Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Kultura

Fragment książki „Resortowe dziecko (najgorszego sortu)”

„Resortowe dziecko (najgorszego sortu)” „Resortowe dziecko (najgorszego sortu)” mat. pr.

Historie z książki „Resortowe dziecko (najgorszego sortu)” Krzysztofa Topolskiego.

„Opłata za sprawdzenie czasu na zegarze”

Nasz zaś najlepszy numer polegał na tym, że chodziłem koło Zamku Królewskiego w Warszawie ubrany w mohairową marynarkę, do której Iwona przyszyła mi wielkie złote epolety, a do kieszonki miałem przypięte kanadyjskie prawo jazdy. Jak tylko widziałem, że ktoś patrzy na zegar z zamkowej wieży, podchodziłem do niego i mówiłem, że jestem przedstawicielem kanadyjskiej spółki, która niedawno temu kupiła ten zegar na własność więc za sprawdzanie czasu pobiera od każdego opłatę – 10 tysięcy złotych (przed denominacją). Do tego jeszcze mieliśmy podstawionych pomocników, którzy podchodzili do mnie, kiedy kogoś przekonywałem do zapłaty i sami mi ją bez oporu wręczali, tłumacząc, że to za sprawdzenie czasu. Cyrk był niebywały.

„Prywatny koncert gwiazd”

Wszystko jest już prawie gotowe, wielkie otwarcie ma nastąpić w dniu poprzedzającym mówiąc po naszemu noc świętojańską, a po szwedzku Midsommarafton. I wtedy wybucha bomba…

W Szwecji istniała wtedy taka subkultura młodzieżowa, grupy czy wręcz gangi 18-25-latków, jeżdżących amerykańskimi samochodami z lat 50., kompletnie olewających policję i wszelkie przepisy, a nawet prawo, bo byli oni na granicy przestępstwa. Nazywano ich Raggare. Taki skandynawski odpowiednik amerykańskich motocyklowych Black Angels. Szwedzi ich nie lubili, ale też przede wszystkim bali się, jak jasna cholera. I oto okazało się, że Raggare postanowili w tym właśnie roku, kiedy my robiliśmy swój biznes życia, spotkać się na Midsommarafton właśnie na Olandii. Czym wystraszyli prawie wszystkich, którzy planowali przyjechać na wyspę. Spodziewano się bodaj jakieś 10 tysięcy turystów. Przyjechało – tysiąc… Ale i ci pryskali z wyspy, jak na miejscu zobaczyli dwa tysiące tych Raggare, bo wcześniej nie doczytali o tym w gazetach. A jak nawet nie pryskali, to siedzieli na swoim polu namiotowym i nosa z niego bali się wyściubić. Mamy więc na zapleczu sceny największe gwiazdy. A na widowni, zamiast spodziewanych kilkuset ludzi – może 20… Nigdy tego nie zapomnę. Nigdy.

Idziemy do zespołu, który miał występować jako pierwszy i mówimy prawdę: - Nie ma widzów, nie będzie kasy, nie występujcie. A zespół na to: - Spoko. My jesteśmy na takie wypadki ubezpieczeni, ale zagrać musimy, bo tylko wtedy dostaniemy odszkodowanie.

I tak przez wszystkie wieczory trzydniowego święta, które miało nam sfinansować wszystkie dotychczasowe koszty: dwugodzinny koncert prawdziwych gwiazd, a na widowni 20-25 gości i może 15 osób z obsługi, w tym fryzjer, Jurek, Gabryś i ja.

Krzysztof Topolskimat. pr.Krzysztof Topolski

„Painting. Swedish quality”

Wykonaliśmy jeszcze jedną usługę malarską. Reperowałem bowiem swojego mini morrisa, w którego ktoś mi wjechał od tyłu na autostradzie, w luksusowej firmie „British United Cars”. Żeby wynegocjować najniższą cenę tej reperacji, wziąłem ze sobą Henia, bo znał wówczas angielski lepiej ode mnie. Na miejscu Henio fachowym wzrokiem obrzucił mury tego warsztatu, ogromnego, bo chyba z 50 na 30 metrów, a wysokości jakichś trzech i pół metra i oświadczył właścicielowi, że malowanie fasady wydaje mu się już konieczne. Ale kto by to zrobił, zmartwił się właściciel. „Tak się składa, odparł Henio, że posiadamy firmę „Swedish quality” i możemy to zrobić. Niestety, Heniu uwielbiał robić wrażenie. Duszę za to potrafił oddać, Dlatego z przerażeniem usłyszałem, jak proponuje za to malowanie cenę, która nie mogła pokryć nawet połowy kosztu potrzebnej farby, o robociźnie już nie mówiąc. Rozpaczliwie próbowałem wytłumaczyć, że to koszt tylko jednej warstwy, a potrzebne są ze trzy, ale tyle zwojowałem, że cena trochę podskoczyła, lecz nadal nie rekompensowała spodziewanych kosztów. Znów ja musiałem wleźć na drabinę, ale mimo dziarskiego machania ogromnym pędzlem ławkowcem, po kilku godzinach zrobione były może dwa procenty całości, taki to był ogrom. Kombinujemy, kombinujemy, aż wpadamy na pomysł, że my tę farbę rozpylimy maszynowo. Tym łatwiej, że dwie ściany nie miały żadnych okien.

Wynajęliśmy odpowiednią aparaturę, dziarsko maluję przez pierwszy kwadrans, kiedy słyszę z dołu Henia: „Krzysiek, mamy problem”. Jaki problem? „Nie wzięliśmy pod uwagę faktoru wiatru”.

Schodzę i patrzę… Ja pierdolę! Jaguary, rolls-royce’y wszystkie pomalowane na żółto. Tak upadła firma „Painting. Swedish quality”.

„Jak stracić pracę w kwadrans?”

Mamy więc prawko i zgłaszamy się do firmy reprezentującej zarazem związek zawodowy kierowców i oświadczamy, że jesteśmy właśnie kierowcami ze Szwecji, z doświadczeniem na szwedzkich ciężarówkach i szukamy pracy. „No problem”, okazuje się. Mamy tylko wybrać, czy będziemy jeździć na długie trasy, czy lokalnie, w Toronto. Wybieramy lokalnie. Dostajemy od ręki po ofercie i ja już po dwutygodniowym kursie melduję się fabryce konfekcjonującej przyprawy, które trzeba rozwozić po sklepach. Siadam za kierownicą wozu stojącego przy zagłębionej w terenie rampie. Co ważne: wozu innego typu niż ten, który miałem na kursie. Mam mapę z zaznaczonymi punktami dostawy. Muszę podjechać pod górę i już jestem przy ulicy, w którą muszę skręcić – w lewo lub w prawo. Niestety, nie wiedziałem, że tych ciężarówkach hamulce nie są hydrauliczne i nie działają, póki ich nie napompujesz, czyli nie sprężysz powietrza…

Ruszam więc z pewnym impetem, bo po górkę i kiedy po chwili jestem przy ulicy, w którą mam skręcić, orientuję się, że hamulec nie działa. I wiem już, że przy tej szybkości nie mogę skręcać, bo przewrócę auto. Pozostaje mi jechać prosto przed siebie, gdzie po drugiej stronie ulicy stoi pawilon McDonalda a przed nim wielkie M. Na tym „M” właśnie się zatrzymuję. Tracę pracę po kwadransie…

„Jak zostać managerem w miesiąc”

Finansowo zyskałeś na tej nowej pracy? I to jak! System wynagrodzeń był wyłącznie prowizyjny, żadnej pensji, żadnego ubezpieczenia. Tylko kasa co tydzień od zysku na sprzedanych samochodach.

Bardzo dobrze zarabiający sprzedawca mógł żyć na wysokiej stopie życiowej, jeśli sprzedał miesięcznie 15-16 aut. Ja w pierwszym miesiącu miałem na koncie 35. Moje zarobki wzrosły mniej więcej trzykrotnie. Ale nie ma róży bez kolców. Moje wyniki wywołały niechęć niektórych innych sprzedawców oraz menadżera używanych aut, z którym zawsze się wykłócałem o wycenę używanego samochodu klienta, oddawanego w rozliczeniu i który, co gorsza, był po prostu fatalnym, bo nieelastycznym negocjatorem. Dlatego po dwóch miesiącach poszedłem do Robertsa i powiedziałem, że odchodzę.

Wiedziałem, że znajdę pracę w każdym innym salonie. Wystarczyło pokazać dowody moich wypłat, pokazujące, ile potrafię sprzedać. Roberts wtedy zaproponował mi przejście do swojego drugiego salonu – Checkpoint Datsun (czyli dzisiejszy Nissan), ale od razu na pozycję nie szeregowego sprzedawcy, lecz asystenta menadżera. To praca już z niewielką, ale stałą pensją (niewielką wobec reszty zarobku, bo wynosiła ona jakieś trzy czwarte moich dochodów z wcześniejszej pracy za kierownicą), no i nadal się też samemu sprzedaje, a do tego zastępuje się menadżera, bo w sytuacji, gdy salony sprzedaży otwarte były od 9 rano do 9 wieczór (w sobotę do szóstej) żaden menadżer nie wytrzyma 69 godzin tygodniowo; a w zasadzie to jeszcze dłużej, nawet 75, bo faktycznie pracowało się „do ostatniego klienta”, czyli jeśli przyjdzie on na pół godziny przed zamknięciem, to i tak trzeba zostać tak długo, by mógł kupić auto i by załatwić całą papierkową robotę przy tej sprzedaży.

Okładka „Resortowe dziecko (najgorszego sortu)”mat. pr.Okładka „Resortowe dziecko (najgorszego sortu)”

„Bandycki lombard, a nie komis”

Coś mnie zaniepokoiło już na lotnisku, bo gość, który po mnie wyszedł ubrany był jak sam prezes, łącznie z muszką zamiast krawata, a w dodatku zaprosił mnie do samochodu, którym był lincoln continental i to w wydłużonej wersji, ale przede wszystkim – w wersji opancerzonej (to można rozpoznać po grubości szyb, bo z zewnątrz nic nie widać). No cóż… zwykli ludzie, nawet bogaci biznesmeni czymś takim nie jeżdżą. Jedziemy do pięciogwiazdkowego, potwornie drogiego hotelu, gdzie ma mieścić się centrala tej firmy. Jak na firmę handlującą starymi autami, rozrzutność co najmniej zastanawiająca. Wchodzimy do sali konferencyjnej, gdzie przy wielkim stole siedzi siedmiu facetów, też wszyscy w muszkach, o aparycjach w dodatku raczej latynoskich niż anglosaksońskich.

Siadam, stawiam koło siebie teczkę, w której mam ten magnetofon, włączony przeze mnie już w momencie, kiedy wyszedłem z samolotu. Z rozmowy zaś wynika, że schemat biznesu jest następujący: klient daje im w komis auto warte 20 tysięcy, w zamian dostając od razu pożyczkę 5 tysięcy, z której odsetki spłaca co tydzień. Po dwóch miesiącach oni przychodzą do klienta z kasą za sprzedane auto, ale jeśli go nie sprzedadzą, to on dalej spłaca odsetki i może wykupić w ten sposób swój samochód. „Zaraz, zaraz – mówię – to macie po czterech tygodniach zysk w postaci odsetek w kwocie 500-600 dolarów, podczas gdy my, sprzedając swoje używane auta, osiągamy jakieś 1,5 tysiąca zysku”. „A nie, nie – oni na to – my nie jesteśmy raczej zainteresowani, by to auto sprzedać, nas interesują odsetki przez dłuższy czas”. Uff… znaczy to raczej bandycki lombard, a nie komis, zaczynam rozumieć. Przecież faktyczne oprocentowanie takiej pożyczki wynosi w skali roku dobrze ponad 100, a może być i 200%. Tylko dla ludzi, którzy desperacko potrzebują na cito kilku tysięcy dolarów. I w tym momencie przypominam sobie, że w mojej teczce chodzi ten magnetofon i jeśli ktoś z nich mi tam zajrzy, to ja już z tego pokoju nie wyjdę. Wtedy zrozumiałem co to znaczy, że „robi się gorąco pod czaszką”. Wiem, że muszę im powiedzieć, że jestem oczywiście ogromnie zainteresowany jakąś współpracą, ale niestety mam wspólnika, który niestety nie mógł przyjechać ze mną i niestety najpierw muszę to wszystko z nim przegadać. Ale oczywiście natychmiast, jak tylko go spotkam, to się skontaktuję. „To zadzwoń do niego”.

Natychmiast wymyślam jakieś skomplikowane kłamstwo, dlaczego nie mogę, bo oni widzą, że mam przy sobie telefon komórkowy, a raczej tę wielką cegłę, jakim był on na początku. „No trudno, wspólnik święta rzecz! Ale pan wraca teraz do Toronto? To my pana odwieziemy…”.

Książkę „Resortowe dziecko (najgorszego sortu)” można zamówić tutaj: www.resortowedziecko.pl

Polityka 30.2022 (3373) z dnia 19.07.2022; Kultura; s. 91
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pusty Kościół. To już jest krach

Ks. prof. Andrzej Kobyliński o problemie pedofilii i innych grzechach polskiego Kościoła, kryzysie powołań oraz galopującej laicyzacji młodych.

Joanna Podgórska
04.03.2021
Reklama