Fragment książki „Królowe Mogadiszu”
Barra barra. Barra barra. Zepsucie, zawiść, nie ma zaufania.
Okładka książki „Królowe Mogadiszu”
mat. pr.

Okładka książki „Królowe Mogadiszu”

Leżę nocą w skopanej, zapoconej pościeli, gapię się w jarzeniówkę, a z komputera leci francuski Algierczyk Rachid Taha, długowłosy, zarośnięty, konusowaty kudłacz z tak potężnym, chrapliwym głosem, że gdybym nie słuchał go kiedyś na żywo (był wtedy albo upalony albo kompletnie pijany, ale śpiewał cudnie), pomyślałbym, że jest barczystym mocarzem. Leci Barra barra, song o wojnie domowej w Algierii, podany światu jako fragment ścieżki dźwiękowej do Black Hawk Down Helikoptera w ogniu. Pamiętacie: lecą helikoptery, łopaty wirników tną powietrze, poniżej widać morze i szerokie marokańskie plaże udające somalijskie Al-Dżazirę i Lido (filmu z przyczyn oczywistych nie kręcono w Mogadiszu). Przed żołnierzami Armii Stanów Zjednoczonych i komandosami z jednostek Delta Force oraz Navy SEALs postawiono cel: ukarać somalijskich partyzantów kontrolujących Mogadiszu za masakrę kilkudziesięciu pakistańskich żołnierzy działających z mandatu Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz pojmać doradców samozwańczego generała Mohameda Faraha Aidida, wówczas, czyli jesienią 1993 roku, najważniejszego watażki w kraju. O Aididzie wiadomo, że terroryzuje miasto i sprowadza na nie głód, kradnąc transporty żywności z międzynarodowej pomocy, zarabiając na tym miliony dolarów. Dotąd Amerykanie przeprowadzali akcje bojowe przede wszystkim nocą, wykorzystując przewagę w sprzęcie i w wyszkoleniu. Tym razem postanowiono zaatakować w dzień, a czas trwania bitwy obliczono na góra trzy kwadranse.

Ale wiemy przecież, jeszcze zanim amerykańskie helikoptery dolecą nad Mogadiszu, że misja skończyła się największą przegraną – wygraną amerykańską bitwą od czasów wojny w Wietnamie. Wprawdzie doradcy Aidida zostaną ujęci, ale świat zapamięta obrazy ciał amerykańskich żołnierzy ciągniętych za samochodami po piaszczystych ulicach wśród wiwatów oczadzonych triumfem tłumów.

Taha śpiewa z mojego komputera, piosenka zawiesza się od czasu do czasu, jakby artysta gubił głos lub zapomniał tekstu oraz nut, bo słaba nitka internetu co raz rwie się i gasi kontakt z siecią.

Barra barra, el-hozn we’l-boghd we-zwara
Tam, na zewnątrz, jest smutek, nienawiść i przemoc
barra barra, el-fasd we’l-hasd ma bka amana
zepsucie, zawiść, nie ma zaufania
barra barra, el-atasz we’n-nas manhusin
pragnienie i ludzie, którzy są nieszczęśliwi
barra barra, la horma, zolm we’abudijja
nie ma nic świętego, jest krzywda i niewolnictwo
barra barra, neszfu l-widan helku l-bhurat
rzeki wyschły, zniknęły jeziora
barra barra, en-nudżum tfat tarkat esz-szams
gwiazdy zgasły, odeszło słońce

Niezły tekst, nie ma co. W Mogadiszu można go słuchać bez końca.

Barra barra, ma bka chejr la sa’ada wa la zhar
Nie ma dobra ani szczęścia, ani kwiatów
barra barra, ma bkat sadżra saktu’t-tujur
nie ma ani jednego drzewa, ptaki zamilkły
barra barra, ma bka lil we nhar ghejr ez-zalma
nie ma nocy, nie ma dnia, jest tylko mrok
barra barra, el-dżahannam ma bka ez-zejn
jest piekło, nie ma piękna

I tak dalej, i jeszcze, głośniej, dobitniej, a w muzycznym tle (nie trzeba nawet zamykać oczu i uruchamiać wyobraźni) słychać świst lecących blackhawków i miarowy huk potężnych wirników. Za prawdziwymi oknami zaś gorąca noc, drut kolczasty na murze, po którym bezgłośnie przebiega zielonkawa jaszczurka, zniszczone niedawnym wybuchem dwa najbliższe budynki, czarna korona samotnej palmy. Cicho, jeśli nie liczyć lekkiego wiaterku znad morza i jakiegoś odległego dudnienia, może z lotniska startują właśnie helikoptery.

Barra barra, el-fasd we’l-harb we’d-dam jisil
Zepsucie, wojna i płynie krew
barra barra, ghejr el-hitan el-hitan wakfin
tylko mury, mury stoją
barra barra, el-chauf we’n-nas saktin
strach, a ludzie milczą
barra barra, el-hozn we’l-boghd we-zawara
smutek, nienawiść i przemoc
barra barra, el-fasd we’l-hasd ma bka amana
zepsucie, zawiść, nie ma zaufania

I tak ciągle, jak w oszalałej mantrze, aż – mam nadzieję – facet straci głos, a amerykańskie helikoptery wreszcie dolecą tam, gdzie zostaną zestrzelone, czyli w miejsce, gdzie w gruncie rzeczy kończy się nasza wiedza o tym kraju. Film nauczył nas bowiem niewiele: w Somalii, nie mamy pojęcia dlaczego, wybuchła krwawa i absurdalna wojna domowa, podsycana odwieczną, postkolonialną awanturą z sąsiednią Etiopią i nie tak dawnymi snami o potędze, szeptanymi do ucha dyktatorów przez nieocenionych w takich momentach pochlebców ze Związku Radzieckiego. Wraz z wojną pojawił się nieodłączny głód, a dziennikarze zainteresowani tym w miarę świeżym i krwawo widowiskowym nieszczęściem już przygotowali raporty o walkach, rabunkach, politycznych bandziorach i śmierci. Prezydent USA Bill Clinton wzruszył się telewizyjnymi obrazkami wzdętych dziecięcych brzuszków, widokiem kobiet wyczekujących przy wyschniętych studniach i fotografiami małoletnich bojówkarzy, przepasanych taśmami nabojowymi i palących papierosy, co przecież bardzo szkodzi zdrowiu. Wysłał więc w najlepszej wierze żołnierzy, którzy przywieźli Somalijczykom lekarstwa oraz jedzenie i chcieli zaprowadzić pokój. Lecz na swoje nieszczęście natknęli się na niewdzięczników, raptusów i dzikusów. W tej szlachetnej misji niektórzy Amerykanie stracili życie. Ale też dowiedli dzielności, pokazali, czym jest ofiarność, odwaga, prawdziwa przyjaźń. The end.

Trzeba skręcić w lewo, koło okazałego meczetu, głęboka brama pokryta jest gdzieniegdzie wypalaną, glinianą mozaiką. Potem pojechać w dół, grząskim piaskiem (nasza pancerna toyota ledwie się wyrabia) aż do wejścia do maciupkiego, skromnego jak barak meczeciku, gdzie lata temu to wszystko się stało. To z tego miejsca w 1993 roku jakiś mężczyzna wycelował granatnik i posłał pocisk w kierunku amerykańskiego helikoptera, a później drugiego, który nadleciał zestrzelonym z pomocą. Udało się: oba helikoptery rozbiły się w głębokim piachu, trafione z granatników przez bojowników zwariowanego watażki, pokazującego się publicznie w najbardziej klasycznych okularach przeciwsłonecznych marki Ray-Ban, Mohameda Faraha Aidida, który nazywał siebie generałem i pragnął być prezydentem Somalii uznawanym przez cały świat.

Patrzę na piasek, na zetlałe mury i baraki z niskimi przygórkami, jak puste gołębniki. Na stalowe bramy kneblujące wyschnięte podwórka; za judasz w drzwiach robi kilka dziurek przebitych grubym gwoździem. Śmierdzi, strużki ścieków zbierają się w mętną kałużę, która nijak nie zamierza wyschnąć, choć upał i pełne słońce.

Dalej piaszczysta ulica idzie w dół, a na niej chude kozy szukające wąskiego cienia wzdłuż krzywych ścian. Te wszystkie niedorobione ganki i krzywe okna, dziury w murach, ukruszenia i złamania. Kurz, piasek, jeszcze raz kurz. Stosy zaśmierdłych odpadków. Ścierwo kota. Słoneczny blask, zawsze prosto w oczy, biały, aż bezbarwny, taki bez zmiłowania, by oślepić i sprawić, żeby przybysz zobaczył jak najmniej.

Biegają tu dzieciaki jak z plakatów organizacji charytatywnych. Chłopcy w lichych koszulach, dziewczynki, nawet te młodziutkie, już kryją twarze w czarnych nikabach. Chude, obdarte, umorusane glutami cieknącymi z nosów, niektóre z dzieci sztywno wygięte do tyłu, jak staromodny, drewniany wieszak lub spinacz do papieru, co podobno jest objawem malarii mózgowej, choroby, którą niewielu może przeżyć, a której nikt nie wyleczy. Zmęczeni, nudzący się przeraźliwie faceci, zamroczeni khatem, który wali w łeb jak amfetamina.

Black Hawk Down – powtarzają nawet ci, którzy nie znają angielskiego, ale przecież uczestniczą w zglobalizowanej cywilizacji, więc widzieli ten film.

Jestem w miejscu, które przeszło do historii za sprawą sławnego hollywoodzkiego obrazu, na dodatek bardzo dobrego, choć zainscenizowanego w nieprawdziwej scenerii. Dwa Oscary, w obsadzie Josh Hartnett, Ewan McGregor, Eric Bana, Tom Sizemore, reżyserował Ridley Scott, a kilkoma kamerami, co uznano za nowość i twórczą odwagę, filmował Sławomir Idziak. W 1993 roku Amerykanie naprawdę chcieli pomóc. Lecz po drodze wydarzyło się kilka nieprzewidzianych wypadków (jeden żołnierz wypadł z helikoptera), zabrakło szczęścia i boskiej opieki. Wbrew planom komandosi stoczyli kilkunastogodzinną bitwę o przetrwanie, stracili dziewiętnastu ludzi, kilkudziesięciu zostało rannych. Zabili kilkuset Somalijczyków, choć niektórzy mówią nawet o tysiącu i więcej.

Moi somalijscy towarzysze powtarzają więc: Black Hawk Down, Black Hawk Down. W gruncie rzeczy czujemy się pośród piasków Wardighley jak w nierzeczywistej, muzealnej sali. Tu, jeśli w mieście chwilowo przycichło, przywozi się zagranicznych gości, jakby te zetlałe baraki i śmieci były miejscowym Luwrem albo Museum of Modern Art. Co innego można oglądać w Mogadiszu? Gdzie wyobraźnia włącza się tak bardzo, że aż słychać kanonadę (może słychać naprawdę?) i można poczuć swąd ropiejących, otwartych ran? Niby wszędzie, lecz tu szczególnie; nikt z nas nie widział tej bitwy, ale wszyscy oglądaliśmy film, więc mamy przed oczyma te same obrazy śmierci oraz szaleńczo rozradowaną, czarną twarz generała Aidida w modnych ray-banach.

Później jednak moi przewodnicy powiedzą z goryczą, że ten film to na dobrą sprawę wszystko, co świat usłyszał o Somalii, nie licząc opowieści o biedzie i głodzie. No i że szczątki helikopterów rozebrano w kilka chwil po bitwie, bo lotnicze aluminium to żywy pieniądz; co się nie spaliło od amerykańskich ładunków wybuchowych, sprzedano na targach. Zostały tylko wraki rozstrzelanych samochodów pancernych humvee, jeszcze dzisiaj – choć minęło ponad dwadzieścia lat – poczerniałe, umorusane sadzą, pogięte w jakichś nieprawdopodobnych konwulsjach, skorupy zbyt ciężkie, twarde i nieporęczne, by pociąć je na kawałki i przehandlować.

Nie ma w ich głosach dumy ani radości naocznych świadków, bo tylko ci najstarsi ledwo pamiętają grozę początku lat dziewięćdziesiątych, czasu być może jeszcze wcale znośnego. Nieodległy suk Bakaara był wtedy jak osobne państwo we władzy uzbrojonych po zęby bojówek Aidida, a Mogadiszu płonęło dosłownie, linia frontu szła ulicami i placami, niczego nie chciała oszczędzić – tamto piekło nie było do końca ich udziałem, w odróżnieniu od innych, późniejszych.

Coś dziwnego wybrzmiewa w ich słowach, dźwięczy niewypowiedzianie, niepokojąco, a ja po prostu nie umiem tego nazwać. Żadna tam satysfakcja, żadna duma i frajda, w końcu wszyscy oni wiedzą, co i dlaczego się tutaj stało. Tyle że jakieś dźwięki zgrzytają, jakiś przecinek wypada w miejscu, gdzie nie powinno go być, pojawia się wykrzyknik, cichy, wstydliwy, lecz słyszalny.

– To my – tak właśnie słyszę – zestrzeliliśmy amerykańskie maszyny (jacy wy!? – myślę – jacy wy?). Nasi (jacy oni, kurwa, wasi!?) to zrobili.
– Jacy oni, kurwa, byli nasi – usłyszę za moment od Mohameda. – Tam nie było żadnych naszych.

Lecz skoro w tym mieście i w tym kraju nie ma się za bardzo z czego cieszyć, można cieszyć się z Black Hawk Down. Ze stalowych zwłok samochodów bojowych humvee, które w tym piasku zostaną na zawsze. Z sukcesu bojówkarzy (to jednak sztuka trafić ultranowoczesny helikopter przedpotopową, poradziecką bazooką), który przecież okazał się totalną klęską, bo bitwa o Mogadiszu nie dała nikomu prawdziwego zwycięstwa, szczęścia ani spokoju. Ze sfilmowanej przez Hollywood w plenerach marokańskiego Rabatu porażki amerykańskich komandosów Delta Force i z fanatycznego zaślepienia somalijskiego watażki. Ze współprzynależności do światowej kultury, bo w końcu chłopaki z Mogadiszu i ja mamy wspólny temat do rozmów, możemy razem zamruczeć song Rachida Tahy.

No i, co równie istotne, Amerykanie wyróżnili ten obraz Oscarami. O tych nagrodach wszyscy co najmniej słyszeli, nawet tu, w miejscu, gdzie nie zagląda diabeł, film zaś oglądał cały świat. To znaczy, że świat wie co nieco o Somalii.

Nie mam nic do tego filmu, choć Mogadiszu w nim to jakiś nadzwyczajny wymysł i brednia. Nie ma tu nawet podobnych do tych z filmu ulic i targowisk, a dzielnica Wardighley, na którą spadły dwa zestrzelone helikoptery, wygląda jak zaprzeczenie tej z Hollywood. Na filmie są piętrowe, masywne domy stojące w ulicznych ciągach jeden przy drugim, dyskretne wąskie przejścia, podwórka, gdzie suszy się pranie. Naprawdę w Wardighley są jakieś pagórki i dołki, piaszczyste wydmy, brak za to zaułków, ciemnych podwórek i podcieni. Więcej tu, mam wrażenie, kóz i długouchych owiec niż ludzi, śmieci niż towaru w kilku lichych sklepikach. Nawet nieodległa nadmorska plaża jest jakoś inna. Ale popkultura ma moc kreowania rzeczywistości. Wardighley już zawsze będzie w mojej głowie jak z filmu Ridleya Scotta. Aidid będzie nosić modne okulary. A tłum rozpalonych Somalijczyków będzie ciągnąć za zdezelowanymi pick-upami porwane o nierówny bruk ciała zabitych Amerykanów. Tyle że ciała sprofanowano naprawdę.

Taha śpiewa po arabsku, czyli językiem, w którym w meczetach Wardighley powtarza się święte teksty. Lecz śpiewa w dialekcie algierskim i slangu z paryskich przedmieść, więc chyba nikt by tutaj go nie zrozumiał. Co prawda po arabsku mówią w Mogadiszu na co dzień, bo kraj bywał przymusowo arabizowany. Ale to lokalny arabski, dziwny, zamorski, kolonialny jak francuski w kanadyjskim Quebecu. Algierczyka z pewnością nie rozumie ochroniarz z Peace Hotel. Ale już pierwsze takty protest songu przywołują skojarzenia: Black Hawk Down.Arabizacja Somalii tak się powiodła, że niektórzy sprawnie przerysowują arabskie litery, nie rozumiejąc nic z tego, co notują. Albo znają na pamięć z setkę słów, nie wiedząc, jak je zapisać. Za to piosenkę Rachida Tahy rozpoznają wszyscy.

Barra barra. Barra barra. Zepsucie, zawiść, nie ma zaufania.

***

Paweł Smoleński, Królowe Mogadiszu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 240

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj