Fragment książki „Kirke”
Wstąpiłam do lasu i moje życie się rozpoczęło.
Okładka książki „Kirke”
mat. pr.

Okładka książki „Kirke”

W przeciągu niewielu dni moje życie cofnęło się o dobre kilka lat. Znów byłam dzieckiem. Podczas gdy ojciec podróżował rydwa­nem, a matka wylegiwała się nad brzegami rzek Okeanosa, leżałam w pustych komnatach, samotność ściskała mnie za gardło, a kie­dy nie mogłam jej dłużej znieść, uciekałam na opuszczoną plażę, na której spędzałam czas z Ajetesem. Szukałam kamieni, których dotykały jego palce, chodziłam po piasku, który przewracały jego stopy. Oczywiście, że nie mógł zostać. Był boskim synem Helio­sa, jasnym i świetlistym, prawdomównym i mądrym, z nadzieją na tron. A ja?

Przypomniałam sobie, co wyrażały jego oczy, gdy go błagałam, by mnie nie zostawiał. Znałam go dobrze i potrafiłam odczytać, co w nich jest, gdy na mnie patrzył. „Nie dość dobry powód”.

Siedziałam na skałach i rozmyślałam o znanych mi opowie­ściach, w których nimfy zamieniają się w kamień i krzyczące ptaki, w nieme zwierzęta i wiotkie drzewa, na wieczność wyzbyte myśli. Chyba nie było mnie stać nawet na to. Moje życie zamknęło mnie jak w granitowych ścianach. Powinnam była porozmawiać z tymi śmiertelnikami w pałacu Minosa, pomyślałam. Mogłabym sobie wy­błagać pośród nich męża. Byłam córką Heliosa, pewnie jeden z tam­tych obszarpańców by mnie zechciał. Wszystko lepsze niż to.

*

Ajetes nazwał mnie pharmakis, czarownicą, lecz cała moja siła była w tamtych kwia­tach, oceany stąd. Jeśli ktoś się zjawi, stać mnie będzie tylko na to, by krzyczeć, a tysiące nimf przede mną wiedziały, jaki pożytek z krzyku.

Opływały mnie fale strachu, każda bardziej lodowata niż po­przednia. Ciężkie powietrze pełzło mi po skórze, cienie wyciągnęły do mnie ręce. Wpatrywałam się w ciemność, natężając słuch, by do­słyszeć coś poza krążeniem własnej krwi. Każda chwila była długa jak noc, ale w końcu niebo przybrało ciemniejszą barwę i zajaśniało na krawędziach. Cienie się wycofały i nastał ranek. Wstałam cała i zdrowa. Kiedy wyszłam na dwór, nie było śladów łap, ogonów, pa­zurów żłobiących drzwi. Wcale jednak nie czułam się głupio. Czu­łam się jak po wielkiej próbie sił.

*

Wstąpiłam do lasu i moje życie się rozpoczęło.

Nauczyłam się splatać włosy w warkocz z tyłu głowy, dzięki cze­mu nie zahaczały o każdą gałązkę; zawiązywać spódnicę na wysokości kolan, by chronić nogi przed rzepami. Nauczyłam się rozpoznawać kwitnące pnącza i jaskrawe róże, wypatrywać lśniące ważki i zwinięte w kłąb żmije. Wspinałam się na skały, na których cyprysy jak czarne włócznie dźgały niebo, i schodziłam do sadów i winnic, gdzie winne grona dojrzewały grube jak korale. Przemierzałam wzgórza, brzęczące łąki, na których rosły lilie i tymianek, zostawiałam ślady stóp na żół­tych plażach. Przeszukałam każdą zatoczkę i grotę, znalazłam ciche zakątki, bezpieczne porty. Słyszałam wyjące wilki i żaby kumkają­ce w mule. Gładziłam lśniące, brązowe skorpiony, które pozdrawia­ły mnie, zadzierając ogony. Ich trucizna nie robiła na mnie wrażenia. Wino i nektar w pałacu ojca nigdy nie doprowadziły mnie do takiego odurzenia, jakie czułam teraz. Nic dziwnego, że byłam taka nierozgar­nięta, pomyślałam. Dotychczas żyłam bowiem jak tkaczka bez wełny, jak statek bez morza. Teraz wiedziałam już, dokąd żeglować.

Nocą wracałam do domu. Jego cienie już mi nie przeszkadzały, bo ich obecność oznaczała, że ojciec nie spoziera z nieba i czas należy do mnie. Nie przeszkadzała mi też pustka. Przez tysiąc lat starałam się wypełnić przestrzeń między mną a rodziną. W porównaniu z tym wypełnienie pokoi mojego domu było łatwe. Paliłam w palenisku drewno cedrowe i jego ciemny dym dotrzymywał mi towarzystwa. Śpiewałam, czego zabraniano mi wcześniej, bo matka twierdziła, że skrzeczę jak tonąca mewa. A kiedy czułam się bardzo samotna, gdy tęskniłam za bratem, za dawnym Glaukosem, zawsze był las. Jaszczurki przemykały między konarami, ptaki błyskały skrzydła­mi. Miałam wrażenie, że na mój widok kwiaty garną się do mnie jak stęsknione szczenięta, podskakują i domagają się pieszczot. Niemal się ich wstydziłam, ale z każdym dniem nabierałam śmiałości i w koń­cu uklękłam na wilgotnej ziemi przed kępką ciemiernika.

Delikatne płatki drżały na łodygach. Nie potrzebowałam noża, by je ściąć, wystarczała krawędź paznokcia, które wyrosły mi grube, z plamkami soku. Włożyłam kwiaty do okrytego płótnem koszyka i odsłoniłam je dopiero w domu, za zamkniętymi okiennicami. Nie sądziłam, by ktokolwiek próbował mnie powstrzymać, ale nie za­mierzałam kusić licha.

Popatrzyłam na leżące na stole rośliny. Wydawały się skurczone, wątłe. Nie miałam pojęcia, co z nimi zrobić. Posiekać? Ugotować? Usmażyć? W maści mojego brata był olejek, nie wiedziałam jednak, jakiego rodzaju. Czy zwykła oliwa zadziała? Na pewno nie. To mu­siało być coś wyjątkowego, jak olej z nasion jabłek Hesperyd. Ale te rosły poza moim zasięgiem. Obróciłam w palcach łodyżkę. Była miękka jak wyjęty z wody robak.

No, nie stój tu jak zamieniona w kamień, nakazałam sobie w du­chu. Spróbuj czegoś. Zagotuj je. Czemu nie?

Jak już powiedziałam, pozostało mi trochę dumy, i to wystar­czyło. Więcej mogło poskutkować fatalnie.

Pozwólcie, że powiem, czym czarna magia nie jest: to nie boska moc, która przychodzi na zawołanie. To coś, co należy stworzyć, wypracować, zaplanować i odnaleźć, wykopać, wysuszyć, posiekać i utłuc, uwarzyć i odpowiednio wymieszać. Nawet po tym wszyst­kim może zawieść, w przeciwieństwie do bogów. Jeśliby moje zio­ła nie były dość świeże, gdybym nie była wystarczająco skupiona, a moja wola by osłabła, mikstura mogłaby stęchnąć i zjełczeć mi w rękach.

*

Czarna magia to esencja znoju. Każde zioło należy znaleźć w zakątku, w którym rośnie, zerwać o właściwej porze dnia i roku, otrząsnąć z ziemi, wyselekcjonować i oczyścić, umyć i przygo­tować. Każde należy potraktować inaczej i odkryć, jaką ma moc. Dzień po dniu należy cierpliwie eliminować błędy i zaczynać od nowa. Więc dlaczego mnie to nie przeszkadzało? Czemu nie prze­szkadzało nikomu z naszej czwórki?

Nie mogę odpowiadać za pozostałych, ale moje wyjaśnienie jest proste. Przez setki pokoleń przemierzałam świat śpiąca i tępa, bezczynna i beztroska. Nie zostawiałam po sobie śladu, żadnego czynu. Nawet ci, którzy darzyli mnie odrobiną uczucia, porzucali mnie bez żalu.

Oczywiście początkowo wszystko, co warzyłam, wychodziło nie tak, jak powinno. Mikstury nie działały, maści wysychały i rozpadały się na grudki. Wyobrażałam sobie, że jeśli trochę ruty na coś pomaga, to skoro dodam więcej, będzie jeszcze lepiej, że dziesięć wymiesza­nych ziół to lepiej niż pięć, że mogę myślami być gdzie indziej, a za­klęcie pozostanie przy ziołach, że mogę się zdecydować na robienie jednej mikstury i w połowie pracy przerzucić się na inną. Nie opano­wałam nawet najprostszej zielarskiej wiedzy, której śmiertelnicy uczą się u kolan matki – że są rośliny, które po ugotowaniu dają mydło, że palony cis wydziela duszący dym, że mak sprowadza sen, a ciemier­nik śmierć, że krwawnik zamyka rany. Tego wszystkiego musiałam się nauczyć metodą prób i błędów, parząc palce i wdychając cuchnące wyziewy, tak że musiałam biec do ogrodu, żeby się wykaszleć.

W tamtych pierwszych dniach myślałam, że przynajmniej gdy nauczę się zaklęcia, nie będę musiała uczyć się go znowu. Ale nawet tu się myliłam. Niezależnie od tego, ile razy użyłam jakiegoś zioła, te nowo zebrane miały własny charakter. Jeden gatunek róży odsłaniał swoje tajemnice mielony, inny musiał być wyciskany, trzeci namacza­ny. Każde zaklęcie było górą, którą należało zdobyć na nowo. Każdy kolejny wysiłek uczył mnie na pewno tego, że warto się wysilić.

*

Moje moce zderzały się ze sobą jak fale. Przekonałam się, że mam zacięcie do magicznych sztuczek; wyczarowywałam okruszki i wy­wabiałam myszy z norek, kazałam rybkom wyskakiwać z fal prosto w rozwarte dzioby kormoranów. Spróbowałam z większymi stworze­niami: z fretkami, by odstraszały krety, sowami, by odpędzały króliki. Przekonałam się, że najlepszy czas zbiorów to pełnia księżyca, gdy rosa i mrok sprawiają, że sok owoców staje się gęściejszy. Dowiedzia­łam się, co rośnie najlepiej w ogrodzie, a co musi pozostać w natural­nym leśnym otoczeniu. Łapałam żmije i nauczyłam się uzyskiwać ich jad. Potrafiłam wycisnąć kroplę trucizny z odwłoka osy. Uzdrowiłam umierające drzewo, dotknięciem zabiłam trujący bluszcz.

Ajetes miał jednak rację: moim największym darem było prze­mienianie, więc zaczęłam skupiać się na tym. Stawałam przed różą i zamieniała się w kosaćca. Mikstura wylana na korzeń jesionu zmie­niała go w dąb ostrolistny. Przemieniłam całe drewno na opał na cedrowe, tak że jego zapach co noc wypełniał moje izby. Złapałam pszczołę i przerobiłam ją w ropuchę, a skorpiona w mysz.

Wówczas poznałam granice swoich mocy. Niezależnie od tego, jak silna była mikstura, jak doskonałe wypowiadałam zaklęcie, ro­pucha usiłowała latać, a mysz żądlić. Przemiana obejmowała tylko ciała, nie umysły.

*

zagrodzie, wpadają na siebie, ogłupiali ze zgrozy. Nienawidzili tego wszystkiego, nowych obfitych ciał, delikatnych rozciętych ra­ciczek, obrzmiałych brzuchów nurzających się w błocie. Czuli się upokorzeni, poniżeni. Do bólu tęsknili za dłońmi – wypustkami, których mężczyźni używają do karcenia świata.

– Dajcie spokój – przemawiałam im do rozsądku. – Nie jest aż tak źle. Powinniście docenić plusy bycia świnią. Są śliskie od błota i szybkie, więc trudno je złapać. Nie wystają wysoko ponad ziemię, dlatego trudno je przewrócić. Nie są jak psy, nie potrzebują waszej miłości. Wszędzie znajdą pożywienie, odpadki, śmieci. Wydają się nieinteligentne i tępe, ale to usypia ich wrogów, bo są mądre i zapa­miętują ich twarze.

Byli głusi na moje słowa. Prawdę mówiąc, z mężczyzn są fatalne świnie.

*

Nie podchodziłam do macierzyństwa lekceważąco. Szykowałam się do niego jak wojownicy na spotkanie wroga, skupieni, z mieczem gotowym odeprzeć spadające ciosy. Ale wszystkie moje przygoto­wania nie wystarczyły. Podczas miesięcy spędzonych z Odyseuszem myślałam, że nauczyłam się trochę, jak żyć życiem śmiertelnika. Trzy posiłki dziennie, wypróżnianie się, pranie i sprzątanie. Ucięłam dwa­dzieścia kawałków materiału na pieluchy i uważałam się za przewidu­jącą. Ale co ja wiedziałam o niemowlętach śmiertelników? Ajetes po niecałym miesiącu był gotów do bitwy. Dwadzieścia moich pieluch wystarczyło na pierwszy dzień.

Dzięki bogom, że nie musiałam spać. Każdą chwilę poświęca­łam na pranie, gotowanie, sprzątanie i szorowanie. Ale jak miałam to robić, skoro on w każdej chwili czegoś potrzebował, pokarmu, przewinięcia, snu? To ostatnie zawsze uważałam za najbardziej na­turalną rzecz dla śmiertelnych, łatwą jak oddychanie, tymczasem w jego przypadku wydawało się problemem nie do pokonania. Nie­zależnie od tego, jak go owinęłam, jak długo kołysałam i ile mu śpie­wałam, wrzeszczał, dyszał i trząsł się, aż lwice uciekły, aż zaczęłam się bać, że coś sobie zrobi. Znalazłam chustę, żeby go w niej nosić, blisko przy sercu. Dawałam mu kojące napary, paliłam trociczki, wzywałam ptaki, żeby śpiewały pod naszymi oknami. Jedyne, co pomagało, to noszenie go – po domu, wzgórzach, wybrzeżu. Wte­dy w końcu się męczył, zamykał oczy i spał. Ale gdy przystawa­łam, żeby go położyć, zaraz się budził. Nawet kiedy bez przerwy maszerowałam, szybko się budził i znów wrzeszczał. Miał w sobie ocean smutków, który można było uciszyć tylko chwilowo.

***

Madeline Miller, Kirke, przeł. Paweł Korombel, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2018, s. 416

Książkę można kupić tutaj »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj