Film

„Niewidzialny człowiek” to horror o upokorzeniu kobiet

Kadr z filmu „Niewidzialny człowiek” Kadr z filmu „Niewidzialny człowiek” mat. pr.
Klasyczna powieść Herberta George’a Wellsa posłużyła jako punkt wyjścia dla kina grozy czasów #MeToo.

Czy warto było wracać do „Niewidzialnego człowieka”? Nie, jeśli efektem byłaby kolejna wariacja na temat dobrze znanej i skonsumowanej przez popkulturę historii. Reżyser i scenarzysta Leigh Whannell – znany miłośnikom horrorów jako współtwórca serii „Piła” i „Naznaczony” – znalazł jednak doskonały sposób na unowocześnienie tej opowieści. Zresztą z literackim pierwowzorem film dzieli tylko niektóre pomysły i nazwiska bohaterów.

Elisabeth Moss jako niewidzialna kobieta

„Niewidzialny człowiek” rozpoczyna się, gdy Cecilia Kass (świetnie, z poświęceniem grana przez Elisabeth Moss) postanawia odejść od swojego przemocowego partnera. Adrian Griffin jest wybitnym specjalistą od systemów optycznych i miliarderem, ale życie swojej dziewczyny potrafił zmienić w piekło. Cecilia wymyka się z domu w środku nocy, udaje jej się uciec i schronić u przyjaciela z dzieciństwa, ale żyje w ciągłym strachu, że Adrian w końcu ją dopadnie. Po kilku tygodniach dowiaduje się, że jej były partner popełnił samobójstwo, zostawiając jej olbrzymi spadek. Wkrótce wokół kobiety zaczynają się dziać niewytłumaczalne rzeczy – ona sama wierzy, że Adrian tylko upozorował swoją śmierć, a teraz prześladuje ją, korzystając z wynalazku zapewniającego mu niewidzialność.

Czytaj też: Horrory i dreszczowce. Zima na ekranie

Leigh Whannell bardzo umiejętnie buduje napięcie. Nie nadużywa efektów specjalnych, oszczędnie dawkuje szokujące sceny: „Niewidzialny człowiek” to horror, który przedkłada niepokojącą atmosferę nad tandetne gatunkowe chwyty. Jako metafora życia kobiety z przemocowego związku, zmagającej się z upiorami przeszłości, bywa może chwilami zbyt dosłowny, ale skuteczny. Griffin jest przerażający nie dlatego, że ma nieograniczone możliwości inwigilacji, lecz dlatego, że swoją uprzywilejowaną pozycję wykorzystuje, by zdominować i upokorzyć kobietę, którą uważa za swoją własność. Bo „niewidzialna” – przynajmniej do czasu – jest tu również Cecilia. W relacji z Adrianem nie liczą się jej potrzeby, pragnienia i lęki, ale i później, gdy próbuje wyjaśnić, co dzieje się w jej życiu, lecz nikt nie chce jej do końca wysłuchać ani tym bardziej uwierzyć w jej słowa.

Mimochodem australijski reżyser przestrzega też przed pułapkami nowoczesnej technologii (podobnie jak w swoim wcześniejszym filmie „Upgrade”). Zaprojektowany przez Griffina strój dający niewidzialność można przecież potraktować jako złowieszczy symbol śledzących nasz każdy krok mediów społecznościowych. Jednak „Niewidzialny człowiek” to przede wszystkim produkt czasów #MeToo i jeszcze jeden dowód, że horror znów jest na fali jako gatunek, który odzwierciedla lęki i obsesje widzów, pozostając celnym komentarzem społecznym.

A przy okazji Whannell, unowocześniając literacki materiał sprzed ponad 120 lat, kłania się filmowej klasyce, umieszczając wizualne nawiązania do słynnego „Niewidzialnego człowieka” (1941) z Claude’em Rainsem w roli głównej.

Czytaj też: „Czy lubi Pani seks”, czyli dziennikarska kultura gwałtu

Parada potworów na ekranie

Griffin, niewidzialny człowiek – wraz z całą galerią innych potworów – pojawiał się bowiem na wielkim ekranie już wielokrotnie, m.in. w latach 30. i 40. w serii filmów opartych na klasycznych dziełach literatury (choć często poza bohaterami niemającymi wiele wspólnego z oryginałami). W ramach Universal Classic Monsters, jak dziś retrospektywnie nazywamy tę franczyzę – z ekranu straszyły ikoniczne postaci fantastyki grozy: Dracula grany przez Belę Lugosiego, potwór Frankensteina z twarzą Borisa Karloffa czy wilkołak Lona Chaneya Juniora. Studio Universal stworzyło wówczas coś, co teraz znamy jako shared universe, czyli współdzielony świat filmowy, w którym bohaterowie mogą spotykać się ze sobą w kolejnych częściach kasowych przebojów (zjawisko do perfekcji doprowadził Disney w filmach o komiksowych superbohaterach). W późniejszych tytułach – takich jak „Dom Frankensteina” czy „Dom Draculi” – dochodziło więc do wspólnych występów najpopularniejszych (i co za tym idzie, gwarantujących kasowy sukces) monstrów.

Czytaj też: Disney pobił własny rekord i nie ma na świecie konkurencji

Po wielu dekadach Universal postanowił odświeżyć franczyzę – być może zainspirowany finansowymi wynikami Disneya. Premiera „Mumii” (2017) z Tomem Cruise’em oraz Russellem Crowe w roli doktora Jekylla miała otworzyć cykl zapowiadany jako Dark Universe (Mroczne uniwersum), w którym znów spotkają się najsłynniejsze filmowe potwory. Komercyjna i artystyczna klęska tego nieznośnie głupiego filmu sprawiła, że „Mumia” była nie tylko początkiem, lecz jednocześnie końcem owego projektu.

Powrót klasycznych horrorów

Universal nie zrezygnował jednak z prób przywrócenia życia klasycznym horrorom, choć porzucił pomysł na shared universe i dał więcej artystycznej wolności twórcom. Leigh Whannell potrafił z tego skorzystać. Jeśli kolejni filmowcy pójdą jego śladem – a od dawna mówi się m.in. o nowej wersji „Narzeczonej Frankensteina” czy „Renfieldzie”, którego bohaterem będzie nieszczęsny pomocnik hrabiego Draculi – potwory dostaną jeszcze jedną szansę, by straszyć kolejne pokolenia widzów.

Swoją drogą, gdy parę lat temu trwały pierwsze przymiarki do rebootu „Niewidzialnego człowieka”, tytułową rolę miał zagrać Johnny Depp, który poza planem filmowym dał się niestety poznać jako przemocowiec. Whannell, wysuwając na pierwszy plan kobiecą postać i pokazując Griffina jako łotra, zdecydowanie odciął się od wcześniejszych wersji scenariusza. Drobny, ale wart uwagi gest.

Niewidzialny człowiek, reż. Leigh Whannell, prod. USA, 124 min

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Zjawisko zamknięcia się w sobie

Na długo przed pandemią psychiatrzy obserwowali syndrom zatrzaskiwania się młodych ludzi we własnych pokojach i własnym wnętrzu – czy to się teraz rozprzestrzeni?

Aleksandra Żelazińska
06.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną