Książki

Fragment książki "Korespondencja", T. 1

  
1

 
27. 10. [19]59
 

Szanowny i Drogi Panie Redaktorze

Jesteśmy oboje bardzo wzruszeni zaproszeniem do [Maisons] L[affitte] i przyjęliśmy zaproszenie z serdeczną wdzięcznością*. Ale ― stan mój pogarsza się z dnia na dzień, moje bóle wróciły z niepogodą, i trzeba jak najprędzej uciekać na Południe! Tyle że przez listopad czeka mnie dość uciążliwe leczenie w Paryżu (accupunctura, która raz mi już świetnie zrobiła ― na bezsenność i depresję). Bardzo jednak prosimy, abyście Państwo nie cofnęli zaproszenia, tylko przełożyli je na czerwiec―lipiec, kiedy będę i w dobrej formie, i chyba już mocno zaawansowany (albo i nie) w pracy. Otóż co do pracy: to co było tylko westchnieniem („gdybyś to mógł opisać..."), pod wpływem Pana szczególnej reakcji (nie chcę Panu pochlebić, ale pewno i osobowości) stało się wewnętrznym nakazem. Podejmę więc tę pracę ― tak mi dopomóż Bóg! Potrzebna mi jednak i Wasza pomoc: bo chociaż dobrze zapamiętaliśmy nasze własne przeżycia, to cały exterieur jest we mgle. A więc: literatura o tej części Kazakstanu[sic.] (Ałma ata i jej obłast', Ili),  dostęp do encyklopedii rosyjskich ― nowych i  d a w n i e j s z y c h, przeżycia tam Polaków (np. [Herminii] Naglerowej?), może nawet kontakt z jakimś specjalistą od tamtejszych terenów (uciekinier, rescap** lub badacz) ― o ile takowy istnieje. Powinienem się koło tego sam zakrzątnąć, ale w obecnym moim stanie jestem dość bezradny i b. skrępowany w ruchach.

Przy tym ― rozmowa z Panem: modus pisania i ewentualnej eksploatacji tego, co napiszę (albo nie napiszę?). Więc w ładny dzień, przy lepszym samopoczuciu pozwoliłbym sobie przyjechać (oczywiście umówiwszy się wprzódy). A może jak Pan będzie w Paryżu ― i rozporządzał czasem? Mój telefon ELY 59–03; 66, rue Pierre Charon, Pen Club.

Łączę od obojga nas serdeczności i wyrazy prawdziwego szacunku i poważania
 

Aleksander Wat
 

* Z informacji zawartych w listach wynika, że Watowie co najmniej dwukrotnie mieszkali w Maisons Laffitte. Po raz pierwszy (według kalendarza Jerzego Giedroycia, informacje od p. Andrzeja Krawczyka) ― od 14 września 1961 („przyjazd Wata", a 17 września „przyjazd Watowej") co najmniej do 16 listopada (a prawdopodobnie do 3 grudnia 1961, czyli do wyjazdu na Południe). Po raz drugi ― Watowie przyjechali 15 kwietnia 1962 i pozostali do 24 lipca 1962, z przerwą na udział w konferencji oxfordzkiej (1–8 lipiec). 

** r e s c a p (fr.) ―ocalony


 
2
 

31. 1. [19]60
 

Drogi Panie Redaktorze

W skeczu, którego jestem przymusowym bohaterem, cudowna odmiana odbyła się w dwóch fazach: najpierw śród naszej dezolacji* hotelowej zjawił się Silva (tajemniczy) i ― zdecydowanych na rozpaczliwą ucieczkę do Sorrento ― zawiózł do pałacu, pomiędzy apoplektyków (siuda mnie i doroga**), gdzie się leżakuje (o ile nie leje, a lało przez dni sześć) i żre, i sparafrazował mojego [słowo nieczytelne] z Łubianki: jedzcie i odpoczywajcie. Robiliśmy to z powodzeniem. Druga faza: nazajutrz po swoim powrocie z Paryża i w niemałym stopniu pod wpływem Waszych o mnie opinii! ― zadał mi przy kawie, bez świadków, pytanie: „Chce Pan zostać we Włoszech? Tak czy nie? Tak czy nie? Ile panu potrzeba pieniędzy? Niech pan powie: ile?". Ta obcesowość ogromnie mi się podoba! Miałbym zorganizować i być kierownikiem literackim wydawnictwa, które ― to się okaże w najbliższych dniach ― może być wcale poważne i niemałe, przy czym kolekcja polska i rosyjska byłaby jedną z wielu. Być kierownikiem włoskiego wydawnictwa ― nie znając języka, terenu, ludzi ― specyfiki włoskiego rynku wydawniczego!!! Mogłoby się zdawać, że mam do czynienia z wariatem, przy tym niezmiernie naiwnym, skoro dał się wpakować w takie imprezy jak Gołubiew***, jak tysiącstronicowa włosko―polska antologia naszej poezji współczesnej****, przeznaczona głównie dla Polonii amerykańskiej! Ale ten sympatyczny wariatuńcio jest m.in. właścicielem biura porad i spraw ekonomicznych, skarbowych, rachunkowych, obsługującego mnóstwo tutejszych i mediolańskich przedsiębiorstw, a więc zapewne człowiekiem sprytnym, biznesmenem doświadczonym, o czym zresztą świadczy jego trasa życia, jego dom i biuro, jego szczodrość (przez 2 tygodnie trzymał Słonimskich w najdroższym na wybrzeżu hotelu, gościł często Zarembinę, a teraz i nas ― widać, stać go na to), jest zapewne uczciwy i solidny, czego też m.in. poręką jest jego żona, osoba widomej prawości i uroczej dobroci (wierzę, że zawsze żony świadczą o mężach, czy to na zasadzie dialektycznej opozycji, czy na zasadzie tożsamości). Jest to tylko człowiek raptownej decyzji i nie bojący się ryzyka i strat, o gwałtownych, bo chyba przez długie lata tłumionych, ambicjach intelektualnych.

Wprowadzając jednak jakąś trzeźwość w te obłąkane kalkuły, sądzę, że moje zatrudnienie potrwa kilka miesięcy, a chyba nie więcej niż rok. Bo i ja mogę tu nie dopisać (gdyby nie nieznajomość języka i ludzi, czułbym się na siłach zrobić dobre wydawnictwo ― i bardzo bym to lubił), i Silvie zapewne może się równie prędko odechcieć, i w ogóle impreza może się nie udać itd., itd. Ale choćby się nawet miało okazać, że owszem itd. ― trzeba mówić ― bardzo Pana proszę o to ― że angażuję się na rok, nie więcej, a może i mniej. Na pewno do Warszawy już doszła wiadomość, że zostaję we Włoszech na zawsze jako wielki dyrektor ― co grozi utratą mieszkania.

W tej imprezie bardzo liczę na Waszą pomoc, współpracę, sugestie. Pan Silva mówił, że wydawnictwo jego ma być apolityczne, ale my, marksiści czy postmarksiści, wiemy, że apolityczność może być różnorako polityczna. W każdym razie w seriach wiadomych nie zgodziłbym się na książki dezinformujące. Sądzę, że w moich planach będą pozycje, które będą mogły być wydane dwutorowo ― również w „Kulturze". Będę też Pana prosił o wypożyczenie tych książek, których inaczej tu nie znajdę.

Będę też Panu wdzięczny za radę: jakie ma być moje uposażenie? Doświadczenie paryskie pouczyło mnie, że niestety nie mogę się obejść bez jakiego takiego komfortu. A więc poza mieszkaniem ― dwupokojowym, z wygodami ― uposażenie jakie? Nie chciałbym proponować kwoty nieprzyzwoitej w stosunku do panujących tutaj czy we Francji zwyczajów. Ile w Paryżu dostaje redaktor na kierowniczym stanowisku?

Na razie tyle. I tak za wiele się rozpisałem (przepraszam za pismo, ale Zygmunt [Hertz] już się wyspecjalizował w odszyfrowaniu). Co do mojej pracy zasadniczej, to w tych warunkach, po pewnym czasie (po okresie organizowania) może się doskonale ułożyć!

Łączę wyrazy prawdziwego szacunku i przyjaźni
 

oddany Aleksander

Jeszcze raz przepraszam za gryzmoły i udrękę ― na przyszłość żona będzie przepisywała na maszynie*****.

 
*  d e z o l a c j a  (z fr.) ― strapienie

** s i u d a   m n i e   i   d o r o g a  (ros.) ― tam i mnie droga

*** Żadna powieść Antoniego Gołubiewa ostatecznie nie ukazała się u Silvy. 

**** To o przygotowywanej przez Carlo Verdianiego antologii Poeti polacchi contemporanei, Milano 1961, Silva Editore. 

*****  [List na blankiecie:] Grande Albergo Vittoria Nervi (Italia).


 
3
 

7. 2. [19]60
 

Drogi Panie Redaktorze

Dziękuję za informacje i rady. Sytuacja zaczyna się rozszyfrowywać, chociaż nigdy chyba nie będzie zupełnie jasna! Rzeczywiście, chodzi o handel ze Wschodem. I o związki wydawnictwa z Columbianum(!), które zresztą również się Wschodem interesuje. Między takimi potęgami! odważniejszego by dreszcz obleciał. W dodatku, o ile jeszcze przypisuję sobie zdolności strategiczne, to taktyk jestem żaden, antytaktyk, a doświadczenie moje polityczne jest mierne i przedawnione. Więc jednak może się wycofać? Żeby nie stać się małoświadomym a często i nieświadomym narzędziem?

Co prawda i sam Silva jest w podobnej sytuacji i rozterce, jest sympatyczny, ma potrzebę niezależności i dałby mi dość dużą swobodę działania. Podstawową jego pobudką jest mimo wszystko ambicja intelektualna. Co do Columbianum, są to podobno rewizjoniści Zakonu, ale jacyż mogą być rewizjoniści w takim Zakonie? Będę Panu wdzięczny za trochę światła.

I w tej koniunkturze można niejedno zrobić. Naturalnie Miłosz, Gombrowicz, Herling ― bezwarunkowo, Miłosza [Rodzinna] Europa byłaby pierwszą pozycją wydaną. Mowy nie ma o literaturze socrealistycznej czy apologetycznej. Ale już z [Józefem] Mackiewiczem byłoby trudniej. Niemożliwa ―  antologia sowiecka, o której mówiliśmy (bardzo mnie podniosła wiadomość o zainteresowaniu wydawców. Przeglądając książki, o które tu zamierzam się starać, będę to miał na uwadze). Niemożliwy ― inny, dość atrakcyjny pomysł: antologia poetów sowieckich maudits1 we własnym kraju ([Wladislaw] Chodasiewicz, [Marina] Cwietajewa, [Andriej] Biełyj, A[natol] Kamieński, [Anna] Achmatowa, [Osip] Mandelsztam, [Borys] Pasternak i inni). Za to można wydać to i owo z literatury zaledwie tam tolerowanej, a przede wszystkim powieści sprzed 1929, które dziś pokazują inne oblicze.

Słowem i chciałbym, i boję się. Mimo wszystkich awantażów.

Gołubiewa, oczywiście, wydać nie można, ani ― zapewne ― antologii: kupa bezsensu i złego smaku. Natomiast nie ma rady: Noce i dnie muszą się ukazać. Chcę prosić [Jerzego] Stempowskiego o krótkie wprowadzenie.  Czarny potok2, Andrzejewski ― naturalnie. Z prohibitami krajowymi sprawa bardzo teraz trudna: ostatnio obostrzono zakaz drukowania zagranicą bez zezwolenia Ministerstwa. Nie wiem, czy ktoś się odważy. A najmniej chyba [Igor] Newerly, o ile go znam. Trzeba to jeszcze wybadać.

Moje własne plany pisarskie na razie odsunięte, ale nie zapomniane, na odwrót.

Znów się rozpisałem i to ręcznie, wbrew obietnicy!

Łączę serdeczny uścisk dłoni i pozdrowienia od żony
 

oddany  Aleksander
 

Reklama

Czytaj także

Nauka

Nie każdy archeolog to Indiana Jones

Popkulturowy obraz archeologa awanturnika umacnia przekonanie, że ich głównym zadaniem jest odkrywanie skarbów. Ten fałsz fatalnie odbija się na wiedzy o przeszłości.

Agnieszka Krzemińska
27.02.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną