Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Polska sztuka ma wzięcie w sieci. Trzeba tylko umieć ją pokazać

Kamil Śliwiński Kamil Śliwiński Katarzyna Kimak / Arch. pryw.
Media społecznościowe, zwłaszcza umiejętnie wykorzystywane, są znakomitym medium do promocji czegokolwiek, dlaczego więc nie sztuki? – opowiada Kamil Śliwiński, twórca strony Polish Masters of Art.

ALEKSANDER ŚWIESZEWSKI: Sprawdziłem dwa razy, bo jakoś nie mogłem w to uwierzyć. Stronę Polish Masters of Art (PMoA), którą prowadzisz, śledzi na Facebooku więcej osób niż profile Zachęty czy Muzeum Narodowego w Krakowie. Jak to zrobiłeś?
KAMIL ŚLIWIŃSKI: Faktycznie, dziś możemy mówić już o ponad 110 tys. osób obserwujących stronę na samym Facebooku. Do tego należałoby dodać prężnie rosnące profile na Instagramie, Twitterze, a nawet LinkedInie. Ale jak to się stało, że społeczność zgromadzona wokół PMoA przerosła te skupione wokół największych instytucji kultury w Polsce? Prawdę mówiąc, sam nie wiem, choć oczywiście mogę się domyślać. Może chodzi o to, w jaki sposób staram się prezentować polską sztukę – praktycznie bez żadnej dodatkowej narracji, kierując się często wyłącznie własnymi upodobaniami. Nie próbuję komentować tego, co, kiedy i dlaczego pokazuję. Nie chcę też nikogo specjalnie edukować – głównym założeniem mojego projektu było, jest i będzie odkrywanie bogactwa polskiej sztuki, z wykorzystaniem tego, na czym znam się najlepiej, czyli nowych mediów. Wbrew pozorom mogą być one znakomitym miejscem do rozwijania artystycznych pasji, inspirowania, a przede wszystkim promowania polskiej kultury na świecie. Może właśnie takie podejście sprawia, że ludzie niezależnie od poglądów i gustów po prostu lubią zaglądać na Polish Masters of Art. Często żywo dyskutują czy udostępniają wpisy znajomym, motywując się wzajemnie do kontaktu ze sztuką, również twarzą w twarz. Zainteresowanie tzw. kulturą wysoką wciąż rośnie, a moja inicjatywa jest tego ciekawym dowodem – profile, które prowadzę, nigdy nie były w żaden sposób wspierane płatnymi kampaniami reklamowymi, a wszyscy obserwujący pojawili się tam całkowicie organicznie. Dziś bardzo mnie to cieszy, bo moja wieloletnia praca i dla wielu niezrozumiały upór w końcu przynoszą wymierne efekty.

Czytaj też: Muzea sztuki współczesnej. Kto liderem, kto outsiderem?

Skąd wziął się pomysł na tę stronę?
Na dobrą sprawę wszystko zaczęło się już prawie osiem lat temu. Zmęczony pracą w dużych korporacjach, gdzie zajmowałem się szeroko pojętym digital marketingiem, szukałem jakiejś odskoczni od nużących tabelek, wykresów, statystyk i analiz, słowem: pasji. Zainteresowałem się wtedy jeszcze bardziej spuścizną po Zdzisławie Beksińskim, dzisiaj artystą niezwykle popularnym, nie tylko w Polsce. W 2014 r., gdy ukazała się znakomita książka biograficzna Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”, kolejny boom wokół jego twórczości był jeszcze w zalążku.

To wtedy, po nawiązaniu kontaktu z paryskim marszandem Beksińskiego, który poszukiwał miejsca dla swojej kolekcji sztuki w Warszawie, postanowiłem wykorzystać swoje doświadczenie zawodowe i zająć się twórczością mistrza z Sanoka właśnie w sieci. Dopiero po kilku latach stwierdziłem, że fajnie byłoby wykorzystać potencjał moich działań wokół Beksińskiego i skupić je na projekcie poświęconym nieco szerzej polskiej sztuce, a nie wyłącznie dorobkowi jednego artysty. I tak mniej więcej od końca 2017 r. projekt Polish Masters of Art nabiera wiatru w żagle, by dziś gromadzić już naprawdę sporą społeczność miłośników sztuki.

Czytaj też: Literalizm. Jak dosłowność niszczy sztukę

Mam rozumieć, że za tym całym przedsięwzięciem stoi jedna osoba?
Zgadza się. To samo pytanie pojawia się często w wiadomościach, które otrzymuję na profilach PMoA. Myślę, że zdecydowana większość obserwujących wciąż ma wrażenie, że za projekt odpowiada znacznie więcej osób.

Cały sztab.
Dokładnie. Staram się prowadzić komunikację bardzo regularnie na każdej ze stron. Może to sprawia wrażenie, że odpowiada za nie liczny zespół. Kilka lat pracy na stanowisku menedżera, zwłaszcza w tak dynamicznie rozwijającej się dziedzinie, jaką jest marketing w sieci, pozwoliło mi wyciągnąć solidną lekcję organizacji czasu i własnej pracy. Dlatego dziś, nawet w tak niełatwym temacie, jakim jest popularyzacja sztuki, odpowiednio zaplanowane działania przynoszą znakomite efekty i generują zasięgi często nieosiągalne dla instytucji kultury, nierzadko pozbawionych jakichkolwiek budżetów na działanie w nowych mediach.

Na PMoA prezentujesz malarstwo, rzeźbę, fotografię, ale i polską szkołę plakatu. Koncepcja jest taka, żeby pokazywać całą różnorodność rodzimej sztuki?
Zgadza się, od samego początku miała to być inicjatywa prezentująca przekrojowo ogrom polskiej sztuki, w jak najpełniejszym wymiarze, skupiająca ludzi, którzy się nią żywo pasjonują. Oczywiście w internecie jesteśmy ograniczeni samym medium, stricte wizualnym, stąd też malarstwa na PMoA jest najwięcej. Natomiast i nasza niesamowita polska szkoła plakatu, o której wspomniałeś, i dla przykładu awangardowa fotografia sprzed dziesięcioleci często cieszą się równie dużą popularnością co arcydzieła wielkich mistrzów pokroju Matejki, Bilińskiej, Malczewskiego czy Łempickiej.

Kamil ŚliwińskiKatarzyna Kimak/Arch. pryw.Kamil Śliwiński

Co budzi większe zainteresowanie w sieci: sztuka dawna czy nowoczesna? Czyli co generuje większe zasięgi, mówiąc internetowym żargonem.
Wystarczy rzut oka na statystyki PMoA, by śmiało odpowiedzieć, że panuje zadziwiająca wręcz równowaga. Prace młodych twórców często budzą podobne zainteresowanie co dzieła, które zna praktycznie każdy z nas. Wynika to pewnie z faktu, iż młoda sztuka w sposób naturalny komentuje otaczającą nas rzeczywistość, a co za tym idzie, wywołuje nieco bliższe nam emocje. Takim publikacjom towarzyszą często naprawdę płomienne dyskusje, które jeśli tylko wykraczają poza granice dobrego smaku, staram się odpowiednio tonować. Sam wiesz, że polski internet to świetne pole do popisu dla tych, którzy uwielbiają komentować, a niekoniecznie mają cokolwiek do powiedzenia, nasze przepychanki słowne w sieci przeszły już chyba do historii (śmiech).

Czytaj też: Boom na dzieła sztuki. Zobacz, co Polacy kupują w pandemii

Na stronie PMoA młodych twórców promujesz m.in. w ramach cyklu #YoungMasters.
Pomysł na urozmaicenie, a zasadniczo podzielenie komunikacji pojawił się mniej więcej dwa lata temu. Stwierdziłem, że fajnie byłoby umożliwić młodym twórcom „ogrzanie się” przy sławie wielkich mistrzów. Skoro dzieła klasyków cieszą się tak dużą popularnością, to dlaczego nie dać szansy zaistnienia wartościowej sztuce współczesnej? Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że ludzie są nią tak samo bardzo zainteresowani. Staram się więc w miarę możliwości śledzić młodą polską sztukę – szperam po autorskich profilach twórców, przeglądam oferty galerii i domów aukcyjnych, śledzę przeglądy, festiwale, konkursy etc. Później staram się wplatać w komunikację PMoA najciekawsze znaleziska właśnie w ramach cyklu #YoungMasters. Dla przykładu: niedawno udostępniłem o poranku akwarelę jednej z młodych trójmiejskich artystek i wzbudziła ona większe zainteresowanie niż wrzucony wieczorem tego samego dnia „samograj” Jana Matejki, czyli „Stańczyk”, który zawsze budzi ogromne emocje. Jak widać, z perspektywy internetu i widza, który nierzadko nie zdaje sobie nawet sprawy z ogromu polskiej sztuki, potencjał takich publikacji może być prawie taki sam, podobnie jak efekty w postaci zaangażowania osób obserwujących.

Czytaj też: Efektowne aukcje młodej sztuki

Młodzi artyści zgłaszają się do ciebie czy głównie sam wynajdujesz ich prace?
Pół na pół. Otrzymuję ogromnie dużo wiadomości od artystów, taki urok działania w mediach społecznościowych, ale równie często odzywają się znajomi czy wręcz fani tych twórców, przesyłając naprawdę znakomite propozycje do opublikowania. I tak właśnie społeczność zgromadzona wokół PMoA sama również uczestniczy w tworzeniu tego miejsca.

Cała inicjatywa działa tylko dzięki wsparciu internautów?
Dziś już niestety tak, gdyby nie finansowanie społecznościowe, projektu PMoA prawdopodobnie już by nie było – to moje codzienne zajęcie, a jak wiadomo, samą pasją trudno się utrzymać. W 2020 przez pół roku byłem beneficjentem stypendium ministra kultury z zakresu upowszechniania kultury, ale to jedyne wsparcie, jakie otrzymałem od instytucji rangi ministerialnej czy miejskiej – większość moich prób pozostaje nawet bez odpowiedzi. Na szczęście mogę liczyć na wsparcie ludzi, którzy od lat doceniają to, co robię – z tego miejsca chciałbym im bardzo podziękować i jednocześnie zachęcić do wspierania projektu PMoA za pośrednictwem serwisu Patronite.

Czy masz jakąś radę dla rodzimych instytucji muzealno-galeryjnych, żeby docierały ze sztuką do większego grona odbiorców?
Polskie instytucje w końcu przestały patrzeć na internet i nowe media po macoszemu, choć do światowych standardów wciąż nam daleko. Muzea zaczynają rozumieć, że różne sieci społecznościowe mogą być dla nich świetnymi platformami do promocji różnorakich działań. Gdybym mógł coś zasugerować, zapewne poradziłbym, by kadry kultury śmielej patrzyły w kierunku pasjonatów, którzy w internecie działają od dawna, mają już know how i często niemałe społeczności fanów. Proszę mi wierzyć, jest mnóstwo wartościowych blogów, podkastów i portali poświęconych sztuce tworzonych przez ludzi z pasją, którzy często podobnie jak ja borykają się z problemem finansowania. Gdyby tak ukłonić się w ich kierunku, można by wspólnymi siłami dotrzeć do jeszcze większego audytorium, tworząc tym samym coraz to ciekawsze projekty.

Czytaj też: Na malarstwo patriotyczne idą miliony

Platformy społecznościowe to realna szansa na międzynarodową rozpoznawalność?
Wydaje mi się, że tak. Patrzę na to przede wszystkim przez pryzmat polskiego mistrza dystopijnego surrealizmu Zdzisława Beksińskiego, którego spuściznę odkrywam i badam od lat, a który stał się bardzo popularny za granicą właśnie dzięki internetowi. Media społecznościowe, zwłaszcza umiejętnie wykorzystywane, są znakomitym medium do promocji czegokolwiek, dlaczego więc nie sztuki? Na profilach poświęconych Beksińskiemu, które prowadzę znacznie dłużej niż PMoA, regularnie udzielają się muzycy popularnych zespołów rockowych, jak Tool czy Mastodon, wielu naprawdę znanych twórców ze świata kultury i filmu, choćby reżyser Guillermo del Toro czy aktor Kiefer Sutherland. To za pośrednictwem nowych mediów jesteśmy w stanie docierać do osób, z którymi kontakt wydaje się nam często całkowicie nierealny.

Kamil ŚliwińskiKatarzyna Kimak/Arch. pryw.Kamil Śliwiński

Profil na Facebooku poświęcony Beksińskiemu śledzi blisko pół miliona użytkowników. To ewenement w skali polskiej sieci.
Myślę, że już nie tylko w skali polskiej sieci. Obok Facebooka jest jeszcze równie popularny Instagram, idealna platforma dla sztuk wizualnych, a nawet Twitter, który daje znacznie większe możliwości dotarcia do fanów z USA. W Polsce niewielu jest twórców, nawet żyjących, którzy zgromadzili wokół swej sztuki tak duże społeczności miłośników.

Beksiński to w zasadzie jedyny tak dobrze rozpoznawalny przez ogół społeczeństwa powojenny artysta.
Zgadza się i największa w tym zasługa samego artysty, naprawdę niezwykłego człowieka, a także profetycznej twórczości, którą nam zostawił. Była czymś niesamowitym już za jego życia, ale dziś nabiera dodatkowego wymiaru. Często sam porównuję Beksińskiego do Salvadora Dalí czy Hansa Rudolfa Gigera – każdy z nich miał wizjonerską wyobraźnię i zostawił po sobie ogromną spuściznę, każdy wyprzedzał swoje czasy i regularnie spotykał się z krytyką – taki los największych. Oczywiście tragiczna historia rodziny Beksińskich nie pozostaje tu bez znaczenia – okrutne morderstwo, samobójstwo syna, wczesna śmierć żony. Wielu ludzi zarzucało Zdzisławowi, że swoją twórczością sam sprowokował los. Całe szczęście tak niedorzeczne opinie odeszły już w zapomnienie i mogliśmy skupić się na tym, co najważniejsze: na sztuce. Dziś znów bije rekordy popularności, wystawy przyciągają tysiące odwiedzających, a ja mam ogromną przyjemność uczestniczyć w tym od środka, już nie tylko prowadząc „jakieś strony” w internecie. Wszystko to oczywiście za zgodą spadkobiercy, Muzeum Historycznego w Sanoku i mam nadzieję w taki sposób, jakiego życzyłby sobie sam twórca. Zresztą bardzo ogólnie podejście do komunikacji na PMoA również wzięło się od niego – artysta nie tytułował swoich prac, w żaden sposób nie narzucał sposobu ich interpretacji, pozostawiał wszystko nam, widzom. To, jak wygląda dziś PMoA, jest też w dużej mierze zasługą tego podejścia mistrza Beksińskiego do własnej sztuki.

Czytaj też: Alicja Knast: Inaczej niż Czesi pokazujemy sztukę

Jak odbierasz świadomość artystyczną w naszym kraju? Zmienia się na plus?
Faktycznie bardziej interesujemy się kulturą i sztuką. Zaczynają stanowić coraz istotniejszą część naszego życia. Jeszcze niedawno panowało mylne przeświadczenie, że sztukę można znaleźć wyłącznie w muzeach – dla wielu zbyt cichych, wręcz sterylnych gmachach, do których niekoniecznie chcieliby wchodzić, właśnie ze strachu przed zbyt poważną atmosferą. Ale na szczęście podejście Polaków do obcowania ze sztuką i samo jej postrzeganie bardzo dynamicznie się zmienia. Zdajemy sobie sprawę, że nas otacza i możemy się z niej cieszyć dosłownie wszędzie. Poszukujemy jej w internecie, interesujemy się sztuką w przestrzeni publicznej, chętniej chodzimy na wystawy, odwiedzamy galerie, kupujemy plakaty i reprodukcje. Otaczamy się sztuką tam, gdzie mieszkamy, w naszych domach. Oczywiście wciąż jesteśmy nieco za zachodnią częścią Europy i przyjaciółmi zza oceanu, ale to nie wynika z jakichś kompleksów, ale tragicznej historii XX w., doświadczeń wojny, okupacji, dyktatu obcych. Ciągle ambitnie nadrabiamy zaległości, i to naprawdę dobrze wróży na przyszłość.

Czytaj też: Odzobaczyć się nie da. Krzykliwy polski postmodernizm

Prowadzisz jeszcze trzecie przedsięwzięcie: promujesz w sieci twórczość Stanisława Szukalskiego, jednego z bardziej kontrowersyjnych twórców polskiej sztuki w XX w. Dlaczego właśnie on?
Przypadek. Pod koniec 2018 r. w Paryżu trafiłem na oryginalny album Szukalskiego, który artysta wydał na początku lat 20. Prawdziwy biały kruk. Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z jego sztuką. Dosłownie kilka tygodni później premierę na Netflixie miał dokument poświęcony jego twórczości. Zafascynowany albumem i historią przedstawioną w filmie, postanowiłem skontaktować się z jego twórcami i spadkobiercami artysty, przemiłą parą mieszkającą w kalifornijskim Burbank. Zacząłem drążyć temat, jak się później okazało, szalenie interesujący, bo Szukalski był wyjątkowy pod każdym względem. W tle są jego nacjonalistyczne poglądy z lat 30., których pod koniec życia się wstydził, a które niewątpliwie wywarły piętno na jego sztuce. Zainteresował mnie tak mocno również dlatego, że wydawał się zupełnym przeciwieństwem Beksińskiego – niby obaj genialni, ale jeden był cichym i spokojnym domatorem, a drugi rozkrzyczanym megalomanem i obieżyświatem. W pewnym sensie coś mi się tu zrównoważyło. Z jednej strony Beksiński, z drugiej Szukalski, a pośrodku Polish Masters of Art.

Czytaj też: Jak widzą świat hiperrealiści

Od czasu premiery dokumentu Netflixa minęły trzy lata i w zasadzie niewiele się wydarzyło.
Film odbił się szerokim echem w popkulturze, ale nie spowodował wysypu wystaw, pokazów czy prezentacji dzieł Szukalskiego. Radykalne poglądy Stacha wciąż czynią jego twórczość niewygodną do prezentowania, a on sam jest przecież artystą zupełnie nieobecnym w polskiej historii sztuki – został z niej skutecznie wygumkowany jeszcze za życia. Ta niewiarygodna historia zachwyca praktycznie na całym świecie, w szczególności w obu Amerykach. Dziś spuścizna Stacha z Warty ciągle budzi ogromne zainteresowanie za granicą, ale na zasłużony boom w Polsce przyjdzie nam chyba jeszcze zaczekać.

Na profilach PMoA pojawia się dużo sztuki kobiet. Czy nie myślałeś, żeby stworzyć stronę poświęconą twórczości jednej z artystek? Na myśl przychodzi choćby Zofia Stryjeńska.
Takie strony już istnieją, pojawiają się często przy okazji publikacji książkowych. Już teraz warto zwrócić uwagę chociażby na takie projekty jak „Polki na Montparnassie” świetnej pisarki Sylwii Zientek czy oddolną inicjatywę Muzeum HERstorii Sztuki przy Muzeum Rodziny Kossaków w Krakowie prowadzoną przez Asię Warchał-Beneschi. Na PMoA staram się zachować zdrową równowagę pomiędzy twórczością mężczyzn i kobiet, choć oczywiście nie jest to łatwe – nawet akademie przez dziesięciolecia skutecznie blokowały działania artystyczne tych drugich. Mamy wiele artystek, których twórczość jest praktycznie zapomniana, i tu zdecydowanie jest potencjał na kolejne inicjatywy poświęcone ich życiu i sztuce, w sieci i nie tylko.

Czytaj też: U nas stracona dekada. A na świecie? Wyzwolona sztuka lat 80.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Apartamentowce na skażonej ziemi. Ludzie chcą tu mieszkać, a nie powinni

Jak to możliwe, że na skażonych gruntach powstają budynki mieszkalne?

Ryszarda Socha
22.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną