Międzynarodowe Czytanie

Fragment książki: „Internat”

Pasza stara się zrozumieć, co to za kolory, ale nie można ich nawet rozróżnić. Jednym słowem, flaga nie taka jak nad jego szkołą. Grunt to się nie ruszać, ostrzega Pasza sam siebie, stój, gdzie stoisz.

Wraz z warszawskim Teatrem Studio redakcja „Polityki” proponuje swoistą alternatywę – lub uzupełnienie – do czytanych podczas Narodowego Czytania „nowel polskich”. Wyboru książek dokonało jury, w którego skład weszli: filozofka Agata Bielik-Robson, pisarka Małgorzata Rejmer, zastępca dyrektora Teatru Studio Tomasz Plata oraz nasi redakcyjni koledzy Justyna Sobolewska i Edwin Bendyk. Jedną z naszych propozycji jest książka „Internat”, której fragment publikujemy poniżej.

***

Okładka książki „Internat”mat. pr.Okładka książki „Internat”

Wali gdzieś bardzo blisko, a co najważniejsze, wali tak, że nie wiadomo, gdzie spadnie następny. Wybuchają bez przerwy – to za torami, to za prospektem. Wszyscy przyciskają się do ścian, po wybuchu zaczyna się przygłuszone wycie, potem znów robi się cicho. A potem znów cisza pęka za oknami i zaczyna się wycie. Pali się! – krzyczą nagle przy wejściu i wszyscy rzucają się w tym kierunku, wyglądają przez okno. Pasza też wygląda, stoi obok z całym tym tłumem, który pół godziny temu mało nie rozerwał go złotymi zębami, widzi, jak za blokami unosi się tłusty czarny dym, tak tłusty i tak czarny, jakby tam palili trupy. Gdzie to? Gdzie? – pyta kobietka, niziutka, w czarnym płaszczu, z czerwonymi, odmrożonymi dłońmi, którymi od czasu do czasu poprawia włosy wypadające spod beretu. Gdzie? A potem już sama wie gdzie i zaczyna dziko krzyczeć, na całe gardło, przerażając i bez tego przerażone ptaki i dzieci. Co? Co jest? – pytają siebie nawzajem te, które stoją z tyłu, i dzieci też pytają: co? Co się stało? I wszyscy rozumieją co – oczywiście ona mieszka w jednym z bloków, oczywiście właśnie tam, gdzie się pali, dlatego niech krzyczy, niech wykrzykuje wszystko, co może, co tu poradzisz. Pasza odwraca się, przechodzi przez poczekalnię, skręca w korytarz, mija czarne ciała, które leżą pod ścianami, wciskają się w kaloryfery, bo przy kaloryferach bezpieczniej, nachyla się po każdym błysku na niebie, po każdym dźwięku za oknem. A kiedy znów wybucha bardzo blisko, za wagonami, przysiada i tak schylony dobiega do przechowalni bagażu, przeciska się pomiędzy ciałami, znajduje jakąś lukę pod kolumną, pada tam, wciska się, cichnie.

Ktoś tuli się do jego ramienia, wsuwa się pod łokieć. Baba, domyśla się Pasza, baba ze złotem pod językiem. Siedzi, boi się poruszyć, niech się tuli, myśli, niech się grzeje. Kiedy ostatni raz tak leżał z kobietą? – przypomina sobie. Przypomina, przypomina, potem rezygnuje. Innym razem, myśli, innym razem sobie przypomnę. Dobrze, myśli dalej, ciepło, bezpiecznie i pachnie kobietą. Co prawda ona pachnie, ta kobieta, dziwnie – jak ktoś, kto długo chodził w futrze w deszczu, a potem wlazł do ciebie pod kołdrę. I pachnie psem – czymś żywym, ale ulicznym, przybłąkanym. Pasza spuszcza wzrok – tak właśnie jest, to pies. Jak on tu się przypałętał – mokry, szary, z ciemnymi przestraszonymi oczami. Pasza chce go od siebie odsunąć, dotyka dłonią psiego żebra, czuje, jak pies rozpaczliwie się wzdryga. Poszedł, poszedł, mówi Pasza, idź stąd. Ale pies się upiera i nie idzie, odwraca do niego pysk, zagląda Paszy w twarz, sugerując, że nie ma dokąd stąd iść. Właściwie dokładnie tak jak i Pasza. Nie powinno tak być, myśli Pasza, pies powinien bronić, gryźć, a tu przeciwnie – leży, wsunął mi głowę pod łokieć, jakby nie chciał nic widzieć.

Zresztą inni tutaj też – odwracają wzrok, owijają się w koce, zakopują się we własnych ubraniach jak ryby, które chowają się w mule. W oddali, w innym kącie, na krześle siedzi staruszek. Zielone damskie palto, rozmokła uszanka. Krzesło przyniósł oczywiście z domu. Trzyma w dłoniach jakieś zwinięte poduszki. Każdy, uciekając, coś ze sobą wlecze, a on najwyraźniej postanowił, że nie ma sensu wyruszać gdzieś bez poduszek. Pasza rozgląda się, obserwuje publiczność. Ktoś śpi na kocu, wprost na podłodze, ktoś obkłada się torbami, żeby żadnej mu nie zwędzili, ktoś przyciągnął walizkę. Ale przeważnie rzeczy w dłoniach mają niewiele. Jasne – śpieszyli się, łapali, co wpadło pod rękę. Przede wszystkim dokumenty i kosztowności. A teraz siedzą i nieufnie rozglądają się wokół – kiedy masz po kieszeniach złote kolczyki, niezbyt chętnie zapoznajesz się z nieznajomymi przy przechowalni bagażu. Pasza chwyta te spojrzenia – spojrzenia ludzi, którym jest co zabrać, jeśli by chcieć, i którzy przez to są wrażliwi i bezbronni. Spróbuj w domu poznajdować wszystkie te bransoletki i banknoty. A tutaj wszystko mają przy sobie – dobrze pogrzebać po kieszeniach czy za pazuchą – wszystko znajdziesz, wszystko zabierzesz. Oni sami o tym wiedzą, dlatego patrzą wokół zaszczuci, ślizgają się wzrokiem po obcych ciałach, a kiedy zatrzymują się na tobie, w spojrzeniu od razu pojawiają się strach i wrogość. Pies też to czuje – nikomu tu nie jest potrzebny, nikt go tu nie trzyma i liczyć może tutaj nie tyle na czyjąś wielkoduszność, ile na słabość. Być może dlatego nieomylnie wybrał Paszę.

Tym razem wali wprost nad głową. Aż gaśnie światło. W ciemności kobiety znów zaczynają wyć. Pies jeszcze głębiej wciska się Paszy pod łokieć. Pasza też chętnie schowałby się pod czyimś łokciem, tylko nie ma takiego łokcia na tym dworcu. Po jakimś czasie pojawia się światło – lampy pulsują, słabo oświetlając korytarz. Kobiety od razu się uspokajają: któraś wyciąga jedzenie, któraś grzebie w torbach, któraś sprawdza kieszenie. Pasza nie wytrzymuje, wstaje i rusza do wyjścia. Pies rzecz jasna sunie za nim. Przechodzą przez ciemną poczekalnię, patrzą przez okna. Dym za blokami osiadł w deszczu. Na dworze cicho, walić najwyraźniej przestali. Oddychać w poczekalni jest jeszcze ciężej. Za oknami rozlewa się ciemne srebro styczniowego nieba. Pasza przepycha się do okna. Kobiety z niezadowoleniem śledzą każdy jego ruch. Pasza czuje się jak złodziej, który wrócił na miejsce przestępstwa. Co ja tu stoję? – myśli. Na co czekam? Zaraz coś przyleci, przywali mnie betonem, nikt nie odkopie. Kiedy tam Alosza ma nas wyprowadzić? Pasza wyciąga komórkę, sprawdza czas. Jeszcze pół godziny. Dokąd nas zaprowadzi? Co za pomysł – pchać się po torach przez dzielnicę przemysłową razem z kupą bab? Daleko tak dojdziemy? Weź spadaj stąd, mówi Pasza sam do siebie i zdecydowanym krokiem idzie do drzwi. Przed drzwiami zamiera. Czuje, jak przez ciało, zaczynając od płuc, przetaczają się słabość i niezdecydowanie. Ale robi głęboki wdech i wydech, pcha drzwi i wychodzi na ulicę. Drzwi momentalnie się za nim zamykają. Pies jednak też zdąża się wyślizgnąć.

I Pasza stoi na progu, i znów słyszy nad sobą gołębi oddech, ogląda niebo, po którym od czasu do czasu przepływają ciemne nitki dymu. Przebiegnę przez prospekt, postanawia, skręcę w podwórka. Dojdę do bloków. Tam chyba już się nastrzelali. Jak zatrzymają, powiem: idę do domu. Sprawdza kieszenie – dowód, klucze, portfel, komórka. Można iść. Ale nie idzie. Stoi i nie rozumie, co jest nie tak. Zbyt cicho. Zupełnie cicho. Przez ostatnie miesiące po prostu przywykł, że coś regularnie wstrząsa powietrzem. Jeszcze godzinę temu wstrząsało. Jeszcze pół godziny temu zgasło światło. A teraz cicho. I pusto. I dym przecieka przez niebo też cicho i ponuro. I w tej ciszy Pasza nagle zaczyna słyszeć hurkot. Coś porusza się od strony prospektu, porusza się w tę stronę. I chociaż nic nie widać, hurkot robi się coraz wyraźniejszy i groźniejszy. I dobrze byłoby gdzieś się przed tym hurkotem schować, wcisnąć się komuś pod łokieć, przesiedzieć w kącie, zamknąć oczy ze strachu. Paszę ogarnia panika. Co robić, myśli, dokąd biec? Gołębie nad głową też zaczynają nerwowo szeleścić skrzydłami. I kobiety za plecami przylepiły się do okien, wyglądają stamtąd, nie rozumiejąc, co się dzieje – co to za hurkot, skąd dobiega? Pasza stoi skamieniały na pustych namokniętych schodach i czuje na sobie wszystkie te spojrzenia – i napięte spojrzenia kobiet, i nieufne spojrzenia ptaków, i jeszcze czyjeś spojrzenie, spojrzenie czegoś nieznanego, co przygląda się mu znikąd. I kiedy czekania robi się zbyt wiele, tak wiele, że zaczyna od niego boleć serce, zza rogu na przydworcową ulicę wypada czołg – brudny, zielony, z przywiązanymi z tyłu kłodami, z trzema pasażerami na górze. Gwałtownie zakręca i mknie w stronę dworca. Podtacza się pod same schody z kolumnami, groźnie puszcza dym, zamiera. T-64, automatycznie przypomina sobie Pasza. Wieżyczka obraca się powoli, kierując armatę prosto w Paszę. Zaraz wystrzeli, myśli Pasza i boi się nawet przełknąć powietrze, zaraz rąbnie prosto we mnie. Czuje, jak podkoszulka nasiąka mu zimnym potem, czuje, że nie czuje własnych nóg, czuje, że nie czuje zupełnie nic. Patrzy na tę armatę jak zauroczony. I ci trzej, którzy siedzą na górze, patrzą na Paszę z nieudawaną ciekawością, jakby mówili: co to za okularnik, skąd on tu się wziął? Coś wesoło między sobą pokrzykują, Pasza nie słyszy co, jasne, że mówią o nim, i jasne, że nie mówią nic dobrego. Brudne mundury, osmolone twarze, ciężka ziemia nalepiona na butach. I flaga nad wieżyczką – ciemna i zapaćkana jak bandaż, który długo przylegał do otwartej rany. Pasza stara się zrozumieć, co to za kolory, ale nie można ich nawet rozróżnić. Jednym słowem, flaga nie taka jak nad jego szkołą. Grunt to się nie ruszać, ostrzega Pasza sam siebie, stój, gdzie stoisz.

I silnik milknie, i robi się naprawdę cicho. I ptaki wciskają się w siebie nawzajem. I kobiety za oknami przycichły, patrzą. I pies chowa się pod nogami Paszy, lękliwie przyglądając się nieznajomym. Ale jeden z żołnierzy, ten, który siedzi po prostu koło wieżyczki, obejmując armatę, krzyczy:

– Ej, dawaj-dawaj.

Pasza zagubiony rozgląda się, nie wiedząc, co robić.

– Dawaj tutaj! – krzyczy wesoło żołnierz.

I wtedy Pasza rozumie, że krzyczy nie do niego. Krzyczy do psa. Nie oddam, postanawia Pasza, za nic nie oddam. Ale żołnierz już grzebie po kieszeniach. I wyciąga z nich upaćkanego czymś snickersa. Rozrywa opakowanie, nadgryza, resztę rzuca na asfalt, wprost pod czołg. Pies w tym momencie wstaje na równe łapy i z podwiniętym ogonem schodzi na ulicę. Łapie snickersa, łakomie go przełyka, kładzie się obok pojazdu, starając się nie patrzeć na Paszę. Żołnierze się śmieją, Pasza też uśmiecha się z zakłopotaniem, chociaż co tu śmiesznego.

Wtedy ten, który krzyczał, wstaje i zeskakuje na dół, na asfalt. Z jego obcasów na wszystkie strony lecą kawałki ziemi. Poprawia pasek od automatu, ściąga z twarzy szarą arafatkę. Wysoki, mocno zbudowany, wysportowany. Lewa połowa głowy siwa, przez co przypomina arktycznego lisa. I spojrzenie ma lisie – drapieżne i nieufne. Czarne nakolanniki, poszarpana kamizelka kuloodporna, skórzane rękawiczki bez palców. Za nim zeskakuje jeszcze dwóch. Też brudnych, jeden w ciepłej kurtce, drugi w skórze, pod skórą kamuflaż. Wchodzą po schodach, podchodzą do Paszy, patrzą z dołu, ale tak, że Pasza ani na chwilę nie zapomina, kto tu rządzi.

– A ty kto? – pyta ten w arafatce, lisopodobny. Mówi po rosyjsku z jakimś dziwnym akcentem, jakby ten język słyszał tylko w telewizji. Na chwilę z mgły wyłania się słońce, pobłyskuje na jego siwiźnie.

Pasza wyćwiczony wyjaśnia – szkoła, ferie, internat, siostrzeniec. Wyciąga dowód, otwiera na meldunku.

– Miejscowy? – dziwi się lisopodobny. – Czemu nie wojujesz?
– Inwalida – odpowiada Pasza i patrzy na dowód w dłoniach żołnierza, odda czy nie odda?

Ten obraca dokument w rękach, jeszcze raz kartkuje, jeszcze raz poprawia arafatkę, zamyka dowód, robi pauzę, oddaje dokument Paszy.

– A co ci jest?

Pasza pokazuje mu prawą dłoń, rozpaczliwie próbując rozczapierzyć palce.

– Co? – nie rozumie żołnierz.
– No z palcami ma kłopot – mówi mu zza pleców ten w skórze. – Widzisz?

Pasza na wszelki wypadek dalej pokazuje wszystkim dłoń, jakby potwierdzał: właśnie, kłopot. Lisopodobny nieufnie przygląda się jego ręce, ale szybko traci zainteresowanie – i Paszą, i jego kłopotem.

– Kto tam jest? – kiwa głową w kierunku dworca.
– Kobiety, dzieci – mówi Pasza, chowając dowód do wewnętrznej kieszeni.
– Wojskowi są?
– Nie widziałem.
– A ty masz broń?

Pasza milczy.

– No jaką on może mieć broń? – śmieje się zza pleców ten w skórze. – Chodźmy już.

Siwy odwraca się, gwizdnięciem woła psa. Ten posłusznie podbiega, nie podnosząc oczu na Paszę, wlecze się za żołnierzami. Siwy podchodzi do drzwi, zdecydowanie ciągnie je do siebie. Wszyscy czterej, razem z psem, znikają we wnętrzu.

– A idźcie w cholerę – mówi Pasza i brnie w bok, na pierwszy peron.

Serhij Żadan, „Internat”, przeł. Michał Petryk, Wydawnictwo Czarne

Przeczytaj inne fragmenty z dwudziestki wybranych przez nas książek »

.mat. pr..
Reklama

Czytaj także

Historia

Hiroszima i Nagasaki – trauma Japonii

Ameryka przeczytała opis skutków zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę dopiero w rok po fakcie. Dla Japończyków to symbol narodowego męczeństwa. Wolą jednak nie rozpamiętywać, jaka droga zaprowadziła Japonię ku tragedii.

Adam Szostkiewicz
06.08.2020
Reklama