Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. „Donnie Darko” wreszcie w polskich kinach. Czekaliśmy ćwierć wieku
Gdyby zainteresowanie internautów przekładało się automatycznie na kinową frekwencję, „Donnie Darko” mógłby okazać się jednym z największych przebojów roku. Ponad 100 tys. użytkowników serwisu Filmweb kliknęło przy tym tytule ikonkę „chcę obejrzeć”. Dużo, nawet bardzo dużo, jeśli weźmie się pod uwagę, że przy „Odysei” Christophera Nolana – filmie, który bez wątpienia znajdzie się w czołówce boxoffice’owych podsumowań roku – podobną deklarację złożyło niespełna 17 tys. osób.
Trudno te liczby traktować inaczej niż ciekawostkę, lecz mimo wszystko jest ona jakąś miarą ekscytacji, jaką wciąż budzi film Richarda Kelly’ego: być może to najdłużej oczekiwana premiera w Polsce. Na ekrany naszych kin trafia niemal równo ćwierć wieku po amerykańskim debiucie na festiwalu Sundance. Na dodatek rzadko pojawia się w streamingu, a jeśli już, to nie w katalogach popularnych serwisów.
Co więcej, po latach seans „Donniego Darko” okazuje się czymś więcej niż odkrywaniem przegapionego nad Wisłą wycinka historii niezależnego kina. Film, który oglądany 25 lat temu – wielu polskich widzów poznało go wtedy dzięki coraz prężniej działającemu „rynkowi” wymiany pirackich plików przez internet – mógł wydawać się szczeniacką próbą wejścia w buty Davida Lyncha, próbę czasu zniósł lepiej niż dobrze. Okazał się celną analizą lęków, paranoi i dezorientacji początku nowego wieku; zgrabnie wpisywał się w nurt kina science fiction flirtującego z różnymi nurtami filozofii, podejmującego mroczne tematy, zgłębiającego kruchą psychikę bohaterów, zacierającego granice między tym, co realne, a tym, co wyobrażone (można przecież „Donniego Darko” postawić na półce nie tylko obok filmów Lyncha, lecz również obok „Mrocznego miasta” Proyasa czy nawet