Rozmowa ze zdobywcami Grand Prix Nagrody Architektonicznej POLITYKI

Śląska myśl katalońska
O architekturze jako emocjonującej dyscyplinie drużynowej mówią zdobywcy Grand Prix Nagrody Architektonicznej POLITYKI: Krzysztof Mycielski i Rafał Zelent z Grupy 5 Architekci oraz Wojciech Małecki z Małeccy Biuro Projektowe.
Od lewej: Joanna Małecka, Wojciech Małecki (Małeccy Biuro Projektowe), Rafał Zelent, Michał Leszczyński i Krzysztof Mycielski (Grupa 5 Architekci), nagrodzeni za projekt nowej siedziby Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego.
Teodor Klepczyński

Od lewej: Joanna Małecka, Wojciech Małecki (Małeccy Biuro Projektowe), Rafał Zelent, Michał Leszczyński i Krzysztof Mycielski (Grupa 5 Architekci), nagrodzeni za projekt nowej siedziby Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego.

Teresa Oleszczuk/Polityka

PIOTR SARZYŃSKI: – Jak doszło do współpracy waszych biur architektonicznych z Katalończykami przy projektowaniu nagrodzonego gmachu?
KRZYSZTOF MYCIELSKI (KM): – Na to pytanie akurat najtrudniej odpowiedzieć, bo nie ma z nami dwóch osób, które do tej współpracy doprowadziły. Pierwszą jest szef firmy BAAS Jordi Badia, a drugą nasz nieżyjący już, niestety, partner Mikołaj Kadłubowski. To oni dogadali się ze sobą na wspólny projekt w Polsce. Nikt z naszej trójki nie był świadkiem powstawania samej koncepcji obiektu. Co ciekawe, decyzja Katalończyków o udziale w konkursie zapadła dość późno i okazało się, że nie możemy wystąpić w nim jako konsorcjum firm. W związku z tym oficjalnie konkurs wygrała Grupa 5, a Jordi był współautorem. To rodziło pewne problemy, bo w chwili podpisywania umowy cała odpowiedzialność spadała na nas. Z kolei zależało nam na dołączeniu do współpracy doświadczonej pracowni z Katowic, ale takiej, która by się utożsamiała z projektem i po prostu chciała go z przekonaniem realizować. I tak dołączyli do nas Małeccy.

WOJCIECH MAŁECKI (WM): – Jordiego poznałem dzięki mojej żonie Joannie, z którą razem tworzymy naszą pracownię. Otóż wynalazła niegdyś jego realizacje w „Architecture Review”. Uznaliśmy je za ciekawe i zaprosiliśmy go na wykład do Katowic. Później utrzymywaliśmy kontakt mailowy, a w 2008 r. odwiedziliśmy go w pracowni w Barcelonie. Propozycję współpracy przyjęliśmy więc z satysfakcją.

Jak podzieliliście się pracą?
RAFAŁ ZELENT (RZ): – Autorami koncepcji konkursowej byli BAAS i Grupa 5 Architekci. Potem projekt rysowany był równolegle przez BAAS i pracownię Małeccy, zaś Grupa 5 wzięła na siebie rolę koordynatorów, bo bezpośrednio odpowiadała za cały projekt przed klientem. Podobnie podczas budowy ten projekt miał trzy „sita”. Na pierwszej linii frontu byli Małeccy, którzy brali na siebie większość problemów dnia codziennego, doraźne napięcia, sprawy organizacyjne. My pojawialiśmy się w krytycznych momentach, by ich wesprzeć, oraz prowadziliśmy całą formalną korespondencję. No i był Jordi, który głównie z perspektywy Barcelony pilnował, by zachować główną ideę budynku.

KM: – Większość codziennej pracy przyjęły polskie pracownie: projekty budowlane, projekty wykonawcze oraz nadzór na budowie. Wzięliśmy na siebie bieżące konflikty. Także część decyzji podejmowaliśmy samodzielnie, bo Jordi miał do nas pełne zaufanie. Dobrze wiedział, że wszyscy się utożsamialiśmy z tym projektem, bo odpowiadał naszej wizji architektury niegwiazdorskiej, architektury tła, wpasowującej się w kontekst. Jordi był dobrym, kreatywnym duchem, trzymał pieczę nad całością.

Moda na star-architektów sugeruje, że zawsze jest ten najważniejszy.
KM: – W dzisiejszych czasach dobra architektura powstaje zawsze w efekcie pracy zespołowej, jako efekt wysiłku wielu zdolnych ludzi. Oczywiście media oczekują nazwiska kreatora, głównego twórcy, i czują się zakłopotane, gdy dostają długą listę nazwisk, bo przecież wśród nich musi być gdzieś ukryty ten, co to wszystko rozwiązał. Gdy w latach 90. realizowano Potsdamer Platz w Berlinie, rozbawił mnie film dokumentalny, który przy tej okazji pokazywano, aby promować inwestycję. A szczególnie scena, która przedstawia głównego architekta Renzo Piano, jak siedzi, przez chwilę myśli, a później gwałtownym ruchem ręki maluje kilka kresek, które stanowią rozwiązanie całego skomplikowanego węzła komunikacyjnego w tym miejscu. Tymczasem każdy architekt ma świadomość, że nad rozwikłaniem tego problemu przez wiele miesięcy pracowały dziesiątki inżynierów...

Ale mimo że działaliście zespołowo, to wam też łatwo nie było.
WM: – Oj, nie było. Problem pojawił się już z samym rozkręceniem budowy. Gmach powstawał w skrajnie niesprzyjających warunkach: wciśnięty między stare kamienice, przy wąskiej, jednokierunkowej uliczce w centrum miasta, o utrudnionej komunikacji. Później pojawił się problem ze starym budynkiem dawnej fabryki żarówek, który miał pozostać na swoim miejscu. Ekspertyza ze strony generalnego wykonawcy sugerowała, że jest w tak złym stanie, że należy go rozebrać i ewentualnie postawić od nowa. To byłoby sprzeniewierzenie się jednemu z głównych walorów projektu, który na pewno miał duży wpływ na jego zwycięstwo w konkursie. Przepychanki trwały dwa miesiące. Aż w końcu dziekan Wydziału RiTV Uniwersytetu Śląskiego prof. Krystyna Doktorowicz przecięła spekulacje, mówiąc: „Co to za dyskusje, rozebrać czy nie? Taki projekt wybraliśmy i taki trzeba realizować. Ja się na nic innego nie zgadzam”.

RZ: – W pewnym momencie pojawiła się też sugestia, by zrezygnować z ceramicznej elewacji, bo jest trudna w realizacji i wydłuży budowę. A poza tym w naszym klimacie się nie sprawdzi. Deszcz ją zaleje, mróz ją rozsadzi.

WM: – Zrezygnować z niej to tak, jakby wypuścić na ulicę kobietę w samej halce, bez sukienki. Więc znowu była walka. Mieliśmy w swoim zespole świetnych konstruktorów od elewacji – firmę Nova, zdecydowano się na dodatkowe badania prefabrykatów elewacyjnych na Politechnice Śląskiej, znaleźliśmy pod Częstochową zakład, w którym wypala się cegły w jednym z ostatnich w Europie pieców hoffmanowskich opalanych węglem. A później były z kolei dyskusje, jak zrobić, by przez tak zaprojektowaną elewację można było wpuszczać do środka więcej światła, bo tak sobie zażyczył inwestor. Był moment, gdy wydawało się, że wykonawca zejdzie z budowy. Na spotkaniach reprezentowali go prawnicy, dyskusja odbywała się poprzez listy i protokoły. Wszystko szło w kierunku procesu. Pewnie potrwałby dwa lata, ostatecznie uniwersytet by go wygrał, ale budynku by nie było.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj