Fragment książki „Jacek”
To, że więzienie wpisane jest w los przyzwoitego człowieka, miał wpojone przez ojca od dzieciństwa.
Okładka książki „Jacek”
Materiały klienta

Okładka książki „Jacek”

Trzech panów w celi

– Wchodzę do celi 76 w XII pawilonie MSW na Rakowieckiej. Wita mnie brunet o piwnych oczach i zdrowej budowie, uroda kresowa, w słonecznym nastroju. Zachowuje się, jakby był u siebie. Przedstawia się: „Jacek Kuroń” – opowiadał Jan Rulewski1. Rulewski, późniejszy senator III RP, wtedy dwudziestojednolatek, został aresztowany w Czechosłowacji za nielegalne przekroczenie granicy. Trafił na Rakowiecką pod koniec września 1965 roku. Jacek Kuroń, lat trzydzieści jeden, siedział tam już od pół roku. Jacek pisał do Gajki w pierwszym liście po aresztowaniu: „Ojca poproś, żeby się nie denerwował. Ja sobie tu odpocznę, wrócę i na pewno szybko zrobię doktorat”.

To, że więzienie wpisane jest w los przyzwoitego człowieka, miał wpojone przez ojca od dzieciństwa. „Odkąd pamiętam, myślałem o sobie jako o tym, który ma siedzieć w więzieniu, być torturowany, zginąć” – odnotował w Wierze i winie. Co nie oznaczało, że na starcie więziennej kariery było mu łatwo. „Na początku wciąż czekałem, że przyjdą, otworzą drzwi. A przez to, że się czeka, każda minuta rozwleka się w wieczność. Dzień minął, a zdawało się, że rok. I to czekanie – wyjdę, nie wyjdę, wyjdę, nie wyjdę, taka huśtawka. Bierze się książkę, ale nic się z niej nie rozumie. I wszystko jest przerywane stukaniem – na XII pawilonie, kiedy wyprowadza się kogoś z celi na przesłuchanie, oddziałowy puka kluczem o barierkę balkoniku, dyń, dyń, dyń, i ten stuk bez przerwy wali w głowę”. Regulamin w pawilonie MSW na Rakowieckiej nastawiony był na izolowanie więźniów. Spacer – jedną celą, do lekarza – pojedynczo, do biblioteki – wcale, książki przynosili do celi na zamówienie. Nikt nie wiedział, kto siedzi obok. Gdy strażnicy wywoływali więźnia, nigdy nie wymawiali jego nazwiska, wskazywali palcem lub mówili „na K”. Na korytarzu nie można było spotkać więźniów z innych cel. Na Rakowieckiej, zbudowanej w stylu klasycznej architektury penitencjarnej, według wzoru słynnego amerykańskiego więzienia Sing--Sing, pusta przestrzeń ciągnie się przez wszystkie kondygnacje, na każdej są balkoniki wokół cel i barierki z siatkami, tak że więźnia widać z każdego poziomu. Dlatego strażnicy, waląc kluczami o kraty, dawali sobie znak, że kogoś prowadzą.– Czynności Jacka w celi były następujące: czytanie, mówienie i pisanie listów do żony – wyliczał Rulewski. – Kiedy z powodu jakichś dolegliwości przyszła do niego pielęgniarka, traktował ją w egzaltowany sposób uprzejmie. Był miły dla całej służby więziennej, na apelach wykazywał się dyscypliną i wzbudzał sympatię personelu. Powtarzał, czego słuchałem bez przekonania, że walczy się z systemem, nie z ludźmi, więc nie ma co wadzić się z klawiszami. Ale miał dwie lewe ręce, gdy jako porządkowy ustawiał buty, okazywało się potem, że jeden był mój, a drugi jego, składanie ubrań w kostkę, którą wystawiało się na noc na korytarz, wychodziło mu źle, więc regularnie dostawał uwagi. Jacek od razu zaczął traktować więzienie jak wszystko inne w swoim życiu, to jest jak zadanie, które przed nim stanęło: nie marnować czasu, dużo czytać, robić notatki, pisać doktorat. Jak podczas wszystkich następnych odsiadek, uczył się też – bezskutecznie– angielskiego. W liście meldował Gai, że cztery razy dziennie wykonuje ćwiczenia, które mu poleciła: wdechy, nożyce, pompki, skłony. Tłumaczył, że stara się żyć czasem teraźniejszym: papierosem, śniadaniem, partią domina. Jej radził to samo: „Musisz się starać jak najrzadziej myśleć o mnie, jak najmniej czekać. Spróbuj nie czekać, a zobaczysz, minie ten czas, nim się zdążysz obejrzeć, i zadzwonię do domu, że już idę”.

Nie wchodził w konflikty ani ze strażnikami, ani ze współwięźniami. Rulewskiego traktował jak wychowanka. – Stworzył mi prawdziwy uniwersytet ludowy – opowiadał Rulewski. – Wykładał o Polsce przedwojennej. Od niego dowiedziałem się, że okolice Lwowa były ukraińskie, więc przebywaliśmy tam jako okupanci, i że mniejszości narodowe prześladowano. Tłumaczył mi, co to endecja, co Natolin, a co puławianie. Polecał lektury. Rozbudziłem w nim ciekawość, dopytywał mnie o wszystko. Byłem młodym janczarem komunizmu, który odmówił posłuszeństwa. Bieda pchnęła mnie do Wojskowej Akademii Technicznej. A kiedy poszliśmy do lokalu odhaczyć kandydatów w wyborach do rad narodowych, nie odhaczyłem. Wywalili mnie dyscyplinarnie i skierowali do plutonu czołgów. Zwiałem z zamiarem ucieczki do Francji. Przedostałem się do Czechosłowacji. Po sforsowaniu zasieków na granicy czesko-niemieckiej myślałem, że jestem już w Niemczech, a to była fałszywa granica. Tak mnie aresztowali. Rulewski zapamiętał, że Jacek był wtedy pełen wiary i optymizmu. Kuroń rzeczywiście wierzył, że będzie lepiej, niż się później okazywało: że nie wywiozą go po wyroku z Rakowieckiej, że pozwolą robić doktorat, że będzie amnestia. Optymistycznie oceniał też sytuację polityczną. O jego optymizmie można przeczytać w donosach współwięźniów. Gdy opowiadał o nadchodzącej rewolcie, przekonywał, że będzie zwycięska i bezkrwawa. Agent, który to relacjonował, spytał: „A wojsko?”. „Mowy nie ma, by wojsko wystąpiło przeciw społeczeństwu”– odpowiedział Kuroń. Inny współwięzień, lekarz, uważał, że Jacek cierpi na nadczynność tarczycy („Jest w stanie maniakalnym, co przejawia się wiecznym podnieceniem i zadowoleniem z siebie”– diagnozował donosiciel). W listach do Gai Jacek zapewniał, że czas więzienia będzie traktował po prostu jak urlop. Nawet administracja więzienna tak podsumowała jego pobyt na Rakowieckiej: „Usposobienia pogodnego i wesołego, spokojny i zrównoważony”.

Na przesłuchania brali go co parę dni, a śledczy wciąż od nowa pytali, ile było egzemplarzy Listu otwartego do partii, komu je dali, jakie i od kogo otrzymywali materiały, z jakimi obcokrajowcami się widywali, kiedy i w jakich okolicznościach poznali różne osoby, w jakich mieszkaniach się spotykali. Jacek miał już wtedy pewne doświadczenie. W listopadzie 1964 roku, gdy zatrzymano na krótko całą grupę dyskutującą tezy przyszłego Listu, nadział się na ubeka z dużym stażem, majora Szymczaka. „Zabawa polega na tym – opisywał– żeby zacząć rozmowę o niczym, na dowolny temat, bylebym zaczął mówić. I nagle rozmowa płynnie przechodzi w przesłuchanie, tak płynnie, że nie wiedziałem, w którym miejscu to następuje. Pamiętam, jak Szymczak zapytał: »Czy ma pan dużo znajomych i przyjaciół?«. »Dużo« – powiedziałem. »Niech pan ich wszystkich wymieni«. I ja zaczynałem wymieniać, przy czym pomijałem tych, którzy byli ważni w sprawie. Dopiero potem uprzytomniłem sobie, że jak ich pomijam, a są to ludzie ewidentnie mi znani, to wskazuję na nich palcem. A jak ich nie pomijam, to podaję ich nazwiska do protokołu”. I konkludował, że później na nic już nie można go było nabrać, bo wszystko z Szymczakiem przećwiczył. Spotkał go potem raz jeszcze, w Marcu ’68, gdy wracał do celi z przesłuchania. Przedstawił go swemu ówczesnemu śledczemu: „To mjr Szymczak, mój instruktor, dzięki niemu ma pan ze mną takie kłopoty”. Początkowo opowiadał trochę o swojej i Karola Modzelewskiego pracy nad Listem, uznając, że nie mają nic do ukrycia. Ale nigdy nie podał żadnego nazwiska. Wkrótce ubecy zaczęli mu cytować obciążającego zeznania jednego z trockistów, których próbowano włączyć do ich sprawy. Odtąd każda odpowiedź Jacka brzmiała: „Przytoczonymi fragment wyjaśnień jest nieprawdziwy. Nie mam nic więcej do wyjaśnienia”. Milczenie musiało być dla niego wyjątkowo trudne, nie leżało w jego naturze. Nie dość, że był gadułą, to jeszcze fundamentem jego filozofii życiowej było traktowanie drugiego człowieka z szacunkiem i sympatią. Zawsze też lubił spór, dyskusje, przekonywanie do własnych racji. Niedługo przed śmiercią opowiadał, że fatalnie się czuje w klimacie wrogości i że zawsze i z każdym stara się nawiązywać więź: „Na przesłuchaniach mówiłem: pan jest profesjonalista, ja jestem profesjonalista, zawodowo musimy ze sobą walczyć, ale jako ludzie to musimy się jednak lubić”.

Czego śledczym nie udało się dowiedzieć na przesłuchaniu, usiłowali wyciągnąć z niego rekrutowani spośród więźniów tzw. agenci celni. W celi Jacka zawsze przynajmniej jeden donosił. Każdego dnia informacje o zachowaniu i wypowiedziach Kuronia trafiały na biurka szefów MSW. W języku resortu nazywało się to „przesyłam doniesienie spod Kuronia i Modzelewskiego do wiadomości i dalszego urzędowania”.

Kiedy koledzy z celi pytali Jacka wprost, co mówić „na górze”, w pokojach przesłuchań, odpowiadał: „Mów, co chcesz, wszystko, co mówię w celi, mógłbym powtórzyć na górze”. Już w dzień po aresztowaniu Jacka agent Włodek informował: „Mówi, że był jednym z grupy młodych naukowców z UW, która postanowiła walczyć za pomocą słowa z wypaczeniami socjalistycznymi. Mieli oni dokładne rozpoznanie i luźny kontakt z podobnymi grupami, które czynne są i aktywne na terenie ZSRR”. Po czym dodawał: „Uważa, że ich akcja narobi dużo szumu, da znać społeczeństwu, że istnieje grupa ludzi, która walczy o prawdę. Twierdzi, że ruch ich będzie coraz bardziej się rozszerzał”.

Przeważają tego typu rewelacje; czasem, choć rzadko, pojawiają się jakieś fakty, nazwiska czy imiona(wtedy na donosie ubek notuje: „nazwisko do ustalenia”). Są też doniesienia kuriozalne, z cyklu „jak mały Jasiu wyobraża sobie konspirację”: „Były przestrzegane jak najdalej idące zasady konspiracji, np. każdy po przeczytaniu biuletynu przed oddaniem dalej był zobowiązany do dokładnego wytarcia go chusteczką, aby nie pozostawić na nim śladów linii papilarnych”.

Agenci celni powtarzali śledczym, nie zawsze składnie, Jackowe opowieści i komentarze do sytuacji. Wedle ich raportów roztrząsał on, co się dzieje w Kościele, wśród zbuntowanej inteligencji i pisarzy; wskazywał na konflikty interesów różnych grup społecznych; tłumaczył walkę frakcyjną w PZPR; piętnował brak wolności i praworządności, cenzurę, inwigilację tajnej policji politycznej, wasalstwo sądownictwa, biedę, niskie zarobki, podwyżki cen, braki na rynku. Komentował – na podstawie strzępów informacji z dostępnej w więzieniu „Trybuny Ludu” – wydarzenia w kraju i na świecie: sobór watykański, wojnę w Wietnamie, konflikt Chiny – ZSRR. Niezależnie od tego, jaki materiał obciążający zebrała Służba Bezpieczeństwa, decyzje dotyczące procesu Kuronia i Modzelewskiego zapadały na najwyższym partyjnym szczeblu, a spierali się o nie z jednej strony – ówczesny I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka i jego ludzie, a z drugiej – tak zwani partyzanci, ludzie Mieczysława Moczara, szefa MSW, którzy chcieli sprawę rozdmuchać.– Choć trockiści byli na Zachodzie zmarginalizowani, w oczach Moskwy wyglądało to inaczej – mówi Modzelewski. – To była odziedziczona po Stalinie obsesja. Dla „partyzantów” spod znaku Moczara zarzut trockizmu był flagowy. Uważali, że jeśli przyłapią grupę Gomułki na tym, iż jest ślepa na zagrożenie trockistowskie, zyskają zaufanie Moskwy. Nie udało im się, bo byli za słabi. Decyzje w naszej sprawie podejmował – tak myślę – sam Gomułka. Sprawę Kuronia i Modzelewskiego MSW chciało połączyć ze sprawą grupki polskich trockistów, próbując zarzucić im wszystkim kontakty z IV Międzynarodówką, to znaczy udział w międzynarodowym spisku trockistowskim. Partia jednak kazała potraktować obie sprawy osobno.

***

Anna Bikont, Helena Łuczywo, Jacek, Wydawnictwo Agora, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2018

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj