pracował przy wydobyciu ropy naftowej, najpierw dla przedsiębiorstw brytyjskich, a potem, po nacjonalizacji, dla meksykańskich. Moja matka była bakteriologiem. Rodzina ze strony matki pochodzi od Hiszpanów i Francuzów. A ze strony ojca od Hiszpanów i Indian Zapoteków. Moja prababka ze strony ojca była Indianką Zapoteka, a mój prapradziad ze strony matki był hiszpańskim Żydem Marrano. [Tak nazywano w czasach inkwizycji Żydów, których zmuszono do przyjęcia chrześcijaństwa, ale potajemnie praktykujących judaizm – JS]. Mam babkę z Bilbao, a pradziada z Normandii, a ostatnim składnikiem tej sałatki jest mój polski mąż.

Ależ wspaniała mieszanka. Zainteresowania kulinarne wyniosła pani z domu?
Obie moje babki uważały gotowanie za sztukę i były dumne z tego, że osiągnęły w niej mistrzostwo. Nie potrafię powiedzieć, kiedy nauczyłam się na przykład wszystkich etapów karmelizacji cukru, od lekkiego syropu do twardego karmelu. Pomagałam im w tym od momentu, kiedy uznały, że będę potrafiła to robić – miałam może cztery czy pięć lat. Jednocześnie mieliśmy w domu indiańskich służących i od nich nauczyłam się, jak przygotowywać tortille, w jaki sposób gotować fasolę, kiedy paprykę chili piec, a kiedy dusić, zależnie od tego, co chcemy uzyskać. Nauczyłam się, jak mleć, siekać, grillować i jestem szczególnie dumna z tej wiedzy, bo trudno znaleźć wykształcone meksykańskie kobiety, które potrafiłyby ręcznie zrobić tortillę. Można by wiele mówić o tym, ile tradycyjnych umiejętności w Meksyku zniszczono pod sztandarem walki klas, niestety.

Podobno jako jedyna w rodzinie wybrała pani studia humanistyczne.
Tak, moja rodzina zajmowała się zawsze nauką albo interesami, albo Bóg wie czym. Jednak mój ojciec miał ucho do prawdziwej muzyki i poezji, a moja babka (matka mamy) lubiła operę. Byłam z nią na „Traviacie” z Marią Callas, regularnie zabierała mnie do opery na przedstawienia, które chciała obejrzeć. Za to moja matka wprost nie znosiła jakichkolwiek przedstawień, uważała za nieprzyzwoite ostentacyjne okazywanie uczuć i potępiała zachowanie mojej babci.

Była pani asystentką reżysera przy „Emigrantach”, kiedy przyjechał do Meksyku Mrożek. Wtedy podobno wybuchła miłość od pierwszego wejrzenia.
Tak, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Ale przecież czymkolwiek jest to, co nazywamy miłością, to jest zawsze od pierwszego wejrzenia. Jakieś spontaniczne przyciąganie, fascynacja, która nie potrzebuje słów.

Jaki teatr jest pani bliski?
Lubię taki teatr, który najlepiej wyraża rzeczywistość odczuwaną przez publiczność. Jeśli publiczność nie jest zaangażowana, to przedstawienie nie ma sensu. Wystawiałam w Meksyku m.in. krótkie sztuki Bergmana, Garcii Lorki i Mrożka. Z jego utworów najbardziej lubię „Pieszo”, „Miłość na Krymie” i „Garbusa”, którego nigdy nie widziałam na scenie.

Czy rzeczywiście, jak pani mówiła, kuchnia ma w sobie coś z teatru?
Tak, w kuchni i teatrze potrzebny jest dobry zespół i adrenalina. Istnieje też wyraźna granica pomiędzy widownią a tym, co za kulisami, tak samo między kuchnią i jadalnią. Za kulisami i w kuchni zespół pracuje razem, by oczarować gości. Kiedy kelner wkracza do jadalni, przemienia się tak samo jak aktorzy wchodzący na scenę. W obu wypadkach nie osiągnie się wspaniałego rezultatu, jeśli zespół nie jest skuteczny, zdyscyplinowany i dobrze zorganizowany. Mały techniczny błąd może zniszczyć nawet najlepsze przedstawienie. Wśród ludzi teatru krążą takie legendarne anegdoty...

O tak, mamy w Polsce piosenkę o tym: „Dowcip rozpoczyna, jak Jaracz Węgrzyna wprawił w osłupienie ponoć gdzieś na scenie, dając mu do ręki czyjeś... sztuczne szczęki” („Papkin” Jacka Kleyffa).
W kuchni błędy mogą mieć nawet poważniejsze niż osłupienie konsekwencje, kiedy na przykład ktoś zostanie otruty. Poza tym jest jeszcze stres i fakt, że sukces końcowy jest ważniejszy niż twój wysiłek, głód i zmęczenie. Oczywiście, mówię tylko o ambitnym gotowaniu i ambitnym przedstawieniu. Cała reszta niewarta jest wzmianki.

Była pani szefową restauracji w Norwegii i w Polsce, w Krakowie, gdzie prowadziła pani Casa Susana. Jak wspomina pani tę pracę?
Na podstawie wspomnień z kuchni mogłabym napisać powieść – tak wiele pojawiało się tam różnych postaci i ciekawych okoliczności. I w dodatku pracuje się w takim stresie, że każdego poznaje się bardzo blisko. Największy problem z meksykańską kuchnią w Norwegii albo w Polsce polegał na tym, żeby nie dopuścić do tego, by kucharze uczynili meksykańskie potrawy zbyt norweskimi albo zbyt polskimi. Chodziło o to, by zachować to, co meksykańskie.

Norwegowie lubią do wszystkiego dodawać dużo śmietany, Polacy mają skłonność do zbyt gęstych zup i rozgotowują mięso. Podejrzewam, że to dlatego meksykańska kuchnia w Europie wygląda jak nieokreślone, bardzo gorące danie z sosem bolognese. A tak przy okazji – chili con carne to wcale nie jest meksykańskie danie.

Napisała pani książkę „Meksyk od kuchni. Książka niekucharska”, która wyszła dość dawno. Będzie kontynuacja?
Moja książka opowiada historię Meksyku poprzez kuchnię. Pierwszy tom obejmuje społeczności prekolumbijskie, zwłaszcza Azteków (o nich mamy najlepszą dokumentację) do XVI w., a drugi tom od XVII w. do dzisiaj. Ukaże się on w wydawnictwie Univesitas w przyszłym roku.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną