Fragmenty książek

Fragment książki „Christine. Powieść o Krystynie Skarbek”

Okładka książki „Christine. Powieść o Krystynie Skarbek” Okładka książki „Christine. Powieść o Krystynie Skarbek” Materiały partnera
„Odkąd Fahrenheit wynalazł termometr, jeszcze nie mieliśmy w południowej Anglii tak ciepłego października” – napisał na portalu internetowym Herald osiemdziesięciopięcioletni George Palm, stolarz i kronikarz hrabstwa. Rzeczywiście tego roku okoliczne wrzosowiska, trawy, dęby, a szczególnie klony, zapłonęły w jesiennym słońcu jak na pejzażach Samuela Henry’ego Bakera czy Sidneya Richarda Percy’ego. Smartfony turystów zapełniały się zdjęciami, których nawet nie trzeba było upiększać.

Tego samego dnia w zakładce Wydarzenia pojawiły się dwie informacje. Pierwsza zawiadamiała o ślubie pary nauczycieli z Adams’ School, pani Jennifer Cole i pana George’a O’Malleya. Druga donosiła o pogrzebie, który odbył się dzień wcześniej na cmentarzu przy kościele Świętego Olafa.

Ciało komandora Royal Navy, sir Jonathana Garden-Croftona, spoczęło w grobie rodzinnym obok ciała jego ojca Olivera, dziadka Thimothy’ego i pradziadka Josepha oraz pozostałych przodków, których imiona wykute w miękkim piaskowcu zatarł morski wiatr. Zostały jedynie ledwo czytelne fragmenty epitafiów z powtarzającymi się słowami: Wind, Sea, Ship i Lord.

Komandor miał siedemdziesiąt sześć lat. Odznaczony przez królową Elżbietę II Orderem Imperium Brytyjskiego klasy drugiej, mógł używać tytułu „sir” i tak jak jego ojciec i dziadek był członkiem Travellers Club przy Pall Mall 106, gdzie po zakończeniu pracy w służbie Jej Królewskiej Wysokości spędzał czas, delektując się cygarami, prasą i rozmowami.

Ceremonia pogrzebowa była skromna, dokładnie taka, jakiej zażyczył sobie komandor w swojej ostatniej woli, którą spisał pięć lat wcześniej, czyli na chwilę przedtem, zanim dostał wylewu. Jego syn Mark Garden-Crofton postanowił wypełnić ją literalnie. Nie wyłączając listy zaproszonych osób, która składała się z dwudziestu jeden nazwisk, angielskich, szkockich i irlandzkich oraz czterech serbskich i jednego polskiego.

Mark rozesłał zaproszenia na ceremonię, ale swój przyjazd potwierdziło tylko dziesięć osób, w tym dwóch Serbów. Reszta odmówiła udziału ze względu na stan zdrowia, a niektórzy nie odezwali się nawet grzecznościowo. Rodzinę reprezentował tylko Mark, właściciel dobrze prosperującej firmy projektowania wnętrz. Na nim kończyła się kilkusetletnia historia rodu Garden-Crofton. Mark jako pierwszy od czterech pokoleń nie był oficerem brytyjskiego wywiadu. Nie był też członkiem Travellers Club. Historia jego ojca i przodków w wywiadzie niewiele go interesowała, tym bardziej że był zdecydowanym przeciwnikiem imperialnej polityki Wielkiej Brytanii i organizatorem marszów równości. Dlatego z dystansem zabarwionym odrobiną niechęci przyglądał się ubranym na czarno ponurym starcom stojącym nad otwartą mogiłą jego ojca. Nie zaplanował dla nich żadnego poczęstunku, bo komandor w ostatniej woli nic o tym nie wspomniał. Stojąc u boku swojego partnera Philipa, cierpliwie przyjmował kondolencje, w tym od nerwowego mężczyzny, który rzuciwszy nazwisko, przedstawił się jako wysłannik szefa MI6.

Ostatni podszedł do Marka niski starszy mężczyzna w czarnym meloniku i surducie z aksamitnymi wyłogami. Powiedział, że nazywa się Sydney Alond i jest pracownikiem Travellers Club.

– Szanowny panie – kontynuował ściszonym głosem, patrząc na swoje buty – proszę przyjąć najgłębsze wyrazy współczucia od członków naszego klubu i ode mnie osobiście. Znałem pańskiego ojca od wielu lat i zawsze niezmiernie ceniłem jego pogodę ducha i skromność. Będzie nam bardzo brakować sir Jonathana, jego opowieści i wspaniałego poczucia humoru. Chciałbym też zaprosić pana do nas…

– Nie zamierzam wstępować… – delikatnie się obruszył Mark i spojrzał na Philipa, który wydął usta na znak dezaprobaty. – Nie, nie o to chodzi. – Pan Alond podniósł wzrok. – Sir Jonathan miał w naszym klubie swoją szafkę. Po jego śmierci znaleźliśmy w niej kuferek. W związku z tym, że jest pan jedynym spadkobiercą, chcielibyśmy, by był pan uprzejmy go odebrać. Jest zamknięty i brak do niego klucza. Zapewne wewnątrz są jakieś osobiste rzeczy komandora, które dla pana mają duże znaczenie. Będzie dla nas zaszczytem gościć… – Dobrze. Przyjdę w przyszłym tygodniu – odparł Mark obojętnie.

– Dziękuję bardzo i jeszcze raz proszę przyjąć moje… – Pan Alond, zamiast dokończyć, znowu spuścił wzrok i zgrabnie usunął się na bok. Mieszczące się przy Pall Mall kluby Mark uważał za zahibernowane siedlisko brytyjskiego konserwatyzmu, imperializmu, rasizmu i nietolerancji, więc ociągał się z odbiorem znaleziska, które nie budziło w nim prawie żadnego zainteresowania. Dopiero po dwóch tygodniach zadzwonił do pana Sydneya Alonda i umówił się na spotkanie. Przekazano mu drewniany kuferek z zaokrągloną pokrywą, jak na licyjskich grobowcach w Kaş. Trochę rozeschnięty, bogato zdobiony i z mosiężnymi okuciami, ważył około pięciu kilogramów. Na wierzchu pokrywy namalowany był odwrócony czarno-żółty krzyż z koroną i napis ozdobną rosyjską cyrylicą, a pod nim data 1854.

Mark podpisał oświadczenie i zabrał pamiątkę do swojego mieszkania na pierwszym piętrze różowego domu w Notting Hill. Philip, który przez lata prowadził antykwariat i ukończył historię sztuki, niemal natychmiast rozszyfrował pochodzenie kuferka. Wodząc palcem po pokrywie, stwierdził, że należał do 10 Ingermanlandzkiego Pułku Huzarów z czasów wojny krymskiej, więc Mark szybko się zorientował, że musiał go przywieźć prapradziadek Joseph Garden-Crofton, który walczył w bitwie pod Bałakławą. Z dzieciństwa pamiętał stojące na kominku zdjęcie opartego o szablę, dumnie prężącego pierś wąsatego huzara z warkoczykami. Philip kategorycznie się nie zgodził na otworzenie kuferka dłutem i wezwał znajomego ślusarza, który solidnie się spocił, majstrując przy starym rosyjskim zamku. W końcu wieko drgnęło i odsłoniło wnętrze. Niemiecka fajka z porcelanową główką w kształcie psiego pyska, mały mosiężny sekstant, zdjęcie nagiej kobiety upozowanej na sofie, które Philip uznał za unikatowe dzieło z początków XX wieku, album z fotografiami z pierwszej wojny światowej, składany nóż do szczepienia drzewek.

Na końcu Mark wyjął gruby notatnik oprawiony w zielony aksamit z wytłoczoną złotymi cyframi datą 1952. Przekartkował go i stwierdził, że zapisane są tylko pierwsze strony i że z pewnością nie jest to charakter pisma jego ojca. Pradziadek Timothy zmarł w 1947 roku, musiał to być zatem notatnik dziadka Olivera, uznał Mark. W dniu śmierci dziadka miał piętnaście lat i nadal doskonale pamiętał jego pogrzeb przy kościele Świętego Olafa na klifie. Tłum dostojnych żałobników wypełniał prawie cały cmentarz, a później zgromadził się na przyjęciu w posiadłości Garden-Croftonów. Dziadek Oliver zostawił w pamięci Marka same dobre wspomnienia. Jedyny w rodzinie akceptował jego odmienność, która ujawniała się w tym czasie coraz silniej, i udzielał mu schronienia. Zupełnie odwrotnie niż ojciec, co spowodowało, że Mark szybko opuścił dom i stracił kontakt z historią rodziny.

O dziadku Oliverze wiedział tylko, że – podobnie jak ojciec – był oficerem MI6 i w czasie wojny służył w Jugosławii oraz na Bliskim Wschodzie. Marka zaciekawiło, co kryją jego notatki. Dlatego zaparzył sobie czarną herbatę, wziął zielony notatnik i poszedł na górę do swojego gabinetu. Oliver miał ładny, kaligraficzny charakter pisma, ale stawiał bardzo drobne literki, więc Mark musiał założyć okulary. Zapalił lampkę i zapadł się w skrzypiącym fotelu.

15 czerwca 1972 roku

Dzisiaj minęła dwudziesta rocznica śmierci Christine Granville.

Vincent V. Severski, „Christine. Powieść o Krystynie Skarbek”, Wydawnictwo OsnoVa, Warszawa, 2019, s. 7-11

Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama