Międzynarodowe Czytanie

Fragment książki: „Zapiski syna tego kraju”

Człowiek przestaje być tym, na kogo się patrzy, i staje się zdany na łaskę odruchów, jakie w innych ludziach wzbudza kolor jego skóry.
materiały prasowe

W roku poprzedzającym śmierć ojca zaszła w moim życiu wielka zmiana. Mieszkałem w New Jersey, gdzie byłem zatrudniony w zakładach zbrojeniowych, żyłem i pracowałem wśród Południowców, białych i czarnych. Rzecz jasna, słyszałem o Południu i o tym, jak Południowcy traktują Murzynów, a także jakiego zachowania od nich oczekują, ale nigdy nie przeszło mi przez myśl, by ktokolwiek mógł patrzeć na mnie w ten sposób i oczekiwać ode mnie, że tak się będę zachowywał. W New Jersey przekonałem się, że być Murzynem oznacza, ni mniej, ni więcej, że człowiek przestaje być tym, na kogo się patrzy, i staje się zdany na łaskę odruchów, jakie w innych ludziach wzbudza kolor jego skóry.

W New Jersey zachowywałem się tak, jak zachowywałem się zawsze, tak jakbym miał o sobie bardzo dobre mniemanie (musiałem się w ten sposób zachowywać), czego skutki były wprost niewiarygodne. Ledwie przyjechałem, a już ściągnąłem na siebie wrogość – niezmiernie wprost wyrafinowaną – wszystkich zwierzchników i niemal wszystkich współpracowników. Co gorsza, na początku po prostu nie miałem pojęcia, co się dzieje. Nie wiedziałem, co takiego zrobiłem, a wkrótce zacząłem się dziwić, co takiego ktokolwiek mógłby zrobić, by sprowokować tak jednomyślną, czynną i nieznośnie otwarcie wyrażaną niechęć. Wiedziałem o segregacji, ale nigdy jej nie doświadczyłem. Poszedłem trzy razy do tej samej samoobsługowej restauracji i stałem przed ladą ze wszystkim chłopakami z Princeton, czekając na hamburgera i kawę.

„Zapiski syna tego kraju”materiały prasowe„Zapiski syna tego kraju”

Trwało to zawsze niesamowicie długo, nim wreszcie coś przede mną się pojawiło, ale dopiero za czwartą wizytą dowiedziałem się, że w rzeczywistości niczego przede mną nigdy nie postawiono – to ja po prostu coś sobie wziąłem. Murzynów tam nie obsługiwano, jak mi powiedziano, i czekano, aż zdam sobie sprawę z tego, że poza mną nie ma tam żadnych czarnych. Kiedy mi o tym powiedzieli, postanowiłem chodzić tam zawsze. Ale teraz byli już na mnie gotowi i chociaż w restauracji tej urządzałem następnie straszliwe sceny, nigdy więcej niczego tam nie zjadłem.

To samo powtarzało się w całym New Jersey, w barach, kręgielniach, lokalach gastronomicznych, lokalach mieszkalnych. Zawsze byłem zmuszony je opuszczać, w milczeniu lub obrzucając się z właścicielami przekleństwami. Bardzo szybko stałem się znany, a dzieci śmiały się ze mnie, gdy je mijałem, starsi natomiast szemrali albo wołali za mną – naprawdę uważali, że oszalałem. I, rzecz jasna, zaczęło mi to mącić w głowie, zacząłem bać się chodzić w jakiekolwiek zwykłe miejsca, i żeby to sobie zrekompensować, chodziłem w miejsca, do których nie powinienem był chodzić, i w których, Bóg mi świadkiem, nie miałem ochoty bywać. Reputacja, jaka przylgnęła do mnie w mieście, naturalnym biegiem rzeczy nałożyła się na moją reputację w zakładzie, tak że mój dzień pracy zmienił się w całą serię akrobacji, które miały mnie uchronić przed napytaniem sobie biedy. Nie mogę powiedzieć, by te akrobacje przynosiły zamierzony rezultat. Naraz wydawało się, że cała machina organizacji, dla której pracuję, działa w tylko jednym celu: żeby mnie odrzucić. Zwolniono mnie raz i zdołałem, z pomocą znajomego z Nowego Jorku, wrócić na listę zatrudnionych, zwolniono mnie ponownie i ponownie wróciłem. Chwilę trwało, nim wylali mnie po raz trzeci, ale za trzecim razem dałem za wygraną. Nie było żadnych luk. Nie dało się choćby przekroczyć z powrotem bramy zakładu.

Tamten rok spędzony w New Jersey mam w pamięci jako rok, gdy – przekonawszy się o swojej nieoczekiwanej skłonności ku temu – zaraziłem się strachem, przewlekłą chorobą, której niezawodnym objawem jest szczególny rodzaj szaleńczej gorączki, dudnienie w czaszce i ogień palący wnętrzności. Gdy ktoś zarazi się tym schorzeniem, nigdy już nie zazna prawdziwej beztroski, bowiem gorączka może powrócić w każdej chwili, bez najmniejszego ostrzeżenia. Potrafi zrujnować rzeczy ważniejsze niż

stosunki rasowe. Nie ma takiego Murzyna wśród żyjących, który nie nosiłby we krwi tej wściekłości – ma jedynie wybór: żyć z jej świadomością albo się jej poddać. Co do mnie, gorączka ta powracała, nadal mi się przytrafia i będzie powracać, dopóki nie umrę.

James Baldwin, Zapiski syna tego kraju, przeł. Mikołaj Denderski, Karakter

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Olimpiada inna niż wszystkie

Potwierdza się reguła: drugi tydzień olimpijskiej rywalizacji jest dla Polaków bardziej udany niż pierwszy. Ale wiele wskazuje na to, że do niedużej średniej jedenastu medali z poprzednich igrzysk tym razem nie dociągniemy.

Marcin Piątek
03.08.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną