Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Kultura

Fragment książki „Bunt na Bounty. Historia prawdziwa”

„Bunt na Bounty. Historia prawdziwa” „Bunt na Bounty. Historia prawdziwa” mat. pr.

PRELUDIUM

Spithead, zima 1787 roku

Na falach zmętniałego zimowego morza kołysał się niewielki okręt, na którym młody brytyjski porucznik marynarki wojennej z niepokojem oczekiwał na najważniejszą i najtrudniejszą podróż w swojej wciąż krótkiej, ale obiecującej karierze. Trzydziestotrzyletni William Bligh został wybrany przez rząd Jego Królewskiej Mości, aby z Tahiti na południowym Pacyfiku zabrać sadzonki chlebowca, a następnie przetransportować je na plantacje w Indiach Zachodnich. Jak większość Pacyfiku, Tahiti – Otaheiti – nadal była mało znana. Przez wszystkie wieki podróży morskich na jej wodach zakotwiczyło mniej niż tuzin statków przybyłych z Europy. W jednej z owych podróży uczestniczył także sam Bligh, dziesięć lat wcześniej, kiedy pływał pod dowództwem wielkiego kapitana Cooka. Teraz miał poprowadzić własną ekspedycję – jeden niewielki statek o nazwie „Bounty”.

Po przybyciu do Spithead, na początku listopada, zaprowiantowaniu i zaopatrzeniu statku na osiemnaście miesięcy Bligh z niepokojem oczekiwał na ostateczne rozkazy admiralicji, które pozwoliłyby mu wyruszyć w morze. Czekała go podróż licząca około 16 tysięcy mil, podczas której musiał przepłynąć wokół przylądka Horn, jednego z tych najbardziej sprzyjających występowaniu burz obszarów na świecie. Bligh doskonale wiedział, że w razie dalszego opóźnienia dopłynie do przylądka, kiedy pogoda będzie najgorsza z możliwych. Zanim jednak pod koniec listopada dotarły rozkazy, warunki atmosferyczne w samym Spithead pogorszyły się do tego stopnia, że Bligh zdołał dopłynąć zaledwie do Wight, skąd sfrustrowany napisał list do Duncana Campbella, swojego wuja i mentora.

„Jeżeli istnieje jakaś kara, którą można by wymierzyć grupie ludzi za zaniedbania, jestem pewien, że powinna zostać nałożona na admiralicję – pisał z gniewem 10 grudnia 1787 roku – za trzytygodniowe przetrzymywanie mnie w tym miejscu podczas łagodnego, odpowiedniego wiatru, który wyprowadził poza kanał wszystkie statki z wyjątkiem mojego, chociaż ja chciałem tego najbardziej”. Niemal dwa tygodnie później zmuszony był powrócić do Spithead, nadal zmagając się po drodze ze złą pogodą. „Nie da się powiedzieć, jaki może być tego wynik” – pisał Bligh do Campbella, ale jego niepokój narastał. „Będę starał się ominąć [Horn], ale przy silnych wichurach, jeżeli towarzyszyć im będzie deszcz ze śniegiem, moi ludzie nie będą w stanie tego znieść… W rzeczy samej, czuję, że moja podróż jest bardzo mozolna, i mam nadzieję, że cokolwiek by się wydarzyło, moja biedna rodzina będzie miała z czego żyć. Pociesza mnie to – kontynuował z pewnym samozadowoleniem – że cieszę się dobrym zdrowiem, i wiem, że cokolwiek mogłoby się wydarzyć, mam na to zasoby. Mój mały stateczek jest w najlepszym porządku, z moimi ludźmi i oficerami jest wszystko w porządku i czują się szczęśliwi pod moimi rozkazami”.

.mat. pr..

W końcu 23 grudnia 1787 roku „Bounty” opuścił Anglię i po trudnym rejsie dotarł do Santa Cruz na Teneryfie. Zakupiono tu świeżą żywość i dokonano napraw, gdyż silne sztormy uszkodziły statek. „Pierwsze fale, które w nas uderzyły, uniosły wszystkie zapasowe reje i część omasztowania” – informował Bligh, ponownie pisząc do Campbella. „Kolejne połamały kliny łodzi i roztrzaskały je, a ja wraz z moją biedną małą załogą zostałem pogrzebany w morzu…” Pomimo wyjścia w morze z irytującym opóźnieniem, burzliwego rejsu i niezliczonej liczby mil, które wciąż były przed nim, Bligh był teraz bardzo zdeterminowany – dużo bardziej nawet niż wówczas, kiedy wyruszał po raz pierwszy. 17 lutego 1788 roku skorzystał z tego, że napotkał brytyjski statek wielorybniczy, „Queen of London”, aby przesłać wiadomość sir Josephowi Banksowi, swojemu patronowi i człowiekowi, który stał za całym owym chlebowcowym przedsięwzięciem. „Jestem szczęśliwy i zadowolony z mojego małego statku, teraz jesteśmy w stanie okrążyć pół setki światów – pisał Bligh – zarówno moi Ludzie, jak i Oficerowie są posłuszni i dobrze usposobieni, a na obliczu każdego z nich widać radość i zadowolenie. Jestem przekonany, że nic bardziej nie sprzyja zdrowiu – nie mam powodu, aby wymierzać kary, gdyż nie mam przestępców, a wszystko wychodzi naprzeciw moim najbardziej optymistycznym oczekiwaniom”. „Wszyscy moi Oficerowie i Młodzi Dżentelmeni są posłuszni i dobrze usposobieni – kontynuował w tym samym tonie w liście do Campbella – i teraz tak dobrze się rozumiemy, że powinniśmy pozostać takimi przez całą podróż…” Bligh był głęboko przekonany, że będą to jego ostatnie wiadomości z podróży na Tahiti. Jednak koszmarna pogoda na przylądku Horn sprawiała więcej kłopotu, niż mógł się spodziewać. Po całym miesiącu zmagań z burzami i wiejącymi w przeciwnym kierunku wichrami uznał swoją porażkę i zmienił kurs na Przylądek Dobrej Nadziei. Kierując się na Tahiti, mógł popłynąć przez Ocean Indyjski i Ziemię van Diemena (obecnie Tasmania) okrężną drogą, która była dłuższa od jego pierwotnej trasy o ponad dziesięć tysięcy mil.

„Przybyłem tu wczoraj – pisał do Campbella 25 maja z najbardziej wysuniętego na południe krańca Afryki – po tym, jak u przylądka Horn przez trzydzieści dni doświadczyłem fatalnej pogody… Myślałem, że przeżyłem już najgorsze, co można napotkać na morzu, ale nigdy nie widziałem tak gwałtownych wiatrów ani tak gigantycznych fal”. Nie mógł się oprzeć, aby nie dodać, że holenderski statek, który również dotarł do przylądka, pokonanie trasy przypłacił trzydziestoma zabitymi na pokładzie, a wielu innych członków załogi ciężko zachorowało. Bligh tymczasem przyprowadził całą swoją załogę, wszyscy byli w dobrej kondycji.

Załoga „Bounty” spędziła na przylądku cały miesiąc, dochodząc do siebie, i pod koniec czerwca była gotowa do wypłynięcia. Nadal mieli przed sobą trudne zadanie, ale Bligh miał teraz znacznie większą pewność siebie niż wówczas, kiedy rozpoczynał podróż. W rzeczy samej, okazał się idealnym dowódcą, którego odwaga, duch i entuzjazm w obliczu trudności i opóźnień rosły, a nie słabły. Wraz ze swoim statkiem i załogą przetrwał najgorsze trudy, z jakimi, według swoich przewidywań, miał okazję się zmierzyć.

Nastała długo oczekiwana cisza. Ale kiedy ponad rok później została przerwana, korespondencja Bligha dotarła nie z przylądka ani pozostałych portów, do których mógłby przybić na oczekiwanej trasie do domu, ale z Coupang (Kupang) w Holenderskich Indiach Wschodnich. Wiadomość, którą przekazywał w listach do Duncana Campbella, Josepha Banksa, a przede wszystkim swojej żony Elizabeth, była zupełnie nieoczekiwana, tak niezwiązana ze strumieniem zdecydowanych i pewnych siebie listów z poprzedniego roku, że niemal niezrozumiała.

„Moja Najdroższa Betsy – pisał 19 sierpnia 1789 roku wyraźnie zmęczony Bligh do żony – jestem teraz w części świata, w której nigdy nie spodziewałem się znaleźć, ale jest to jednak miejsce, które przyniosło mi ulgę i uratowało życie… Wiedz zatem, moja Droga Betsy, że straciłem «Bounty»…”

Książkę można zamówić pod tym adresem

Caroline Alexander, Bunt na Bounty. Historia prawdziwa, tłum. Fabian Tryl, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2022, s. 13-16.

Materiał płatny Wydawnictwa Poznańskiego

Reklama

Czytaj także

Kultura

Samotność noblistki. Jak nas podzieliła Olga Tokarczuk

Wydłużony miesiąc miodowy w kontaktach Polaków i laureatki najwyraźniej się skończył. Przy okazji okazało się, że Olga Tokarczuk, autorka koncepcji „czułego narratora”, ma bardzo wyczulonego czytelnika.

Bartek Chaciński, Aleksandra Żelazińska
12.08.2022
Reklama