Fragmenty książek

Fragment książki „Piekielna nieobecność. Opowieść o przyjaźni z Zuzią Łapicką”

Magda Umer, Piekielna nieobecność. Opowieść o przyjaźni z Zuzią Łapicką Magda Umer, Piekielna nieobecność. Opowieść o przyjaźni z Zuzią Łapicką mat. pr.

Jakie były te wasze pierwsze spotkania?

Kręciliśmy z Danielem widowisko pod tytułem Leśmian, w reżyserii Bogusławskich, gdzieś w wąwozach Kazimierza nad Wisłą. Naturalna, niesamowita scenografia i jeszcze do tego wspaniały Adam Myjak poustawiał tam swoje rzeźby. Zuzia już jako młoda narzeczona do nas dojeżdżała. Pomagała, dowoziła jedzenie, chyba nawet podpowiadała tekst. Wszystkich uwiodła swoim wdziękiem i serdecznością. A ja oprócz śpiewania miałam tam biegać po łące prawie

nago i to mnie trochę przerażało, bo byłam już w ciąży. Ktoś wpadł wtedy na pomysł, żeby zatrudnić jakąś panią, która zamiast mnie będzie biegała na golasa po łące. Kiedy zobaczyłam,

jaki ona ma biust, powiedziałam, że nigdy w życiu nie pozwolę, żeby myślano, że to mój biust i sama zaczęłam biegać po łące. Prawie na golasa!

Ale co było nie tak z biustem dublerki?

No jakiś taki… Z jej biustem to było po prostu nieporozumienie!

To znaczy nie spełniał warunków?

O właśnie. Nie spełniał warunków. A jeszcze ten Leśmian, który pisał: „A jej pierś zakończona różową soczystką”. I tamta miała udawać, że to ja? Nie, nie. I tak wyszło, że to ja biegałam, okryta jakąś gazą. Ktoś niedawno mi to pokazał na YouTubie. To były już ostatnie chwile, kiedy nie było jeszcze aż tak widać mojego brzucha. Ale był już biust, który za chwilę będzie pełen mleka i będzie karmił jakieś cudowne dziecko.

A jak to się stało, że Daniel i Zuzanna, już jako małżeństwo, przyjęli panią pod swój dach we Francji?

Oni stali się wtedy moją małą rodziną zastępczą.

„Grzeję się przy ich ognisku, nie mając nadziei na własne”. Tak pisała pani w swoich pamiętnikach, które później spłonęły w pożarze domu.

Rzeczywiście spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu, ponieważ ja byłam sama. To znaczy prawie sama, bo byłam w tajemnym związku z pewnym żonatym mężczyzną. Daniel grał w filmach, a my z Zuzią bardzo dużo razem podróżowałyśmy. To właśnie wtedy pierwszy raz pokazała mi swoje ukochane Chałupy, Juratę, Hel… Stałyśmy się prawie nierozłączne i kiedy zbliżał się czas mojego porodu, to właśnie Zuzia załatwiła, żeby ten poród odbierał tata jej przyjaciółek, Marysi i Basi Winiarskich, które śpiewały i tańczyły. To był grudzień 1977 roku. Miałam chyba jeden z pierwszych w Polsce bezbolesnych porodów. Parę lat nie mogłam po nim

dojść do siebie, ale naprawdę nic mnie nie bolało. Jakiś asystent dał mi zastrzyk i kazał przeć. Pytałam: „Kiedy mam zacząć?”. A on na to, że kiedy mnie zacznie boleć. „Ale kiedy mnie zacznie boleć?”, dopytywałam. „Jak się zapali czerwone światełko”, tłumaczył. Taki był mój poród z pierwszym dzieckiem, z Mateuszem. A Zuzia to zorganizowała i przy tym wszystkim była. To nas szalenie złączyło. A potem ona zaszła w ciążę, którą niestety straciła i wielka to była dla nas wszystkich tragedia. Długo dochodziła do siebie. Uratowała ją następna ciąża szczęśliwie zakończona przyjściem na świat zdrowiutkiej i ślicznej Weroniki. Te wszystkie przeżycia sprawiły, że byłyśmy już bardzo, bardzo blisko. I zaczęłyśmy żyć jak rodzina. Kiedy Weronika miała dwa lata, Mateusz był pięcioletnim chłopcem. Wtedy właśnie zaczął się stan wojenny i wyjechałam do nich, do Francji. Zaprosili mnie dlatego, że w Polsce straciłam pracę, nie miałam za co żyć i zostałam wyrzucona z telewizji jako ta, która tworzy antysocjalistyczne programy.

Tak mówił pewien generał.

I dostałam tak zwany rosyjski szlaban. To znaczy, że nikt do mnie nie przyszedł, żeby mi powiedzieć: „Nie może pani występować”. Było zupełnie inaczej. Wszędzie tam, gdzie mnie zapraszano, szedł komunikat, że nie mogę przyjechać. A mnie mówili, że coś się tam zepsuło. Z bardzo wieloma ludźmi tak postępowano. Wielu nie rozumiało, co się dzieje i dlaczego nie dochodzi do żadnego koncertu. Nie miałam więc żadnych pieniędzy. Niczego. I uratował mnie wtedy między innymi Andrzej Wajda, który w stanie wojennym kręcił w Paryżu Dantona. Zaangażował tam całą masę polskich aktorów i z Teatru Starego z Krakowa, i z teatrów warszawskich. Jednocześnie był zaprzyjaźniony z Teatrem Nanterre pod Paryżem i ludziom, którym chciał pomóc, załatwiał w nim fikcyjny angaż. W ten sposób dostawało się papiery.

I tak wyjechała pani do Francji.

Była tam wtedy Krysia Janda, która kręciła jakiś film. Daniel pracował nad dwoma czy trzema filmami i miał świetny czas zawodowy. Szaleli za nim Anouk Aimée i Claude Lelouch. Był już naprawdę gwiazdą. Wynajął willę pod Paryżem i ja tam zamieszkałam z Mateuszem, który zaczął chodzić do francuskiego przedszkola. Okazało się, że obok mieszka słynna gorszycielka Irena Krzywicka. Chodziłam do niej spisywać jej wspomnienia i w ten sposób zarabiałam na życie. Później dokończyła to Agata Tuszyńska i zrobiła z tego dobrą książkę. Pracowałam gdzie się dało, u kogoś sprzątałam, komuś pomagałam przy dzieciach i dostawałam za to pieniądze. A potem wysyłałam je do Polski, pomagając w ten sposób biednym ludziom. Zawsze dobrze się czułam tylko wtedy, kiedy mogłam pomagać innym. To strasznie szokowało Zuzię, ponieważ ona uważała, że jestem najzwyczajniej w świecie stuknięta. Bo przecież to oni płacili za dom, czynsz, prąd, ciepłą wodę. A ja? Co zarobiłam jakieś pieniądze, to kupowałam komuś buty albo płaszcz.

„My, w tym domu pod Paryżem, stworzyliśmy sobie taką małą Warszawę. To był nasz Motel Lambert”, pisała.

Bardzo ładnie Zuzia to nazwała. Wszyscy tam bywaliśmy. Były spory o to, czy Daniel, Wojtek Pszoniak i Krysia Janda mogą chodzić w drogich i modnych ubraniach, skoro w Polsce tylu ludzi siedzi w więzieniu. Razem z Krysią Zachwatowicz chodziłam po tanich sklepach i kupowałyśmy

majtki i staniki, bieliznę dla internowanych kobiet w Gołdapi. Każdy pomagał, jak mógł i umiał.

Pamięta pani Wigilię na emigracji w 1982 roku? Było ciepło i rodzinnie i była namiastka ojczyzny. A wszystko dzięki tej wspólnocie, bo byli tam z nami rodzice Zuzi.

Paradoksalnie – wszystko to dzięki stanowi wojennemu.

No tak. Byłyśmy przyjaciółkami stanu wojennego.

Zuzanna pisała tak: „Czas emigracji bardzo nas do siebie zbliżył. Przyjaźń z Krysią Jandą i Magdą Umer zawiązała się wtedy na dobre i na złe i trwa do dziś. Nie musimy sobie niczego tłumaczyć. Mamy wspólne wspomnienia, każdą rozmowę zaczynamy od słów: A pamiętasz, jak...?”.

A potem nawet już nie musiałyśmy wcale mówić: „A pamiętasz, jak…?”. Wystarczyło, że na coś popatrzyłyśmy i w tym samym momencie machałyśmy głowami. Od razu wiedziałyśmy, o co każdej z nas chodzi.

Paryski bruk wiele widział. Przecież to pani podjęła się przewiezienia do Francji, do paryskiej „Kultury”, książek wydawanych w Polsce w podziemiu.

O przewiezienie poprosiła mnie Agnieszka Osiecka. To była jedna z najodważniejszych rzeczy, jakich w życiu dokonałam. Tym bardziej że konsekwencje mogły być przerażające, bo przecież jechałam do Paryża z małym synkiem, który miał niecałe pięć lat. Wiozłam dziesiątki, jeśli nie setki przemycanych listów od internowanych do ludzi, którzy byli gdzieś za granicą. I wiozłam do Giedroycia nową książkę Janusza Andermana.

„Brak tchu”. Ale gdzie to wszystko było?

Wszędzie! Poupychane w ubrankach dziecka, majtkach, stanikach, paskach. Obłożyłam się tym wszystkim, gdzie się tylko dało. Pamiętam, że wiozłam także piżamkę dla malutkiej Kasi Adamik – córki Agnieszki Holland. Samą książkę Janusza Andermana włożyłam najpierw

tu, potem tam, aż w końcu pomyślałam, że nie dam rady. Zwariuję, oszaleję! Wreszcie włożyłam ten tekst do maszyny do pisania. W zasadzie nie wiem, dlaczego ją ze sobą wiozłam.

Może dla kogoś.

Może tak. Tak czy inaczej – najpierw włożyłam te papiery do maszyny, a potem jednak w jakieś normalne miejsce. Gdyby mnie wtedy złapali, poszłabym po prostu do więzienia. Ale to wcale nie byłoby najgorsze.

Magda Umer, Piekielna nieobecność. Opowieść o przyjaźni z Zuzią Łapicką, Rozmawia Marcin Zaborski, Wydawnictwo OsnoVa, Warszawa 2019, s. 14

Magda Umer, Piekielna nieobecność. Opowieść o przyjaźni z Zuzią Łapickąmat. pr.Magda Umer, Piekielna nieobecność. Opowieść o przyjaźni z Zuzią Łapicką

Reklama

Czytaj także

Historia

Marian Turski: Przeżyłem dwa marsze śmierci. Po wojnie nic nie pamiętałem

Najpierw miałem trwającą 20 lat amnezję. A potem nie chciałem. Dopiero kiedy w 2001 r. otwarto dla zwiedzających saunę (łaźnię), zgodziłem się coś powiedzieć publicznie.

Jacek Żakowski
27.01.2020
Reklama