Zapomnij! Zapomnij!
Jaka jest nowa Tokarczuk? Ta powieść porywa i przytłacza. To pochwała zapominania
Kiedy świata jest za dużo, potrzebna jest fikcja. Ona może nam opowiedzieć przeszłość. I tej jesieni dostajemy jednocześnie kilka narracji historycznych, które konfrontują nas z przeszłością. A najbardziej oczekiwaną jest oczywiście powieść „Świata jest za dużo” Olgi Tokarczuk. Wielki projekt, pierwszy taki po „Księgach Jakubowych”, który opowiada o Dolnym Śląsku, o ziemiach zachodnich tuż po drugiej wojnie światowej, przesiedleńcach ze Wschodu, o zburzonym Breslau i rodzącym się Wrocławiu, o Wałbrzychu, ludziach, zwierzętach, roślinach, grzybach i przedmiotach, a także o pewnym Maszynopisie, czyli „Mesjaszu” Schulza, który przetrwał wojnę.
Dużo tego? Bardzo. Ale Dolny Śląsk zasługiwał na swoją opowieść. W literaturze powracał w ostatnich latach, ale głównie w powieściach gatunkowych, choćby u Marka Krajewskiego. Tokarczuk pokazuje, że to miejsce, „niepolska Polska”, w przeciwieństwie do „polskiej Polski”, centrali, ma przeszłość płynną, mglistą, opartą na przemilczeniach.
Odtwarzanie historycznych okoliczności wcale nie było dla pisarki najważniejsze – fikcja rządzi się swoimi prawami. Opowiada o miejscu, które przypomina wieżę Babel: mieszance języków, tożsamości, historii. W tym tyglu ludzie porzucają przeszłość, dawne imiona, przybierają nową tożsamość. Jedni, jak Nikodem Jakimski (dawniej Walerian Kozowicz), dziennikarz, odnajdują się, inni, jak Wanda Lewicz – Żydówka, która przeszła obóz koncentracyjny i zarabiała jako wróżka – muszą stąd wyjechać, bojąc się, że pogrom kielecki może się powtórzyć.
Ta wieża Babel to świat okrucieństwa i rozpuszczonej przemocy podlanej bimbrem – gwałt czai się na każdym kroku, dotyka choćby Ninę Lewandowską, której pomaga nie człowiek, lecz zwierzę.