Dobra „Passa” Daniela

Cały Passent
Arogant, egocentryk, introwertyk, dyletant. Ekonomista, który dużo pisał, ale nie czytał. Na nartach jeździł słabo, jako mężczyzna, a też jako publicysta i redaktor popełnił wiele błędów, zwłaszcza po 1981 r., za które przeprosił wszystkich urażonych.
Daniel Passent urodził się w 1938 r. w Stanisławowie jako Dawid Pasensztein. Rodziców, którzy zostali w 1944 r. zadenuncjowani i zamordowani, w ogóle nie pamięta.
Leszek Zych/Polityka

Daniel Passent urodził się w 1938 r. w Stanisławowie jako Dawid Pasensztein. Rodziców, którzy zostali w 1944 r. zadenuncjowani i zamordowani, w ogóle nie pamięta.

W swojej najnowszej książce Passent mówi wprost: „Ja i moi koledzy mieliśmy coraz większe wątpliwości, a mimo to przeciwko systemowi otwarcie nie wystąpiłem”.
Polityka

W swojej najnowszej książce Passent mówi wprost: „Ja i moi koledzy mieliśmy coraz większe wątpliwości, a mimo to przeciwko systemowi otwarcie nie wystąpiłem”.

Daniel Passent, nasz kolega z POLITYKI o najdłuższym, obok Mariana Turskiego, w niej stażu złożył obszerną relację ze swojego życia Janowi Ordyńskiemu – właśnie ukazała się drukiem. I w tej opowieści wszystkie te powyżej przywołane swoje cechy i przywary odsłonił z wielką i godną szacunku otwartością.

Urodził się w 1938 r. w Stanisławowie jako Dawid Pasensztein. Rodziców, którzy zostali w 1944 r. zadenuncjowani i zamordowani, w ogóle nie pamięta, ma tylko jedno zdjęcie ojca, które dostał wiele lat później w Paryżu. Sam się uratował przechowywany przez Polaków, co w książce próbuje jakoś uporządkować, choć nie jest to łatwe, gdyż w dokumentach i relacjach występują różne sprzeczności i zagadki, a pamięć jest bardzo mglista. Trudno czytać te fragmenty książki bez zatykającego dech w piersiach wzruszenia.

Po wojnie, już jako Daniel Passent, został przejęty i wychowany przez wujostwo Prawinów. Jakub Prawin, przedwojenny ideowy komunista, w PRL generał i dyplomata (szef Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie w latach 1946–50), człowiek niebanalny i niezwykły, dla swojego przybranego syna stał się nie tylko osobą uczuciowo bardzo bliską, ale także wielkim autorytetem. Utonął w Wiśle w 1957 r. Zdążył jednak wiele zainwestować w wykształcenie swojego wychowanka, który wchodząc w wieku lat 20 do zawodu dziennikarskiego, znał, lepiej lub gorzej, trzy języki obce: angielski, niemiecki i rosyjski. Ten ostatni akurat podciągnął dzięki temu, że przez rok studiował ekonomię w Leningradzie, skąd wrócił na Uniwersytet Warszawski i za chwilę przeniósł się do redakcji „Sztandaru Młodych”. A stamtąd z kilkoma kolegami do POLITYKI. I wtedy się zaczęło.

"Polityka", czyli dom

Passent zaczyna żyć w POLITYCE i dla POLITYKI, tu ma przyjaciół i swoje miejsce. Niezwykłą karierę w latach 60. i później pismo to zawdzięczało wyjątkowym talentom redaktorskim Mieczysława F. Rakowskiego i zdolnościom dziennikarzy, których ściągnął on do redakcji, dając szerokie pole do rozwoju. Należał do nich także Passent, który między innymi na początku lat 60. doprowadził do legendarnej już publikacji dzienników hitlerowskiego zbrodniarza Adolfa Eichmanna, co okazało się przełomowe dla wzrostu popularności pisma.

Z POLITYKI pojechał najpierw w 1962 r. na studia do Princeton (studia warszawskie skończył kilka lat później), a potem do Wietnamu skąd podczas wojny pisał korespondencje. Pisał na różne tematy i używał rozmaitych gatunków dziennikarskich.

Tak naprawdę narodził się jednak pod koniec dekady, gdy zaczął pisać felietony jako Bywalec, z czasem już jako Passent. I stał się instytucją – od niego zaczynano lekturę tygodnika, a w głosowaniach czytelników na najbardziej popularnego autora POLITYKI zajmował zawsze pierwsze miejsce.

Gdy w grudniu 1981 r. zespół POLITYKI podzielił się politycznie i kilkunastu kolegów odeszło z redakcji, on w niej został, wspierając Jana Bijaka, który zastąpił Rakowskiego. „Wspierał” to może nawet za słabo powiedziane, wyznaczał i wytyczał, swoje felietony przemienił właściwie w publicystykę polityczną, za jej przerysowania i nietakty potem przepraszał. W mojej książce „POLITYKA i jej ludzie” (Warszawa, 2007 r.) napisałem, że Passent był w tamtym czasie „adiustatorem politycznym”, co mi dzisiaj przypomniał (wypomniał?), ale rzeczywiście tak to zapamiętałem, gdyż od 1985 r. byliśmy redakcyjnymi kolegami.

W rozmowie z Ordyńskim próbuje odtworzyć swoje myślenie z lat 80., które da się sprowadzić do figury, że, oczywiście, racja historyczna była wówczas po stronie opozycji, co właśnie historia potwierdziła, ale trwanie POLITYKI w ramach systemu, z jej niepodrabialnym stylem i sposobem myślenia, miało także sens historyczny, było potrzebne czytelnikom, którzy pisma nie opuścili, a nawet byli wówczas najbardziej liczni w jego dziejach. Zapewne dzisiaj powtórzyłby tę samą drogę, może z pewnymi korektami.

Mówi w książce wprost: „Ja i moi koledzy mieliśmy coraz większe wątpliwości, a mimo to przeciwko systemowi otwarcie nie wystąpiłem. Starałem się tylko łagodzić jego absurdy. Moja publicystyka dawała ludziom do zrozumienia, że coś jest nie tak. Gdyby tak nie było – nie byłbym popularny. Wybierałem to, co uważałem za możliwe, a nie to, co czułem, że jest słuszne”.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną