Kultura

Dramat ludzi punktualnych

Kawiarnia literacka

Unsplash
Bohaterowie dramatu to ja i fachowiec, który ma położyć beton na podłodze w łazience.

Zostałem wychowany w kulcie, żeby nie powiedzieć terrorze, punktualności. A może to geny? Nie wiem. Nikt nie wie, jak bardzo musiałbym się postarać, żeby się gdzieś spóźnić. Chyba z góry musiałbym sobie to zaplanować, a w końcu i tak nic by z tego nie wyszło i byłbym na czas. Skutek mojej punktualności jest zwykle taki, że czekam na innych. Zwłaszcza że prawie zawsze jestem na miejscu pięć minut przed umówionym czasem, żeby na pewno się nie spóźnić.

Jednocześnie najbardziej na świecie nienawidzę czekać. Zdarzało mi się już urządzać awantury o drobne spóźnienie żonie czy najbliższemu przyjacielowi. Równie trudno mi znieść chyba tylko, kiedy ktoś mnie okłamuje albo jest niesłowny. Ale do rzeczy. Miejsce akcji to nasze mieszkanie, w fazie tuż przed finałem remontu. Opóźnionym o dwa miesiące, ale wszyscy mnie uspokajają, że w remontach dwa miesiące to jeszcze nie spóźnienie. Z poważniejszych prac została do zrobienia tylko podłoga w łazience.

Bohaterowie dramatu to ja i fachowiec, który ma położyć beton na podłodze w łazience. Był już u nas dwa razy. Praca zajmie mu cztery dni. Ma wejść w poniedziałek o ósmej rano. O 8.15 dzwonię do niego.

– Dzień dobry, pamięta pan o nas?

– Dzień dobry, tak oczywiście, pamiętam.

– To o której pan będzie?

– Teraz jestem u klienta. Będę u pana przed 13.

Czekam sam w mieszkaniu. Innych fachowców, którzy mają zrobić „biały montaż” za te cztery dni, odwołałem. O 13 wciąż jestem tu sam, z każdą minutą coraz bardziej zły. O 13.30 znowu dzwonię do niego. Nie odbiera. Piszę esemesa z pytaniem, o której będzie. Nie odpisuje, za to dzwoni do mnie, ale wyłącza się po pierwszym sygnale. Oddzwaniam, znowu nie odbiera. O 16.14 dostaję esemesa: auto mi się zepsuło, jestem w serwisie. Proszę koleżankę, żeby zadzwoniła do niego ze swojego numeru. Odbiera od razu. Tłumaczy, że nie lubi, jak się go tak ściga. Nie jest dzieckiem, jest dorosły i poważny. Dziś na pewno u nas będzie. Czekam więc na niego do 20. Bez skutku. Dzwonię zdenerwowany następnego dnia o ósmej rano.

– Tak. Spokojnie. Będę.

– O której?

– Zależy od serwisu. Kiedy zreperują auto.

Przyjeżdża o 11, ale ma tylko 15 minut. Tłumaczy, że tyle wystarczy na samo gruntowanie. Będzie za to w środę od samego rana. W środę rano nie odbiera. Dopiero koło 12 udaje mi się go złapać.

– Jestem u klienta.

– OK, ale kiedy będzie pan u nas?

– Tu jeszcze potrzebuję dwie godziny. O 16 będę na pewno.

Czekam wściekły. Dzwonię do niego po 17, ale nie odbiera. Pojawia się niespodziewanie dopiero następnego dnia, czyli we czwartek, koło 11. Patrzy na mnie niepewnie.

– Miło pana widzieć – mówię ironicznie i przypominam mu tylko, że już jest czwartek.

– Spokojnie. Przyjdę jeszcze jutro rano i w sobotę się skończy, bo potem jadę na urlop.

W piątek rano tradycyjnie nie odbiera. Oddzwania koło południa i mówi, że będzie przed 13. O 13.30 dzwonię do niego.

– Jestem jeszcze u klienta. Będę o 16.

O 17 znowu dzwonię.

– Tu już kończę. Będę na pewno przed 18.

Jestem tak wściekły, że kiedy dzwoni o 19.15, nie daję mu nic powiedzieć, tylko pytam:

– O której pan będzie?

– Właśnie skończyłem u klienta na Ursynowie. Jest już 19.

– Wiem…

– Wszyscy mamy rodziny i dzieci, prawda? – pozornie zmienia temat.

– No i co z tego?

– Trzeba się nimi zajmować…

– Cały dzień czekam na pana! Moja cierpliwość się kończy.

– Wszyscy mamy cierpliwość… Muszę jechać do rodziny, rozumie pan? Ale jutro skończę robotę. Będę u pana punkt siódma rano. Obiecuję.

– W sobotę? To może ósma?

– Nie, punkt siódma. Będę z samego rana. Na mur beton – pozwala sobie na żart, bo już wie, że mnie przekonał.

Pół nocy nie śpię. Myślę oczywiście o betoniarzu, który zepsuł mi cały tydzień. Byle tylko skończył swoją robotę i zniknął. W sobotę wstaję o 6, żeby zdążyć na jego przyjazd. O 6.54 dostaję esemesa: Witam, wyjeżdżam z domu, mam do państwa 60 km, więc będę bliżej ósmej. Kiedy w końcu przyjeżdża koło dziewiątej, jestem tak zły, że proszę Julię, żeby mu otworzyła. Ale po dziesięciu minutach słyszę, że zamykają się za nim drzwi. A Julia wraca do sypialni.

– Powiedział, że będzie dziś trzy razy i że chce klucze do naszego mieszkania. Powiedziałam, że nie mogę mu dać, bo nie mam wystarczającego zaufania. Na co on: w takim razie mogę już skończyć pracę i sobie pójść? To pana wybór – powiedziałam. Spakował się i poszedł.

Wyskoczyłem z łóżka, żeby znaleźć telefon. O dziwo odebrał. – Dostanie pan odpowiednią recenzję w internecie – powiedziałem zimno i wyłączyłem się. Po minucie oddzwonił. Nabuzowany. Obaj wrzeszczeliśmy, więc słabo się nawzajem słyszeliśmy. Za to na pewno było mnie dobrze słychać w całym domu i na ulicy.

– Myślisz, że jesteś pępkiem świata, ciołku! – ryczał do swojego zestawu głośnomówiącego.

– Nie. Myślę, że jesteś najbardziej beznadziejnym wykonawcą na świecie!

– Gówno mnie to obchodzi!

– Zacznie cię obchodzić, jak zmasakruję cię w internecie.

– Wiem, gdzie mieszkasz… Jak to zrobisz, znajdę cię i zajeb…!

– Może przynajmniej raz będziesz na czas.

***

Mikołaj Łoziński – pisarz i fotografik. Socjolog z wykształcenia. Debiutował powieścią „Reisefieber” (Znak 2006), za którą otrzymał w 2007 r. Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Laureat Paszportu POLITYKI w 2011 r. za powieść „Książka”. Ojciec bliźniaków. Mieszka w Warszawie.

Polityka 34.2019 (3224) z dnia 20.08.2019; Kultura; s. 86
Oryginalny tytuł tekstu: "Dramat ludzi punktualnych"
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną