Fragment książki „Lud”
My się z psami wyczuwamy. Wiem, kiedy mogę się zbliżyć, a kiedy mam się trzymać z daleka.
Okładka książki „Lud”
mat. pr.

Okładka książki „Lud”

Podbiegają, opowiadają, ale nawet nie wiem, jak to opisać, bo nie używamy słów. Tutejsze wychowali ludzie, więc są bardziej zamknięte, nie ma z nimi aż tak dobrego kontaktu. Łatwiej porozumiewać się ze zwierzętami żyjącymi dziko. Z krukami na przykład. Mają świetne poczucie humoru.

Karina uczy w Uummannaq tańczyć i śpiewać, ale tak, żeby to wychodziło z serca. Przyjeżdża na kilka miesięcy albo na kilka dni, później wpada do szkoły muzycznej, zamyka się w jednym z pokoi, zakłada słuchawki i ćwiczy. Teraz właśnie przetrząsa magazyn w poszukiwaniu kabla, więc siadam obok na podłodze, wsłuchując się w jej lekki oddech, uciążliwe bzyczenie i psie chórki za ścianą.

 – Ludzi też wyczuwasz?

 – Tak, ale nie chcę o tym rozmawiać. Mogę ci tylko powiedzieć, że codziennie w myślach odwiedzam moje dwie córki, które mieszkają na Alasce, i sprawdzam, czy wszystko u nich w porządku.

Tego wieczora, kiedy pierwszy raz usłyszałam inuickie bębny, a Ann odkrywała przede mną zakamarki domu dziecka, Karina śpiewała piosenkę o kobietach silnych jak góry. Głos wyrył na tyle głębokie rowki, by płyta zacięła się w głowie i odtwarzała się teraz w pęknięciach lodu po drugiej stronie wyspy, w ostatnim oddechu zabijanego halibuta i dymie wydmuchiwanym w kołnierz nadpalonej bluzy.

 – Ann lubi tę piosenkę – opowiada Karina. – Napisałam ją na Alasce, gdzie spędziłam siedemnaście lat i gdzie spotkałam najsilniejsze kobiety, jakie znam. Silne w tym znaczeniu, że świadome własnej tożsamości. Grenlandia rozwija się na zachodni sposób, a na Alasce ważniejszy jest przekaz ustny, ludzie spędzają czas razem, dzielą się tradycją w działaniu.

Skóra na jej pięćdziesięcioletnim ciele napina się jak na dobrze naciągniętym bębnie. Wytatuowane na przedramionach linie, kropki i symbole wielorybich ogonów mówią więcej niż wyraźnie zarysowane struny mięśni.

Między drugim a szóstym rokiem życia Karina mieszkała w Danii, gdzie studiował jej ojciec, Grenlandczyk. W szkole i w domu rozmawiało się po duńsku. Ojciec był z pokolenia, które wiedziało, że tylko wyższe wykształcenie przełoży się na szacunek Duńczyków. Został szefem departamentu kultury i edukacji. Najbardziej denerwowała go pozycja ofiary, którą przyjmowali Grenlandczycy, za wszystko obwiniający Duńczyków, bo to odbierało im siłę.

 – Jesteśmy cisi, ale to nie oznacza, że jesteśmy słabi. Po prostu mówimy z innego miejsca w ciele. – Karina dotyka mostka końcówką przedłużacza, który wyjęła z kłębowiska kabli.

Pracę w domu dziecka zaczęła od nauki tańców z dużymi alaskańskimi bębnami i uważa, że to była dobra droga, by wzbudzić zainteresowanie wychowanków ich własną kulturą. Zapominali, co im się przydarzyło.

 – Jeśli pochodzisz z dysfunkcyjnego domu, jesteś przyzwyczajony, że codzienne życie to walka. I podświadomie do tego dążysz, bo tylko to znasz – wyjaśnia. – Więc my pokazujemy, jak inaczej można być razem. I oni powoli przyjmują do wiadomości, że to też w porządku. Dla mnie istotą człowieczeństwa jest duchowość. Wierzę, że mamy duszę indywidualną, ale jedno­cześnie stanowimy część duszy zbiorowej. Widzę nas jako krąg ludzi, zwierząt, bóstw i przyrody nieożywionej, w którym każdy element jest tak samo ważny.

Kiedy wracamy do pokoju prób, Karina podłącza potrzebny kabel i kończy nagrywać piosenkę, którą jeden z wychowanków napisał po śmierci swojej babci.

Ja w tym czasie stoję naprzeciwko zakurzonego w pasie kontrabasu, patrząc mu w ślimak. Nie bywam w tym kącie, odkąd nocami ktoś inny szwenda się po pokojach szkoły muzycznej. Zdarza się, że kiedy nikogo nie ma, gram jednym palcem na pianinie i tęsknię za moim tatą, który potrafi odtworzyć z pamięci każdą, choćby raz usłyszaną piosenkę. Tato najbardziej lubi grać w samotności, najlepiej jeszcze w słuchawkach, więc tutaj czułby się swobodnie, zwłaszcza że nie wierzy w duchy. Czasem wyobrażam sobie, że siedzimy tu razem, grając na dwie ręce i palec, mama obok czyta mądrą prasę, siostra prosi, żebym tylko nie zaczęła śpiewać, bo nie zdzierży, a kot jak zawsze leży i słucha, czy to o nim. Dopiero niedawno odkryłam, że kciuk i palec wskazujący mam po tacie (dlatego skubię skórki), a serdeczny i mały po mamie. Środkowy pół na pół.

Na Północy często myślę o tych, z których się wzięłam i których opuszczam tylko po to, by zaraz chcieć wrócić. Wymieniamy listy, w których jest już wiosna, a ja próbuję sobie wyobrazić rodziców w moim wieku, kiedy po kilku przeprowadzkach osiedli w końcu w Prószkowie pod Opolem, dwie małe córki kręciły się pod nogami w aptece, Północ poznawali z serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich PIW‑u i prosili, żebyśmy nigdy nie poszły na farmację. W jednej aptece przepracowali trzydzieści dziewięć lat, tyle, ile ja będę mieć za dwa lata. Ta apteka jest jednocześnie moim rodzinnym domem, gdzie domowników poznaje się po tym, jak naciskają klamkę albo jak stąpają po schodach. I gdzie ma się wyraźny kontur. W dzieciństwie działy się tam różne niewyjaśnione rzeczy, a i teraz czasem znienacka spadają obrazy. Na przykład jednocześnie trzy różnej wielkości, bez uszkodzenia gwoździ. Tato mówi, że to wiatr, mama, że szczęście, bo to znaczy, że komuś na nas zależy.

 – Tym, którzy pojmują wszystko rozumem, nasze instrumenty mogą się wydawać prymitywne. – Karina kończy myśl, zdejmując słuchawki i zamykając komputer. – Kościół zakazał bębnienia, ponieważ było dziełem Szatana. Pod wpływem tego poglądu Grenlandczycy zaczęli się wstydzić własnych dźwięków. Ale to się teraz zmienia. Dla coraz większej grupy bębny znowu są częścią codziennego życia. W ogóle mi nie przeszkadza, że nie są tym samym dla Europejczyków. Wy operujecie umysłem, my sercem. Przez nadmierny racjonalizm tracisz kontakt z własnym otoczeniem. Im bardziej usuwasz siebie z ciszy, tym bardziej wyrzekasz się swojego zbiorowego ja. Im dłużej studiujesz za granicą, tym bardziej zachodni staje się twój umysł. Europejski system automatycznie stwarza podziały, a one są niepotrzebne w naszej kulturze, bo my rozumiemy siebie jako całość.

Kontrabas łypie. Ściągam z niego nalot dłonią i wcieram w dawno niemalowany dywan.

Karina w tym czasie narzuca soczyście zieloną kurtkę na jaskrawo­żółty sweter, spokojnie znosi chaotyczny taniec muchy zaplątanej w wiatrołapie, po czym otwiera jej drzwi na zimno.

 – Chodź posłuchać kruków. O tej porze dnia zbierają się przy przystani – zaprasza mnie do swojego kręgu.

Idziemy w dół wyspy w ostrym słońcu, a ja w myślach pytam ją, w jakim są humorze.

Karina patrzy w ciszy na ptaki niesione wiatrem, łapie mnie za ręce i mówi z uśmiechem, że naprawdę nie wie, jak to przetłumaczyć.

***

Ilona Wiśniewska, Lud. Z grenlandzkiej wyspy, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 166-170. Książkę można kupić tutaj.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj