Recenzja filmu: „Fatum Elizabeth”, reż. Sebastian Gutierrez

Klimat zagadki
Wizualnie film wygląda bardzo dobrze i spójnie, ale znaczenia przypisane zabiegom technicznym wydają się wyjątkowo płytkie.
„Fatum Elizabeth”
mat. pr.

„Fatum Elizabeth”

Henry (Ciarán Hinds), zgodnie z tradycją i jak na dżentelmena przystało, przenosi swoją świeżo poślubioną małżonkę, tytułową Elizabeth (Abbey Lee), przez próg luksusowej rezydencji z betonu i szkła, stojącej gdzieś na wzgórzu oddalonym, rzecz jasna, od cywilizacji. Tak zaczyna się thriller science fiction w reżyserii Sebastiana Gutierreza, polskiemu widzowi znanemu być może z roli scenarzysty „Gothiki” (reż. Mathieu Kassovitz, 2003 r.) czy „Węży w samolocie” (reż. David R. Ellis, 2006 r.). Dom, do którego wchodzą nowożeńcy, jest niemal sterylny, zimny – mimo stale rozpalonego ognia w kominku – i tajemniczy, zaś do poszczególnych pomieszczeń dostęp możliwy jest wyłącznie za pomocą biometrycznego skanowania linii papilarnych. Tajemnicza jest też służba witająca parę młodą – opanowana Claire (Carla Gugino) i niewidomy Oliver (Matthew Beard). Nietrudno zgadnąć, że coś jest na rzeczy.

Henry jest starszym mężczyzną, wyrafinowanym, lubującym się w dobrym winie i sztuce awangardowej, bogatym i – o czym świadczą dyplomy noblowskie na ścianie – genialnym naukowcem. Swojej wybrance gotów jest uchylić nieba, pod jednym warunkiem: byle tylko nie zaglądała do pokoju w piwnicy. Jak zwykle w takich przypadkach bywa, sięgnięcie po zakazany owoc następuje dość szybko – panna młoda z przerażeniem odkrywa, że w specjalnie skonstruowanym laboratorium znajdują się, zanurzone w cieczy, jej wierne kopie. Otwarcie puszki Pandory wywołuje gniew męża – dziewczyna ginie z jego domu, historia wraca do punktu wyjścia. Fatum Elizabeth zostaje przypieczętowane.

Struktura fabularna, wzorowana m.in. na baśniach Charlesa Perraulta o Sinobrodym czy nawet Śpiącej Królewnie, nie należy tu z pozoru do najprostszych, dlatego też twórcy postanawiają wszystko zrozumiale, niemal czytankowo wszystko wyjaśnić. Ostatecznie niełatwo dostrzec jakąś metaforę w całej tej historii, niepotrzebnie naszpikowanej zatrważającą liczbą banalnych komentarzy, choć przecież można było, mając w pamięci „Ex Machinę” (2015 r.) Alexa Garlanda, skupić się przynajmniej na problematyce tożsamości. Ambicje Gutierreza nie sięgają tak daleko. Stara się on przede wszystkim utrzymać klimat zagadki i grozy rodem z gotyckiej opowieści. Pomaga mu w tym operator Cale Finot, łącząc elementy niedzisiejsze z futurystycznymi. Jego kamera porusza się płynnie, często skupiając uwagę widza na wnętrzach, bogatych, ale jednocześnie odpychających, wyrażających pustkę. Wizualnie film wygląda bardzo dobrze i spójnie, jednak znaczenia przypisane poszczególnym zabiegom technicznym wydają się wyjątkowo płytkie czy wręcz puste, jak choćby w przypadku ujednolicenia gamy barwnej w celu zasygnalizowania retrospekcji, mimo iż są one już podawane w postaci ponadkadrowej narracji.

Dominująca osobowość Henry’ego, trącąca nieco Pigmalionem, jest nie do przeoczenia, tym bardziej że zderzona z niezbyt skomplikowaną osobowością dużo od niego młodszej Elizabeth, która na głos zastanawia się, dlaczego to właśnie ją wybrał mężczyzna, skoro jest aż tak prosta. Lee, oryginalnie australijska modelka, od kilku lat pojawiająca się w filmach, zachowuje się tu jak na wybiegu – brak jej zwyczajnie środków do wyrażenia i tak już ubogiej osobowości archetypowej panny młodej, która nie wie, na co się pisała. Za to Hinds gra prawdziwego szaleńca, niezwykle dystyngowanego i zdesperowanego, realizującego – niczym szlachcic Sinobrody – własną opowieść miłosną.

Mimo starannych przygotowań i inspiracji wieloma klasycznymi baśniami, do których przyznawał się reżyser, trudno uznać, by ta historia wiele dla Gutierreza znaczyła.

Fatum Elizabeth, reż. Sebastian Gutierrez, prod. USA, 105 min

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj