Kultura

Zuzanna Łapicka: Dajcie mi te pistolety, bo mnie nie sprawdzają

Zuzanna Łapicka Zuzanna Łapicka Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta
Zuzanna Łapicka, dziennikarka, autorka scenariuszy widowisk teatralnych, prywatnie córka Andrzeja Łapickiego i żona Daniela Olbrychskiego, zmarła w wieku 64 lat. Chorowała na nowotwór. Przypominamy ją jej własnymi słowami.
Okładka książki „Dodaj do znajomych”mat. pr. Okładka książki „Dodaj do znajomych”

Fragment książki „Dodaj do znajomych” Zuzanny Łapickiej, która ukazała się w 2018 r. nakładem Wydawnictwa Agora.

Całe swoje życie zawodowe zawdzięczam Andrzejowi Strzeleckiemu. Znałam go od czasów jego studiów aktorskich w PWST. Razem z grupą przyjaciół z jego roku: Wiktorem Zborowskim, Pawłem Wawrzeckim, siostrami Winiarskimi, spędzaliśmy wakacje na Mazurach, w leśniczówce koło Łukty. Zawsze mogłam na niego liczyć. Kiedyś, nie uprzedzając go o tym, pojechałam na weekend z pewnym reżyserem, którego ukrywałam przed rodzicami. Wyjeżdżając, powiedziałam im, że wyjeżdżam z Andrzejem, którego bardzo lubili. Pech chciał, że w ten weekend Andrzej zadzwonił do mnie: – „Czy jest Zuzia?”. – „Jak to?” – odpowiedziała zdumiona Mama. – „Przecież wyjechała z panem?”. – „A kiedy wracamy?” – spytał spokojnie Andrzej.

W połowie lat osiemdziesiątych Andrzej wyreżyserował dyplom z ostatnim rokiem Wydziału Aktorskiego PWST – „Złe zachowanie”: muzyka broadwayowska, tłumaczenia Andrzeja genialnych standardów, choreografia nieznanego wtedy nikomu Janusza Józefowicza. Grali to przedstawienie w Ateneum, waliły tłumy. Ja wtedy wróciłam z paryskiej emigracji, zachwyciłam się tym spektaklem, przetłumaczyłam teksty na francuski i zorganizowałam, dzięki moim kontaktom teatralnym, tournée po Francji. Dołączyłam do zespołu. Nawet moja pięcioletnia Weronika pojawiła się na scenie, mówiąc po francusku „Kaczkę dziwaczkę”. Graliśmy w najpiękniejszych teatrach: od Nicei po Lille. Wszędzie pełne sale, wszędzie długie owacje po spektaklu.

Akurat rozstawałam się z Danielem. Jazda autokarem po Francji była dla mnie ucieczką od prywatnych kłopotów. Ale Daniel nie dawał za wygraną, nowiutkim mercedesem, którego właśnie zakupił, jechał za nami z Polski do Francji. Przerażenie biednego kierowcy PKS-u, któremu drogę przez wiele godzin zajeżdża sam Kmicic, budziło moje współczucie.

Z kolei świeżo upieczeni absolwenci szkoły teatralnej nie rozumieli, dlaczego wolę ich towarzystwo od podróży z wybitnym aktorem, w dodatku moim mężem. Daniel zatrzymywał się z nami w tanich hotelikach. Tymczasem jego paryski agent szukał go na prośbę Wernera Herzoga. Mina Herzoga, który spodziewał się znaleźć Daniela w Ritzu, a namierzył go w nędznym hotelu przy dworcu – bezcenna. Recepcjonistce nic nie mówiło nazwisko Olbrychski, więc Herzog, znając nieco Daniela, powiedział, że szuka aktora, który lubi się napić. Recepcjonistka przyprowadziła mu Mariusza Czajkę. Herzog na to, że to nie ten. Herzog pracował z różnymi artystami, na przykład z Klausem Kinskim, więc niejedno zboczenie w życiu widział. Pewnie jednak zastanawiał się, na co w takim razie zatrzymujący się w tanich hotelikach Daniel przeznacza monstrualne stawki za dzień zdjęciowy, których żądał jego agent. Francuskie tournée trwało co najmniej dwa lata. Zespół zżył się ze sobą. Byliśmy jak rodzina. Wtedy zaproponowano Strzeleckiemu objęcie dyrekcji teatru na Targówku.

Andrzej się zgodził, poprosił mnie, żebym została kierownikiem literackim. Zaczęliśmy od szukania nowej nazwy, ponieważ chcieliśmy stworzyć miejsce niekojarzące się z poprzednim repertuarem. Pamiętam, jak siedzę z Ojcem w Juracie, deszcz pada, a my strzelamy: – „Kurtyna?”, – „Nie”, – „Scena? – „Nie”. W końcu Ojciec rzucił: – „Rampa”! I tak zostało.

Rozkręcaliśmy teatr z wielkim entuzjazmem. Udało mi się ściągnąć samego Jeremiego Przyborę, z którym Magda Umer prowadziła spektakl „Zimy żal”. Siedzieli na scenie na fotelach, które przywiozłam z domu. Cała Warszawa do nas przychodziła. Kieślowski lądował samolotem z Paryża i prosto z lotniska przyjeżdżał na premierę. Ja organizowałam listę gości: od Grzesia Ciechowskiego po Wajdę i Zanussiego. Gdy przed kolejną premierą odebrałam telefon, że za pół godziny wybuchnie bomba, bo wtedy panowała moda na takie telefony, nikomu nic o tym nie powiedziałam z obawy, że drugi raz nie zorganizuję tak doborowej widowni. Solidarnie usiadłam wśród widzów, nie patrząc w ogóle na scenę, tylko na zegarek. Po godzinie się rozluźniłam, bomba nie wybuchła, premiera się udała, a ja nikomu nie przyznałam się do mojej nieodpowiedzialnej decyzji. Oprócz warszawskich premier dalej jeździliśmy z przedstawieniami po Europie.

Na festiwalu teatralnym w Arezzo dostaliśmy nawet nagrodę. Wracaliśmy stamtąd przez Rzym: lał deszcz, zespół poszedł do trattorii na pizzę i wino. Byli już lekko ululani, gdy ktoś rzucił hasło, że skoro mamy tyle godzin do odlotu, to może odwiedzimy naszego papieża. Wiedzieli, że znam księdza Dziwisza, dał mi swój numer, gdy byłam z Danielem na prywatnej audiencji u Ojca Świętego. Na tej audiencji, w papieskiej bibliotece, mieliśmy ze sobą wspomniany już przeze mnie polaroid. Ustawiliśmy się z papieżem we trójkę do zdjęcia, a polaroid został wręczony księdzu Dziwiszowi, żeby to zdjęcie zrobił. Ale on sobie nie radził – co nacisnął migawkę, to przy przeciągłym „bzzzzz” z aparatu wychodziła fotka, na której było widać głównie szafę. W końcu papież powiedział: – „Stasiu, zrób to jakoś inaczej, bo pan Daniel mówi, że każde takie zdjęcie dużo kosztuje”. Znając tę historię, koledzy z Rampy weszli mi na ambicję. Zadzwoniłam z budki telefonicznej, bo nie było jeszcze komórek. Ku mojemu zdumieniu ksiądz Dziwisz natychmiast odebrał: – „Pamiętam panią, oczywiście, tylko jak to zrobić, bo jest dzisiaj bardzo dużo pielgrzymek z Polski. Niech pani zadzwoni za pół godziny”. Dzwonię za pół godziny: – „Proszę podejść o piętnastej trzydzieści pod drzwi, tam gdzie stoją Szwajcarzy, proszę się przedstawić, oni już wszystko wiedzą”.

Wracam do trattorii, ogłaszam dobrą nowinę, po której chłopcy wytrzeźwieli w sekundę! Wyszli na deszcz, żeby się ocucić i elegancko przyczesać. Jedziemy do Watykanu, stajemy w kolejce do wejścia, przy którym Szwajcarzy sprawdzają torebki i kieszenie. Widzę to, a wiem, że Józefowicz z Czajką kupili sobie małe pistoleciki na gaz. Mówię im: – „Wyrzućcie te zabawki”. – „Nie, kosztowały 500 lirów, chcemy je zawieźć dzieciom”. – „Wyrzućcie, bo nie wejdziemy” – powtarzam wściekła z bezsilności. Na co odzywa się stojąca przede mną zakonnica: – „Słyszę państwa rozmowę, dajcie mi te pistolety, bo mnie nie sprawdzają”. Wdzięczni dajemy jej dwa pistolety na gaz, które ona wkłada w przepastne kieszenie habitu. Szwajcarzy ją przepuszczają, wchodzimy po schodach, u ich szczytu stoi Dziwisz. Mówi: – „Jak zobaczy pani, że drzwi się otwierają, proszę podejść do Ojca Świętego”.

Czekam, przejęta, gdy podchodzi do mnie „uzbrojona” zakonnica: – „Boję się, że później się nie znajdziemy, więc oddam pani te pistolety”. I wkłada mi jeden pistolet w jedną kieszeń płaszcza, drugi w drugą. W tym momencie drzwi się otwierają, pojawia się jasność, jak na świętym obrazie, a ja ruszam do papieża z dwoma pistoletami w kieszeni. Zdenerwowana tym, że te cholerne pistolety mogą mi wypaść, nie wiem, co mówię: że młodzi, że zdolni. Ojciec Święty cudowny: – „Pani już u mnie była” – powiada z uśmiechem.

Oglądając zdjęcia z obu audiencji, zorientowałam się, że na obu byłam w tej samej spódnicy, autorstwa Ewy, żony Strzeleckiego. – „Poznał cię po spódnicy” – śmiała się potem Ewa. Najważniejsze, że każdy z zespołu Rampy do dziś ma w domu zdjęcie z papieżem Wojtyłą i z dumą opowiada o tej prywatnej audiencji. A o mały włos by do niej nie doszło. W Rampie spędziłam dziesięć lat, Józefowicz odszedł wcześniej, szukał dla siebie musicalu. Chciał robić „Miasto ślepców” José Saramago, którego akcja dzieje się w podziemnych tunelach. – „Mam dla ciebie lepszą propozycję!” – wykrzyknęłam. – „Moje przyjaciółki, Agata i Maryna Miklaszewskie, napisały musical »Metro«, który dzieje się w podziemiu i jest metaforą opozycji w czasach komuny. Muzykę pisze Przemysław Gintrowski. Ma to być wystawione w kościele na Żytniej, ale to jeszcze nic pewnego”. Józek zastrzygł uszami.

Natychmiast dostarczyłam mu libretto. Bardzo mu się podobało, ale postawił warunek – muzykę musi pisać Janusz Stokłosa, bo on do Gintrowskiego nie ułoży choreografii. Przedstawiłam tę propozycję autorkom: – „Albo robimy duży musical, albo wystawicie to raz w kościele i na tym się skończy”. A właśnie o tym jest ten spektakl – co wybrać: sztukę czy komercję? No i zaczęła się wielka przygoda „Metra”, która trwa dla niektórych do dzisiaj. Józefowicz wciągnął w nią sponsora Wiktora Kubiaka z Londynu, który zainwestował wielkie pieniądze. Stworzyli obóz w Ojcówku pod Warszawą, gdzie młodzież całe lato uczyła się stepować i śpiewać. Piękną przygodę z „Metrem” zepsuł wyjazd do Nowego Jorku, za wcześnie i niepotrzebnie. Trzeba było najpierw jechać do Moskwy, a potem na fali sukcesu wyruszyć do Nowego Jorku. Ale sponsor się spieszył, więc pojechali – jak to się mówi – z drzewem do lasu. Ludzie chodzą na „Metro” do dzisiaj, grane jest już dwadzieścia pięć lat. W sumie ta jedna rozmowa z Józefowiczem, żeby nie robił „Miasta ślepców”, tylko „Metro”, wielu ludziom ułożyła życiorys. Potem Józefowicz ze Stokłosą założyli Teatr „Buffo”, świetnie im się wiedzie. Józefowicz ma pałac w Jajkowicach, gdzie mnie miło zaprasza. Zrobił się ogrodnikiem i zielarzem. Strzelecki w międzyczasie był rektorem PWST, dużo reżyseruje.

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama