Recenzja płyty: Mark Knopfler, „Tracker”

Na co stać Knopflera?
Nastrój zadumy, refleksji i melancholii tylko wzmacnia tęsknotę za Knopflerem rockowym, niepozbawionym typowej dla niego melodyjności, ale z „wykopem”.
materiały prasowe

Ze zdziwieniem zauważyłem, że jeszcze ani razu nie pisałem w tej rubryce o Marku Knopflerze. Teraz pojawiła się kolejna okazja w postaci jego nowej płyty „Tracker”. Z pewnym żalem stwierdzam, że odległość dzieląca kolejne propozycje artysty od porywającej atmosfery muzyki z czasów Dire Straits, wciąż rośnie. Mark Knopfler jest wspaniałym gitarzystą, każda jego piosenka jest dopieszczona brzmieniowo, produkcja zawsze bez zarzutu, ale towarzyszący wszystkim niemal utworom „Trackera” nastrój zadumy, refleksji i melancholii tylko wzmacnia tęsknotę za Knopflerem rockowym, niepozbawionym typowej dla niego melodyjności, ale z „wykopem”. Jeżeli jednym z najdynamiczniejszych utworów jest utrzymany w dość spokojnym tempie „Skydiver”, to już wiemy, że przy „Trackerze” nie poszalejemy. Można oczywiście zachwycić się jakby napisaną przez J. J. Cale’a piosenką „Broken Bones”, ale skoro Cale sam stworzył tyle wspaniałych utworów, to „Broken Bones” jest raczej ćwiczeniem warsztatowym niż kandydatem na oryginalny knopflerowy przebój. Pewne nadzieje budzi umieszczona pod koniec płyty piosenka „Beryl”, ale to zaledwie 3 minuty takiego Marka Knopflera, jakiego najbardziej lubię.

Mark Knopfler, Tracker, Virgin

Ocena: 3,5/6

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną