Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Fragment książki Kena Adelmana „48 godzin, które zakończyły zimną wojnę”

„48 godzin, które zakończyły zimną wojnę” Kena Adelmana „48 godzin, które zakończyły zimną wojnę” Kena Adelmana mat. pr.
ROZDZIAŁ 4 – SOBOTA W REYKJAVÍKU – relacja z sesji z udziałem autora w tzw. bańce antyszpiegowskiej w ambasadzie amerykańskiej w Reykjaviku po pierwszej sesji rozmów Reagana z Gorbaczowem.

Kolejne sesje, bardziej niż ta otwierająca, pokazały, że Gorbaczowowi udało się sprytnie wmanewrować swoje skostniałe politbiuro w podejmowanie śmiałych decyzji. Tego ranka nie było to jeszcze jasne. Propozycja Gorbaczowa, by zostawić na boku kwestię rakiet brytyjskich i francuskich, stanowiła oczywiście odrzucenie zastrzeżenia, które strona radziecka podnosiła od dawna, a które jednak nie miało wielkiego znaczenia przez te wszystkie lata. Jego ulepszona propozycja dotycząca broni strategicznej była, owszem, ruchem do przodu, ale generalnie głównie ulepszeniem. Lecz te dwa kroki to o dwa więcej ze strony radzieckiej niż kiedykolwiek za prezydentury Reagana – o dwa więcej niż pięć lat wcześniej.

Pierwsza sesja pokazała również różnice osobowości i temperamentów obu przywódców. Oto Gorbaczow – prący do przodu, wręcz niecierpliwy, nieraz krytykujący prezydenta za jego powtarzanie się, mówiący szybko, niekiedy uszczypliwie. Oto zaś Reagan – opanowany, pewny swych przekonań, spokojnie skłaniający Gorbaczowa, by spojrzał na Inicjatywę Obrony Strategicznej, jak on sam na nią patrzył, tak jak jego zdaniem powinien patrzeć każdy rozsądny człowiek. Reagan był zdumiony, że ktokolwiek może patrzeć na sprawę inaczej, zwłaszcza po tym, jak tak przekonująco wszystko wytłumaczył.

Na tej pierwszej sesji Reagan pierwszy raz przywołał swoje ulubione rosyjskie powiedzenie: Dowieraj, no prowieraj. Zanim szczyt się skończył, to powiedzenie i analogia o masce gazowej były dla przywódcy radzieckiego równie irytujące, co skrobanie paznokciami po szkolnej tablicy.

I wreszcie, pierwsza sesja potwierdziła determinację Reagana, by podzielić się Inicjatywą Obrony Strategicznej, jeśli okaże się ona funkcjonalna – za darmo, ze wszystkimi, nawet, a może zwłaszcza ze Związkiem Radzieckim. Tak wspaniale naiwny pomysł mógł popierać, a tym bardziej stworzyć, jedynie Reagan.

Prezydent mówił o dzieleniu się projektem, chociaż Inicjatywa Obrony Strategicznej nie była jednym projektem, a raczej zbiorem najbardziej zaawansowanej technologii z zakresu cybernetyki, wczesnego wykrywania, miniaturyzacji, mechanizmów zapłonowych i tak dalej – a wszystko to połączone przez najbardziej zaawansowane techniki integracji systemów. Podzielenie się tym wszystkim byłoby jak wręczenie największemu wrogowi klejnotów rodzinnych. Prezydent śmiało wysuwał tę propozycję, chociaż podległy mu Pentagon blokował przepływy nawet najbardziej marginalnej technologii do Związku Radzieckiego i jego sprzymierzeńców.

Mimo to Reaganowi tak bardzo podobała się idea podzielenia się Inicjatywą Obrony Strategicznej, że miał ją wielokrotnie powtarzać. Wracał do tematu za każdym razem, gdy Gorbaczow narzekał, że Inicjatywa Obrony Strategicznej zagraża jego krajowi. W jaki sposób – pytał Reagan coraz bardziej wyczerpanego Gorbaczowa – skoro zamierzamy się nią podzielić z wami?

Zaraz po tym, jak Reagan i Gorbaczow opuścili dom Höfði, amerykańską delegację wezwano do ambasady na spotkanie z Shultzem w „bańce”136. Każda amerykańska ambasada na świecie ma swoją „bańkę” – niedostępne, wolne od podsłuchów pomieszczenie do przeprowadzania tajnych rozmów. Bańka w Reykjavíku, jak wszystkie inne, ma grube ściany z plastiku w środku, a z zewnątrz wyłożona jest lśniącym aluminium, przez co przypomina nieco boks biurowy owinięty w folię aluminiową. Wsparta jest na specjalnych blokach, aby nie dotykała żadną częścią samego budynku ambasady.

Bańki mają różne rozmiary i kształty. Ta, którą dysponowaliśmy w Genewie, miała stół konferencyjny i wygodne siedzenia dla dwudziestu pięciu osób. Bańka w Reykjavíku była jednak najmniejszą z możliwych, w sam raz dla kraju, w którym niewiele się zazwyczaj dzieje i w którym nic nie jest ściśle tajne. Znajdowały się tam cztery składane metalowe krzesła, najtańsze z dostępnych, stojące naprzeciw kolejnej czwórki przy drugiej ścianie. Maksymalnie osiem osób miało więc pewność, że ich sekrety pozostaną niewyjawione, nie mogło jednak mieć gwarancji, że wygodnie usiądzie.

Naszą siódemkę upchnięto w środku w oczekiwaniu na Shultza. Gdy tylko usadowił swoją pokaźną sylwetkę na ostatnim wolnym krześle, dwa pokrętła jak w sejfie zamknięto z zewnątrz, abyśmy byli całkiem bezpieczni. Jak to miał w zwyczaju, Shultz zaczął od samego początku i najpierw dokładnie podsumował wydarzenia poranka. Wspomniał, jak Gorbaczow i Reagan spotkali się i pozowali fotografom na schodach domu Höfði, jak później pozwolili robić sobie zdjęcia w środku, w salonie, jak podpisali się w księdze pamiątkowej i jak następnie przeszli parę metrów do małego pokoju konferencyjnego. Jak dotąd używał więc ściśle tajnego i skrajnie niewygodnego pomieszczenia, aby opowiedzieć nam to, co cały świat zdążył już zobaczyć na ekranach telewizorów.

Czyniąc zastrzeżenie, że jego relacja może nie być kompletna, jako że on i Szewardnadze przyszli chwilę po rozpoczęciu spotkania, Shultz powoli zbliżał się do kulminacji swej opowieści, kiedy nagle przerwało mu gwałtowne otwarcie sejfowych zatrzasków. Drzwi bańki otworzyły się na oścież i pojawił się agent służb specjalnych. Możliwe, że dostrzegł zdumienie na naszych twarzach, bo z fanfarami oznajmił: „Prezydent Stanów Zjednoczonych!”.

Zrobiliśmy to, co się robi, słysząc takie słowa: wszyscy stanęliśmy na baczność. Ten pełen szacunku gest sprawił, że byliśmy twarzą w twarz i brzuchem w brzuch. Prezydent przystanął w drzwiach, obejrzał całą scenę i rzucił, że ktoś powinien napełnić bańkę wodą i wykorzystać ją jako akwarium.

Przybycie prezydenta zrodziło pilny i oczywisty problem. Wraz z nim – a Reagan nie był niskim człowiekiem – już dziewiątka ludzi była upchnięta w tym miejscu z ośmioma siedzeniami. W tej grze w gorące krzesła ktoś z nas musiał odpaść. Prezydent oczywiście nigdzie się nie wybierał, przyszedł i miał zamiar zostać. Wszyscy pozostali też byli wysokimi urzędnikami i nie zamierzali wychodzić: sekretarz stanu Shultz, szef personelu Białego Domu Don Regan, doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego John Poindexter, negocjatorzy do spraw zbrojeń Paul Nitze, Max Kampelman i Edward Rowny oraz przedstawiciel Pentagonu Richard Perle.

Byłem tam też ja. Może nie ktoś całkiem marginalny, ale i nikt bardzo ważny. Wiedziałem, że jeśli chcę zostać – a na Boga, wiedziałem, że na pewno zostanę – musiałem działać szybko. Wskazałem więc na moje składane szare krzesło i powiedziałem: „Proszę siadać tutaj, panie prezydencie”.

Reagan uśmiechnął się z wdzięcznością i zaczął manewrować swą pokaźną sylwetką, aby dotrzeć na moje małe krzesło. Gdy to zrobił, ja usiadłem na podłodze, zajmując jej skrawek u jego stóp. Gdy wszyscy usiedli, miałem przed oczami osiem par kolan. Na szczęście agent służb specjalnych już nas zamykał w środku. Nasza dziewiątka była tak upchnięta, że kiedy jedna osoba się ruszyła, cała reszta musiała też zmienić pozycję. Zajmując miejsce na podłodze, usiłowałem siedzieć prosto, ale ostatecznie skończyłem lekko oparty o prezydenckie kolana. Prezydent zaczął, mówiąc, że jego pierwsza sesja z Gorbaczowem poszła dość dobrze. Zamiast wspominać, jak gwałtownie Gorbaczow opierał się w kwestii Inicjatywy Obrony Strategicznej, Reagan skupił się na jego akceptacji znacznego ograniczenia broni ofensywnej. Wszyscy obecni przyjęliśmy tę nowinę z uznaniem.

Kiedy jednak prezydent zaczął mówić o konkretnych propozycjach Gorbaczowa, wyraźnie zwolnił. Padła liczba 4600, ale nie wiadomo, czy chodziło o limit wyrzutni rakietowych, czy głowic. Było też jakieś 6000, co mogło tyczyć się broni strategicznej albo udźwigu rakiet. Co więcej, Gorbaczow wspomniał również o jakichś 3000 czy 3200, a może 3600 czegoś jeszcze innego.

Gdy prezydent zdał sobie sprawę, że podawane przez niego liczby są niejasne, spojrzał na Shultza. Sekretarz jednak nie potrafił lepiej wyjaśnić, co Gorbaczow miał na myśli. Nie można żadnego z nich winić, jako że kontrola zbrojeń to dziedzina skomplikowana, pełna skrótów i rozmaitych klasyfikacji. Niewielu ludzi potrafi to wszystko ogarnąć i bardzo, bardzo niewielu kiedykolwiek musiało to zgłębiać.

I nagle jakby w olśnieniu prezydent sięgnął do kieszeni na piersi i wyciągnął kartkę wręczoną mu przez Gorbaczowa. Na zwykłej białej kartce onieśmielająco zatytułowanej „Dyrektywy dla ministrów spraw zagranicznych ZSRR i USA do przygotowania porozumienia o rozbrojeniu nuklearnym” napisane było, co dokładnie proponował Gorbaczow. Prezydent uznał to za bardzo miły gest ze strony pierwszego sekretarza. Dla nas był to jednak dowód, że Gorbaczow wie, czego chce. Wówczas prezydent oddał głos sali – jakkolwiek mała ona była – czekając na sugestie. Niezdolni do przeanalizowania radzieckich liczb, nie mogliśmy przedstawić niczego sensownego. Po chwili niezręcznej ciszy zaproponowałem, by oprócz kontroli zbrojeń prezydent docisnął Gorbaczowa również w kwestii praw człowieka i w sprawie najważniejszych zagadnień regionalnych, jak ponad 120 000 radzieckich żołnierzy okupujących i siejących terror w Afganistanie.

Wydawało się, że prezydent zgadza się z tą sugestią – tak w każdym razie wyczytałem z ruchów jego kolan. Spodobał mu się także pomysł, by poprosić Gorbaczowa, aby jeszcze tego samego wieczoru eksperci od kontroli zbrojeń spotkali się i szczegółowo przedyskutowali jego propozycje. Nie bardzo rozumiałem, dlaczego miało to czekać aż do wieczora, skoro za dnia nie byliśmy szczególnie zajęci, zwłaszcza w czasie gdy obaj przywódcy mieli spotkanie. Tak czy inaczej, Reaganowi zasugerowano porę wieczorną i taką propozycję miał przekazać Gorbaczowowi.

Po wyjściu z bańki prezydent poszedł do sąsiedniej rezydencji ambasadora, gdzie zjadł szybki lunch i uciął sobie drzemkę, a może poczytał trochę w bujanym fotelu pod licznymi trofeami myśliwskimi Nicka Ruwego, przygotowując się na popołudniową sesję.

Ken Adelman, 48 godzin, które zakończyły zimną wojnę, tłum. Maciej Miłkowski, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2022, s. 96-100.

Książkę można zamówić pod tym adresem

Materiał płatny Wydawnictwa Poznańskiego.

Polityka 43.2022 (3386) z dnia 18.10.2022; Historia; s. 91
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama