Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Fragment książki „Projekt Tatry. Jak ocalić ludzi, naturę oraz przyszłość”

. . fot. Bartek Solik
– Wiedziałem, że dla miśków z Tatr stała się tragedia, ale nie ograniczono przyczyny – wspomina Filip. – Najpierw chciałem pokazać cały ten zgubny mechanizm w pracy naukowej.

Badacze tatrzańskich niedźwiedzi już pod koniec lat 80. zauważyli, że silny zapach resztek jedzenia przyciąga dzikie zwierzęta. W odchodach niedźwiedzi znajdowano opakowania po batonach czy woreczki foliowe po kanapkach. Im więcej jedzenia zostawionego przy szlaku, tym więcej pokus dla niedźwiedzi. Problem nabrzmiewał szczególnie w rejonie Łysej Polany i Morskiego Oka. To właśnie parkingi, schroniska i punkty gastronomiczne w tej części Parku były najczęściej odwiedzane przez Magdę. Jednak na tym etapie brakowało pomysłu, jak temu zjawisku przeciwdziałać.

– Wtedy jeszcze wydawało mi się, że to jest prostsze. Dopatrywałem się w tej plastyczności niedźwiedzia, tej jego adaptacji do człowieka, nieodwracalnej tragedii. Bałem się, że nie ma wyjścia. Dopiero po czasie zrozumiałem, że w adaptacji kryje się też pewna moc tego gatunku, że niedźwiedzie potrafią się przystosować do nietypowych nisz, tłumu na szlakach i w tej gęstej sieci znajdują jeszcze miejsce na codzienny odpoczynek, a nawet gawrę na zimę. Gdyby strach bardziej je paraliżował, to trudniej byłoby im znaleźć przestrzeń dla siebie. Pomyślałem, że wymierać będą raczej te gatunki, które w świecie zdominowanym przez człowieka się nie odnalazły. Wtedy jednak, kiedy pisałem pracę, patrzyłem na to emocjonalnie, skupiałem się na konkretnym osobniku.

Filip, zatrudniając się w TPN‑ie, trafił na przełomowy okres. Zaczynała się pojawiać nowoczesna technologia zmieniająca zupełnie badania dużych ssaków, ale zanim to nastąpiło, zdążył się jeszcze nauczyć poprawnych reguł tropienia. A w wypadku niedźwiedzia nie należą one do łatwych. Zwłaszcza że tropienie jest najprostsze na świeżym śniegu, lecz zima to czas, kiedy niedźwiedzie są najmniej aktywne.

.fot. Bartek Solik.

Jeśli już natrafi się podczas wędrówki na świeży odcisk łapy, dostępne są dwie strategie. Można tropić niedźwiedzia „w palce”, czyli podążając zgodnie z kierunkiem, w jakim się poruszał, lub „w piętę”, czyli w kierunku przeciwnym. To stąd pochodzący z języka myśliwskiego związek frazeologiczny: „gonić w piętkę”. Jeśli psy myśliwskie podczas polowania traciły trop, zaczynały gonić to w przód, to w tył. Gdy sięgamy po ten zwrot, chcemy zatem podkreślić, że ktoś wpada w błędny tok myślenia i działa trochę na oślep, nielogicznie. Dla tropiciela konsekwentne poruszanie się w piętę jest jak najbardziej logiczne i przydatne w dotarciu do miejsca gawrowania.

A jeśli trafi się w ten sposób do gawry wiosną, tuż po wybudzeniu niedźwiedzia, może uda się odnaleźć korek, czyli twardą kupę zrobioną po zimie, albo kłaczki sierści potwierdzające niejasne domysły o tym, że możemy stać w niedźwiedziej sypialni. Nie tylko kierunek, ale także rozmiar stopy będzie dla tropiciela istotny, bowiem w wypadku niedźwiedzia można go potraktować jak znak szczególny danego osobnika.

– To jest kulawy niedźwiedź, mój kumpel. – Filip wskazuje jedno ze zdjęć w swoim albumie. – Prawie narobiłem w gacie, uciekając przed nim. To opowieść z Dudowej. Chciałem mu zrobić zdjęcie, miałem go otropionego, wiedziałem, gdzie się znajduje. Nienaturalnie ciągnął tylną łapę, poruszał się z trudnością. Doszedłem do Doliny Dudowej, kręcił się obok szałasu, chciałem najpierw wybadać, w jakim jest nastroju, mam sposoby, co robić w takiej sytuacji. Rozglądam się za swoimi sprawami, pokazuję, że mam go gdzieś, szukam czegoś w trawie, ale jednocześnie cały czas mam go na oku. On też mnie obserwuje, skoro jednak widzi, że co chwilę odwracam się plecami, czuje, że może spokojnie żerować.

Potrzebna jest mała dygresja. Pod Tatrami na niedźwiedzia mówiło się kiedyś On, Filip, korzystając z tej formy – trochę mimochodem, a trochę świadomie, dla efektu – podkreśla swoje pochodzenie. Możemy teraz wrócić do Doliny Dudowej.

.fot. Bartek Solik.

– Na drugi dzień wróciłem zrobić mu zdjęcie. Czekałem, zanim wyjdzie ze skały, na którą lubił się wdrapywać dla odpoczynku. Ale usłyszałem głosy młodych niedźwiedzi, podkusiło mnie, żeby najpierw im zrobić zdjęcia. Wziąłem statyw i poszedłem za głosem tych małych niedźwiadków. Okazało się, że była ich trójka. Bawiły się, a dookoła chodziła niedźwiedzica. Ustawiłem statyw, skierowałem obiektyw na te małe i tak mnie to pochłonęło, że straciłem z pola widzenia starą. Od razu wykonałem zdjęcie, specjalnie z myślą o takich sytuacjach kupiłem najcichszego lustrzanego canona. I to mnie prawdopodobnie zdradziło. Matka musiała usłyszeć dźwięk migawki, wiatr niby wiał w dobrą stronę, teoretycznie byłem kryty, do tego znajdowałem się daleko. Gdybym konsekwentnie siedział w miejscu i się nie ruszał, toby mnie nie wypatrzyła, niedźwiedzica ma słaby wzrok, opiera się na doskonałym słuchu i węchu.

Filip był w kropce. Gdy niedźwiedzica stanęła na dwie łapy, stracił pewność siebie.

– Wydała głos ostrzegający małe przed zagrożeniem, więc niedźwiadki się zestresowały. Jeden zaczął w panice uciekać w moją stronę. Gdybym wtedy nie popełnił błędu, to on przeleciałby obok mnie i wrócił bokiem. Ale spaliłem styki, odpiąłem statyw, zacząłem się ruszać, wycofywać, wtedy stara już mnie namierzyła i ruszyła prościuteńko na mnie. Zostawiłem statyw, wiałem do góry. Wtedy już było niewesoło, bo zaczęła mnie oblatywać, żeby odciąć mi kierunek ucieczki. Wszedłem więc na skałę, w stronę niedźwiedzia, którego wcześniej zamierzałem fotografować. Nie było innej możliwości. A to było miejsce, z którego niedźwiedź nie miał innego zejścia, więc też był przyparty do ściany i uważnie mnie obserwował. On też się mógł poczuć zagrożony. Niedźwiedzica w tym czasie podbiegła już do statywu, mogłem się tylko przyglądać, jak go niszczy. Gdy już dochodzi do takiej sytuacji, dobrze jest zostawić coś, czym się niedźwiedź zainteresuje, bo może zrezygnować z pościgu. Pomanewrowała i już było widać, że jest w innej fazie, uspokaja się, zaczyna odchodzić.

W tym czasie kulawy kolega Filipa skupił się na obserwowaniu pokazu złości, więc nie ruszył do ataku.

– Zszedłem ze skałki, popatrzyłem na niego na tym wąskim chodniku skalnym i stwierdziłem, że na ten moment czekałem pięć godzin. Początkowo nie chciał zejść, ale w końcu przeszedł obok z pokojowym nastawieniem. Wtedy zrobiłem mu zdjęcie.

Nic nie zastąpi własnych obserwacji, ale Filip przyznaje, że wiedza o zwyczajach niedźwiedzi zaczęła przyrastać, dopiero gdy pojawiły się obroże telemetryczne. Zapewniły dostęp do nieosiągalnych wcześniej danych.

– Przeskok był ogromny. Nagle oczy otworzyły mi się na różne zjawiska, bo kiedyś skradałem się po błocie w baciokach, a teraz dostałem GPS‑a, aplikację do telefonu i widziałem trasy, jakie niedźwiedź pokonuje nie tyle w ciągu dnia, ile przez cały rok.

Pewnie gdyby nie przypadek Magdy, nikt nie zdecydowałby się na zastosowanie obroży telemetrycznych na taką skalę wyłącznie do badań. Ale ponieważ bezpieczeństwo w działaniach TPN‑u to priorytet, powołując się na przypadek Magdy Roztoczanki, w 1999 roku rozpoczęto przygotowania do monitoringu niedźwiedzi problemowych. Zanim to nastąpiło, ruszyły akcje informacyjne skierowane do turystów i mieszkańców, by uświadomić wszystkim powagę sytuacji. Przy schroniskach ustawiono antywłamaniowe śmietniki i wprowadzono nakaz chowania mniejszych koszy na noc do zamkniętych pomieszczeń. Te ustawione z rzadka przy szlakach zostały usunięte. Do tego pojawiły się elektryczne pastuchy – węszący niedźwiedź, dotknąwszy żółtej taśmy, doznawał delikatnego porażenia we wrażliwy na takie bodźce nos. W 2000 roku w rejonie Morskiego Oka i Doliny Pięciu Stawów Polskich wprowadzono zakaz poruszania się po zmroku. Zaczęto też stosować pociski gumowe do odstraszania niedźwiedzi. Po takie rozwiązanie sięgano tylko w ostateczności, ale konsekwentnie. Kluczowa okazała się jednak zdobywana wiedza pozwalająca na zmianę taktyki.

.fot. Bartek Solik.

– Mieliśmy szczęście, że spotkaliśmy na swej drodze Zbyszka Jakubca, Henryka Okarmę, Nurię Selvę Fernández i Agnieszkę Sergiel z Instytutu Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk. Wspólnie prowadziliśmy badania i była to przygoda, którą zapamiętamy do końca życia. Trochę czasu zabrało nam kompletowanie sprzętu i tworzenie procedur. Musieliśmy to robić po polsku, na skróty. Inaczej się pracuje w Szwecji, mając do dyspozycji ogromne budżety i śmigłowiec. Uczestniczyliśmy zresztą w ich obławach, żeby zebrać doświadczenia. Współpracowaliśmy ze Scandinavian Brown Bear Research Project. Szwedzi mają na koncie setki zaobrożowanych niedźwiedzi i obecnie są chyba mocniejsi niż podobne grupy ze Stanów Zjednoczonych, bardzo sprawni są też Chorwaci. Szczególnie dobrze zapamiętamy współpracę z Đuro Huberem. Co nie znaczy, że będziemy pracować tak jak Szwedzi czy Chorwaci. Dużo się od nich nauczyliśmy, ale od dawna już nie wleczemy się w ogonie. Pracujemy teraz na tych samych sprawdzonych środkach medycznych, podobnym sprzęcie. Mamy swoją checklistę dopasowaną do naszych warunków. Przemieszczamy się samochodami, więc musimy działać szybko i sprawnie jak pit stop na wyścigach Formuły 1. Jest dosłownie moment, żeby wykonać ileś czynności.

Stan pełnej gotowości, jak mówi Filip, trwa przez dwa miesiące wiosną oraz dwa miesiące jesienią.

– To bywa wyczerpujące i wiąże się z wyrzeczeniami. Bo wiem, że jak zaczynają się miśki, to przez kilka tygodni nie pojadę nigdzie z rodziną, nawet do teatru do Krakowa. Muszę być na miejscu na okrągło, nigdy nie wiem, kiedy nastąpi alarm. Dostajemy powiadomienie i za moment zbieramy się w wyznaczonym miejscu. Czasami w nocy jeszcze z jednym niedźwiedziem nie skończymy działać, a już kolejny się łapie.

Do tego nie wszystko można przewidzieć. Każdy niedźwiedź to zwierzę bystre i działające zgodnie ze swoim planem. Osobowość.

– Bywa tak, że mamy filmiki nagrane za pomocą fotopułapek, wiemy, którędy porusza się niedźwiedzica, a nie potrafimy jej złapać. Podchodzi do pułapki, czeka, obserwuje, czasami złapie się inny niedźwiedź, nie ten, którego szukamy. Filip sugeruje, że powinniśmy się przejść do magazynu. Zmierzamy do niego korytarzem, a od ścian odbija się stukot naszych butów. Przechodzimy przez zabezpieczone kodem wejście i wchodzimy do magazynu, w którym panuje wyczuwalny chłód. Dookoła poustawiane szafy na sprzęt, lodówki na lekarstwa i próbki do badań oraz stoły do kompletowania zestawów. Filip podchodzi do regałów, zaczyna prezentować zestawy czekające na przyszłe akcje.

– To są niedźwiedzie sprawy. Do każdej z tych toreb mamy checklisty, wszystko musi być uzupełnione przed sezonem. Obroże, niektóre są stare, już kilka niedźwiedzi zaliczyły, część to nówki nieśmigane. Tu jest moja skrzynka. Tu torba medyczna, proszę, wszystkie środki usypiające, igły, wata, pulsoksymetr, czipy. Zawsze mamy naładowaną butlę z tlenem. Tu pojemniki na próbki, potem wysyłamy je do badań. W sezonie to wszystko trzymamy w aucie, mamy specjalne półki na pace. Torby są już wtedy kompletnie spakowane i sprawdzone z checklistą, żeby zaoszczędzić czas na dojazdach i mieć pewność, że w trakcie wszystko, co potrzebne, będziemy mieć pod ręką. W biurze mam listę zakupów, ze wszystkim, co trzeba uzupełnić przed wiosną. Chłopaki właśnie uzupełniają tlen w butlach. Pomału będziemy się stroić.

Maciej Kozłowski, Szymon Ziobrowski, Projekt Tatry. Jak ocalić ludzi, naturę oraz przyszłość, Znak Horyzont, Kraków 2022, s 166-172.

Książka do kupienia na: https://bit.ly/ProjektTatry

Materiał płatny Wydawnictwa Znak Horyzont.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama