Kultura

Fragment książki „Lato utraconych”

Fragment książki „Lato utraconych” Fragment książki „Lato utraconych” mat. pr.

Sierżant Andrzej Nowak zawsze lubił dzieci. Sam wychował trójkę, a pracując jako dzielnicowy, Bóg wie ilu pomógł wyjść na ludzi. Dlatego dał temu chłopakowi dwie minuty, żeby dokończył hamburgera. Dwie minuty, myślał, niczego nie zmienią, a młody przynajmniej będzie miał jakieś miłe wspomnienie, bo sądząc po tempie, w jakim znikał posiłek, ta obrzydliwa buła z mięsem naprawdę mu smakowała.

Czekał więc cierpliwie, podczas gdy o szyby uderzały fale jesiennego deszczu. Bar był już teoretycznie zamknięty i Rafał Ostrowski, ten dziwny barman, który od razu oznajmił, że cokolwiek by się działo, on nie zamierza zeznawać, wycierał właśnie ostatni kufel. Nowak miał wrażenie, że skądś zna jego twarz, ale chwilowo się nad tym nie zastanawiał. Skupił uwagę na chłopaku. Młody beknął cicho, zasłaniając usta, i wytarł ręce w papierową serwetkę.

– Masz jeszcze sos na brodzie – podpowiedział mu sierżant. Dzieciak wymruczał coś, co brzmiało jak przeprosiny i sięgnął po drugą serwetkę.

– Teraz mnie pan aresztuje? – zapytał, mnąc ją w kulkę i rzucając na zatłuszczony talerz. Sprawiał wrażenie zawstydzonego bardziej popisem obżarstwa niż wcześniejszym wyznaniem.

– Teraz, synu, znajdziemy twoją matkę. A wcześniej jeszcze powiesz mi, jak ci na imię, żebym wiedział, jak się do ciebie zwracać.

Chłopak milczał. Sierżant zastanawiał się już, czy dzieciak nie jest przypadkiem opóźniony, ale chyba nie. W każdym razie oczy miał bystre. Czujne i bystre.

– No więc?
– Jestem Piotrek, ale...
– Ale co? Masz jakąś ksywkę?
Pokręcił głową.
– Kiedyś chyba nazywałem się inaczej. Nie pamiętam jak.
Nowak westchnął.
– Dobra, zostawmy to na razie. Gdzie mieszkasz?
– W Podkowach.
– To jakaś wieś niedaleko?
– Tak, wieś. Chyba. Niedaleko, ale nie wiem dokładnie, gdzie.
– Synu, czy ty w ogóle jesteś czegokolwiek pewien? Na przykład że twoja matka naprawdę nie żyje?
– Tak, mówiłem już panu. Zabiłem ją.
– I nie ćpałeś przedtem niczego?
– Nie, ja... Nie.
– A potem?
– Też nie.
– W porządku. – Nowak odwrócił się w stronę barmana, którego oczy połyskiwały w szparze drzwi prowadzących na zaplecze.
– Wie pan, gdzie tu jest wieś Podkowy?
– Nie mam pojęcia.

Świetnie, pomyślał Nowak ze znużeniem. Zapowiadał się rewelacyjny wieczór.

– Dobra, synu, zbieraj się. Poprowadzisz mnie. Chyba że chcesz wcześniej pojechać do lekarza? Masz złamaną rękę?
– Nie, tylko zwichniętą. Nie boli aż tak bardzo.
– W takim razie możemy jechać. Skoro trafiłeś tutaj, to tra- fisz też z powrotem do domu.

*

Godzinę później sierżant tracił resztki nadziei. Oblewany lodowatymi strugami polonez podskakiwał na wertepach, a wycieraczki ledwo nadążały z usuwaniem wody. Nowak mógłby się założyć, że zaliczył już każdą większą kałużę w promieniu dwudziestu kilometrów, sporo z nich po kilka razy. Światła samochodu wyławiały z rozedrganego deszczem mroku tabliczki z nazwami miejscowości: Buczkowice, Rybarzowice, Godziszka. Żadnych Podków. Nowak, który większość życia spędził w okolicy Kotliny Żywieckiej, nigdy nie słyszał o takiej miejscowości, a wypytywani przez radio koledzy z posterunku nie potrafili znaleźć jej na mapie.

– Słuchaj, synu – zaczął, gdy po raz kolejny minęli tabliczkę z napisem „Rybarzowice” – jeśli to ma być jakiś głupi dowcip...
– To nie dowcip. Ja naprawdę nie pamiętam, którędy szedłem.
– Musisz przecież coś wiedzieć. Jak jechałeś z mamą do Żywca, to którędy? Co mijaliście?
– Nigdy nie jeździłem do Żywca.
– A do Bielska? Albo Katowic? Gdzie chodziłeś do szkoły? Piotrek nie odpowiedział.

Nowak przypomniał sobie własne dzieciństwo, czasy, gdy z kumplami szalał na rowerach. Znał wtedy każdy kąt od Jeziora Żywieckiego aż po Straconkę, a do rodzinnej wsi mógłby trafić z zawiązanymi oczami. Ile wtedy miał lat? Trzynaście, czternaście? A ten chłopak przecież był starszy, więc jakim cudem zgubił się tak blisko domu? Twierdził, że wyszedł, kiedy w telewizji zaczynały się Wiadomości, czyli o dziewiętnastej trzydzieści, natomiast w barze znalazł się przed dwudziestą pierwszą. W półtorej godziny można przejść około dziesięciu kilometrów, a biorąc poprawkę na deszcz i ciemność, pewnie nawet mniej. Zbyt krótki dystans, by usprawiedliwiał tak całkowitą dezorientację. Coś tu nie grało i nie chodziło wcale o dowcip. Nowak widział już w życiu mnóstwo wygłupiających się szczeniaków i wiedział, że ten akurat jest śmiertelnie poważny. A jeśli grał, to, cholera, zasługiwał na Oscara.

Kurwa mać, pomyślał z rosnącą frustracją. Coś się wydarzyło, coś bardzo złego – niekoniecznie morderstwo, może po prostu poważny wypadek – a on, kręcąc się bez celu jak gówno w przerębli, w żaden sposób nie mógł pomóc.

– Proszę pana? – chłopak odezwał się nieśmiało.
– Tak?
– Ten cmentarz...
– Co z nim? – Nowak dopiero teraz zwrócił uwagę na pełgające w mroku ciepłe ogniki. Młody miał rację, to musiał być cmentarz. Kilku świeczkom, tym najbardziej osłoniętym, udało się przetrwać od Wszystkich Świętych.

– Mijałem go. Tak mi się wydaje.

Nowak zwolnił, starając się nie dopuszczać do siebie nadziei. Piotrkowi już kilka razy zdawało się, że poznaje okolicę.

– Po prawej czy lewej stronie?
Chłopak zastanowił się.
– Po lewej.
Tym razem nie dodał „chyba”. Sierżant uznał to za dobry znak.
– Czyli musimy zawrócić.
Koła zabuksowały w błocie. Tył stuknął w coś lekko, mokre liście zamiotły jedną z bocznych szyb, o dach drapnęła gałąź. Samochód pełzł powoli przez rozpluskaną ciemność.
– Tędy. Nie, chyba jednak tędy – komenderował chłopak, a Nowak jechał, zaciskając zęby.
Stanęli w końcu przed rozwidleniem, przy kapliczce, w której smętny drewniany Chrystus mókł, trzymając w dłoniach jeszcze bardziej smętny bukiet sztucznych kwiatów. Jedna droga w prawo, druga w lewo. Obie sprawiały wrażenie trasy raczej dla traktorów czy samochodów terenowych niż dla zwykłego poloneza, ale może tak się tylko wydawało, bo w mętnym żółtoszarym świetle samochodowych reflektorów trudno być czegokolwiek pewnym.

Może.

Spojrzał na Piotrka, a ten pokręcił głową. Po jego policzkach spływały duże dziecięce łzy.

– Nie pamiętam... Mijałem tę kapliczkę, ale nie wiem, czy przyszedłem z prawej, czy z lewej strony. W każdym razie...

– No? – sierżant warknął i młody wcisnął się głębiej w fotel, jakby chciał w nim zniknąć.

– Jesteśmy gdzieś niedaleko, naprawdę...

– Poczekaj tutaj. – Wyjął ze schowka latarkę, a po chwili namysłu też zachomikowanego na czarną godzinę snickersa i rzucił go chłopakowi.

Lodowata fala uderzyła Nowaka, gdy tylko otworzył drzwi. Wysiadł i wyprostował się, z trudem przezwyciężając instynkt, który nakazywał kulić się i osłaniać głowę. Na zboczu po prawej połyskiwały dwa światełka, jedno bliżej, drugie dalej. Walcząc z wiatrem ciskającym mu w twarz strugi deszczu, ruszył w stronę tego pierwszego. Wąska ścieżka wiodła do furtki, za nią w mroku majaczył zarys domu. Sierżant zawahał się, sięgając do klamki. W ciemnościach słyszał wściekłe ujadanie psa, ale też szczęk łańcucha, pchnął więc furtkę i wszedł do ogrodu.

Po kilkunastu sekundach dobijania się do drzwi otworzył mu lekko pijany mężczyzna. Z wnętrza domu dobiegało pobrzękiwanie kieliszków i śmiech, ktoś ładnym nawet głosem śpiewał „A kto z nami nie wypije...”. Pachniało świeżo upieczonym ciastem i Nowak dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest głodny.

Przedstawił się i pokazał legitymację. Gospodarz wybałuszył oczy.

– Do nas? Przecie...
– Nie do was. Wie pan może, gdzie tu jest wieś Podkowy?
– Podkowy? – Facet z trudem zbierał myśli, był jednak wystarczająco trzeźwy, żeby w końcu się udało. – Drogą pan pójdziesz, od kapliczki w lewo. I w górę. Tylko że to nie żadna wieś, a przysiółek. Trzy chałupy, w dwóch już nikt nie mieszka...

– A w trzeciej?
– No, taka kobita tam żyje.
– Nie ma przypadkiem nastoletniego syna?
– Syna? Skąd, w życiu. Sama jak palec jest.
– Daleko to?
– Z dziesięć minut. Pieszo, bo samochodem to pan tam nie wjedziesz.
– Dobrze, dziękuję. – Nowak chciał zabrać faceta ze sobą jako przewodnika, ale żal mu było odrywać człowieka od rodzinnej imprezy.

Jakoś trafię, pomyślał, kiedy zamykały się za nim drzwi, za którymi zostały ostatnie nuty Sto lat i zapach ciasta.

Anna Kańtoch, „Lato utraconych”. Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, czerwiec 2021. Str. 9-14.

Książka jest dostępna pod tym adresem

Materiał płatny od wydawnictwa Marginesy.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama