Jak Andrzej Łapicki zrzuca maski w swoich „Dziennikach”
„Zza grobu chcę przypieprzyć wszystkim »Dziennikami«” – odgrażał się Andrzej Łapicki. Wydane sześć lat po śmierci aktora najmocniej jednak uderzają w samego Łapę.
Andrzej Łapicki
Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

Andrzej Łapicki

„Dzienniki” Andrzeja Łapickiego
mat. pr.

„Dzienniki” Andrzeja Łapickiego

Andrzej Łapicki, rocznik 1924, dzienniki zaczął pisać późno, jako 60-latek. Córka Zuzanna Łapicka żartuje, że wtedy skończył z romansami i szukał zajęcia, które pozwoliłoby mu zagospodarować wolny czas. Ostatnie słowo napisał dwie dekady później, w dniu śmierci żony Zofii, z którą przeżył 60 lat. Tytuł „Jutro będzie »Zemsta«. Dzienniki 1984–2005” oraz wyimki o problemach małżeńskich Zuzanny Łapickiej-Olbrychskiej i Daniela Olbrychskiego, jakie przebijają się do mediów, sugerują, że autor nie oszczędza nawet najbliższych. Tymczasem lektura tych ponad 600 stron to głównie żmudne brnięcie przez zdawkowe, niemal kalendarzowe odnotowywanie tysięcy wydarzeń, w jakich brał udział – jako aktor, reżyser kameralnych sztuk, trzykrotny rektor warszawskiej PWST, prezes ZASP, dyrektor artystyczny warszawskiego Teatru Polskiego, poseł na sejm kontraktowy, członek Narodowej Rady Kultury i Rady Prymasowskiej... Ze skrzętnym odnotowywaniem, gdzie na jego część wiwatowano, gdzie mu gratulowano, a gdzie przyjęto go chłodniej, niż na to zasługiwał. Całość poziomem narcyzmu dorównuje „Dziennikom” Gombrowicza, niestety nie ma ich głębi i erudycji.

Próbka stylu, rok 1985: „Umarł Jurek Kreczmar. Nie był on moim entuzjastą. Raz tylko szczerze mi gratulował, po »Kochanym kłamcy«. Jak na 40 lat to niewiele. Przygotowałem pożegnanie, bo może będę musiał coś powiedzieć”. Opowieść o udanej Sesji Schillerowskiej w szkole teatralnej kończy zdaniem: „Ładna wystawa w hallu – Schiller, Zelwerowicz, Rudzki. Depesza do mnie od Schillera, z okazji mojego ślubu, należycie wyeksponowana”. Rozważania na temat rezygnacji z fotela rektora w połowie lat 80., gdyby partia przeforsowała odebranie szkołom autonomii, kończy: „Żal szkołę oddawać, bo nieuchronnie spadłaby o dwa piętra”. Ponowne obejrzenie teatru telewizji „W małym dworku” Witkacego z 1970 r. skutkuje refleksją: „Okazuje się, że to bardzo dobre przedstawienie, i ja grałem, niestety muszę to przyznać, doskonale. Jak na to, co widziałem – obiektywnie – za mały miało oddźwięk to moje granie. Może za dużo od życia wymagam, ale naprawdę powinienem być wyżej”.

Łapicki, człowiek wysokiej kultury, wzorzec z Sèvres polskiego inteligenta, urodzony gawędziarz, autor i przekaźnik nieliczonych anegdot, niezrównany mówca, nie tylko pogrzebowy – w swoich „Dziennikach” jakby z ulgą zrzucał maski, szyte na miarę płaszcze i garnitury. Nie ma tu anegdot i mądrych min, są jęki, kompleksy, resentymenty, zazdrość o sławę, a później także siły żywotne innych, jest znudzenie i wkurzenie. Brnie się przez kolejne strony ze sporym trudem i rosnącym poczuciem bezsensowności tego zajęcia. Z drugiej strony – w tak brutalnym odsłonięciu jest jakiś akt odwagi i szczerości. Łapicki pokazuje tę stronę człowieczeństwa, którą wielu z nas, a szczególnie tzw. inteligencja, skrzętnie chowa jako wstydliwą. W aktorskich wywiadach rzekach, które zalewają w ostatnich latach polski rynek księgarski, tej strony nie uświadczymy, a Łapicki w „Dziennikach” wręcz nią epatuje. To może ostatnie wierzgnięcie „strażnika Fredry”, który swego czasu, będąc grubo po 80., porzucił rolę emeryta i wdowca, by zagrać w telenoweli oraz ożenić się z o 60 lat młodszą teatrolożką.

Kompleks dworka

Zuzanna Łapicka ton „Dziennika” tłumaczy we wstępie chęcią odreagowania – ograniczony w życiu zasadami przedwojennego wychowania (rodzina herbu Syrokomla, ojciec był profesorem prawa rzymskiego na Uniwersytecie Warszawskim, po wojnie rektorem Uniwersytetu Łódzkiego, matka była białą Rosjanką o talentach artystycznych, poślubił Zofię Chrząszczewską herbu Trzaska, z majątkiem na Kujawach), upust emocjom dawał na papierze.

Ten wyniesiony z domu pętający emocje umiar i dystans zaważył ponoć na karierze aktorskiej Łapickiego – ze swoim chłodem nie pasował do repertuaru romantycznego, który u nas decyduje o pozycji w teatralnym panteonie. O swoim aktorstwie przytomnie mówił, że pierwszoligowe, ale nie Olimp. „Przez to jednak, że nie grałem Gustawa-Konrada, Kordiana czy Króla Leara, nie plasuję się w najwyższej kategorii. W teatrze jest, niestety, taka zasada, że osiągnięcia w dziedzinie lekkiej komedii czy nawet dramatu psychologicznego nie są nigdy tak cenione jak klasyczne”. W „Dzienniku” pisze: „Jestem gawędziarzem. Zresztą moje gawędzone role były najlepsze”, i przytacza: „Kochany kłamca” Jerome′a Kilty′ego, „Trzy po trzy” Fredry, Arnolf w „Szkole żon” Moliera, „Ta Gabriela” Tamary Karren-Zagórskiej. Na aktorską emeryturę przeszedł w 1995 r. rolą Radosta w wyreżyserowanych przez siebie „Ślubach panieńskich”.

Jego recenzje spektakli starszych i młodszych kolegów są zwykle tyleż zdawkowe, co krytyczne. Jak ta ze „Ślubów panieńskich” Grzegorza Jarzyny, które go „przygnębiły”: „To był happening erotyczny na temat – wszyscy się pierdolą (…). Pewnie można i tak, ale mnie mój faworyt Jarzyna zmartwił”.

Aktualności, komentarze

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj