Kulturalnie polecamy i ostrzegamy. „Father Mother Sister Brother”, czyli Jarmusch w wersji senioralnej
Jarmusch w wersji senioralnej – tego jeszcze nie grali. Ale grają, bo wchodzący właśnie do kin film „Father Mother Sister Brother” jest nie tylko opowieścią o przemijaniu życia na Ziemi, jak o niej pisze Janusz Wróblewski w recenzji, ale przede wszystkim historią o starzejących się rodzicach, którzy swoją rolę pełnią, ale nie pozostają w życiu tylko rodzicami. Mają swoje życie. Dzieci jadą z oporami na spotkanie z nimi, traktując je jako obowiązek i konstatując, że niewiele o nich wiedzą, a dla rodziców też nie jest to najbardziej wyczekiwany rytuał. Ba, trzymają z daleka od dzieci swoje życie uczuciowe albo karierę pisarską, swoje podróże. A może to po prostu dojrzałe już dzieci są zafiksowane na tej jednej formie relacji – że rodziców trzeba odwiedzić, bo inaczej zapadną się ze smutku, w końcu wciąż jesteśmy dla nich całym wszechświatem? Otóż nie do końca, przynajmniej nie w tej wizji.
Czytaj też: Jim Jarmusch dla „Polityki” o swoich muzycznych fascynacjach
Życzliwa polemika
W przeciwieństwie do mojego redakcyjnego kolegi – i niech to będzie życzliwa polemika – ja, człowiek wychowany we wczesnej młodości na opowieściach młodzieńczych autora „Nieustających wakacji” czy „Poza prawem” – widzę w tym filmie Jima Jarmuscha w średniej formie. Trzyczęściową antologię filmową zszywa w sposób łatwo dostrzegalny, momentami nawet denerwujący: scenkami z młodzieżą na deskorolkach, dialogowymi wstawkami o rolexach, prawdziwych lub podrabianych, oraz o wodzie.